Muszę to z siebie wyrzucić, po prostu muszę :D
Ten rok był jak do tej pory najlepszy ever, przewspaniały, pełen niesamowitych wydarzeń i magii. Przekozak!
Decyzja o tym, by przeprowadzić się z powrotem do Warszawy, którą po półrocznej nieobecności doceniłam i na którą spojrzałam innym okiem.
Poznanie wspaniałych ludzi, którzy - tak jak ja - ogarniają Wszechswiat :D
Błyskawiczne znalezienie świetnie płatnej pracy, która uświadomiła mi, że jeśli dalej będę opiekować się dziećmi to coś mnie strzeli. Mieszkanie w świetnym miejscu - z wielkim balkonem z widokiem na pola i las Kabacki.
Ale druga połowa roku skopała mi tyłek doszczętnie, jeśli się tak lepiej przyjrzeć. W ten przełom zaczał się od spontanicznego pójścia na American Day. A potem... Przede wszystkim pokonałam swoje strachy. Strachy są wymysłem i siedzą wyłącznie w głowie. Każdy ma swoje. Pokonałam strach i zakończyłam związek, który mnie nie rozwijał i nie satysfakcjonował, a w tym samym czasie stwierdziłam, że kończę pracę z dzieciakami i... idę dłubać w autach do warsztatu. W ten sposób coś, czego się bałam stało się moją rzeczywistością. I przeżyłam. Mało tego - nie tylko przeżyłam, ale świetnie sobie ze wszystkim poradziłam!
Ponadto stwierdziłam, że nie jestem już dziewczyną. Tzn nie zmieniłam płci, ale z dziewczyny przepoczwarzyłam się w kobietę i tak świetnie się z tym czuję :D
Poznałam masę wspaniałych ludzi, których nie sposób wymienić - w każdym razie jeśli poznałam Cię w 2014 roku to właśnie o Tobie mówię :D Złapałam znowu kontakt z przyjaciółkami - Aśka, Olka i KK - kocham was! Właśnie się pakuję i przeprowadzam do fantastycznego mieszkania, które bedę robić po swojemu od początku. Obejrzałam fajne filmy, poznałam nową muzykę, odnalazłam pasję przy robieniu zdjęć, jeździłam fajnymi samochodami i zakochałam się w C4.
Do końca roku jeszcze tydzień, jeszcze tyle może się wydarzyć, a będzie tylko lepiej i lepiej... Życie może rozpieszczać, tylko pozwólcie mu na to!
2015, też będziesz najlepszy! :D
środa, 24 grudnia 2014
piątek, 23 sierpnia 2013
Do wszystkiego trzeba 'dojrzeć' - do nowego wpisu, za który zabierałam się już kilkakrotnie również.
Ogólnie życie płynie mi mlekiem i miodem. W dodatku ma niesamowite tempo, ale o tym może kiedy indziej się rozpiszę. Może, bo moja potrzeba emocjonalnego ekshibicjonizmu drastycznie zmalała. Kumuluję energię z rzygania tęczą, by w odpowiednim momencie walnąć z grubej rury.
Z okazji zbliżającej się wielkimi krokami przeprowadzki postanowiłam zacząć robić porządki. Zastanawiałam się, co zrobię z ciuchami (zamierzam zrobić wielkie odejmowanie) i bach! Wpadła mi w ręce ulotka informująca o zbiórce ubrań (i nie tylko) dla potrzebujcych. Jeszcze pod dom podjeżdżają i zabierają dary z mieszkania, nie trzeba się nigdzie z tobołami telepać, co dla mnie jest cudowną opcją. Dalej. Spontanicznie przetrząsnęłam swoją 'kosmetyczkę' - czyli torbę ze wszelkimi kolorowymi kosmetykami, jakie gromadziłam przez ostatnią dekadę. Coś niecoś nawet wyrzuciłam. Pobawiłam się lakierami i szminkami, jak mała dziewczynka. W każdym razie poszłam krok dalej. Zajrzałam do szuflady biurka, do której przez dwa lata tylko i wyłącznie dodawałam przedmioty, co powodowało stopniową i konsekwentną burdelizację. A dziś... robię w niej porządek. Sama z siebie. Znajduję przy okazji różne ciekawe rzeczy, które się wcześniej 'zapodziały', lub o istnieniu których nie miałam wcześniej pojęcia, jakoś mi po prostu umknęły. Teksty piosenek sprzed roku - teksty zapomniane... piosenki niezaśpiewane... Różne pierdoły - i wszystkie historie wszystkich tych pierdół świetnie pamiętam. Czasami się zastanawiałam 'na cholerę mi ten kapsel/ulotka/patyk', ale teraz, gdy żywot mój żwawo ewoluuje... Patrzę na to z sentymentem i uśmiecham się, przypominam sobie to wszystko i jest mi miło, ciepło, dobrze. Niesamowite uczucie. Piękne :)
Długi weekend spędzony na południu. Kot po powrocie zrobił mi karczemną awanturę i w ogóle wielki foch został strzelony, lecz nie na długo. Kluska jako książkowa przedstawicielka kotopsa łaziła za mną po powrocie jak cień. Jednak warto było - piękna pogoda, dobre żarcie, najlepsze towarzystwo, natura... Malowanie bramy, długie rozmowy przeplatane długim milczeniem, spacery z psem, łażenie po górach, lenistwo na trawie, kradzione jabłka i maliny, oglądanie nocą nieba przez teleskop i przeglądanie starych zdjęć - papierowych! To z kolei natchnęło mnie do wykombinowania aparatu na kliszę, coby było na stare lata co wspominać :) I coś, co wzruszyło mnie ogromnie - zapach wyschniętego, nagrzanego słońcem igliwia. Zapach, który pamiętam z dzieciństwa, kiedy jako hmm... 5-latka biegałam po ośrodku wypoczynkowym na mazurach. Wiele razy szukałam tego zapachu, próbowałam poczuć go w różnych lasach, w różnych miejscach Polski. Na próżno. Po niemal 20 latach udało się go odnaleźć :) Na koniec spóźniłam się na pociąg. Nie potrafię już napisać, że 'przypadkiem' - po prostu wpadło nam do głowy, żebym wróciła do Warszawy później, po czym ten pomysł odrzuciliśmy, jednak zdążyłam się go już tak przyczepić, że się spędziłam dodatkowe 4 miłe godziny w Krakowie.
Od Emmy dostałam piękne pudełko (niby zwykły karton, ale wyjątkowo mi się podoba). Pudło miałam zamiar przeznaczyć właśnie na sentymentalne pierdoły i pamiątki, ale Kluska zdążyła już je zaanektować. Dobrze, niech ma, bo za dwa tygodnie znowu przez kilka dni będzie skręcać się z tęsknoty za swoją ukochaną Panią. Mamy zamiar złapać jeszcze nieco oddechu nad morzem :) Październik upłynie mi pod znakiem reorganizacji życia, a potem... Już Wszechświat o to zadba. Ja mam pełen relaks...
Nie wiem, jakie nastroje mają osoby czytające moje wypociny, ale powiem wam wszystkim jedno - mierzcie wysoko. Nie idźcie w życiu na żadne kompromisy, wierzcie w siebie i to, czego pragniecie :)
Ogólnie życie płynie mi mlekiem i miodem. W dodatku ma niesamowite tempo, ale o tym może kiedy indziej się rozpiszę. Może, bo moja potrzeba emocjonalnego ekshibicjonizmu drastycznie zmalała. Kumuluję energię z rzygania tęczą, by w odpowiednim momencie walnąć z grubej rury.
Z okazji zbliżającej się wielkimi krokami przeprowadzki postanowiłam zacząć robić porządki. Zastanawiałam się, co zrobię z ciuchami (zamierzam zrobić wielkie odejmowanie) i bach! Wpadła mi w ręce ulotka informująca o zbiórce ubrań (i nie tylko) dla potrzebujcych. Jeszcze pod dom podjeżdżają i zabierają dary z mieszkania, nie trzeba się nigdzie z tobołami telepać, co dla mnie jest cudowną opcją. Dalej. Spontanicznie przetrząsnęłam swoją 'kosmetyczkę' - czyli torbę ze wszelkimi kolorowymi kosmetykami, jakie gromadziłam przez ostatnią dekadę. Coś niecoś nawet wyrzuciłam. Pobawiłam się lakierami i szminkami, jak mała dziewczynka. W każdym razie poszłam krok dalej. Zajrzałam do szuflady biurka, do której przez dwa lata tylko i wyłącznie dodawałam przedmioty, co powodowało stopniową i konsekwentną burdelizację. A dziś... robię w niej porządek. Sama z siebie. Znajduję przy okazji różne ciekawe rzeczy, które się wcześniej 'zapodziały', lub o istnieniu których nie miałam wcześniej pojęcia, jakoś mi po prostu umknęły. Teksty piosenek sprzed roku - teksty zapomniane... piosenki niezaśpiewane... Różne pierdoły - i wszystkie historie wszystkich tych pierdół świetnie pamiętam. Czasami się zastanawiałam 'na cholerę mi ten kapsel/ulotka/patyk', ale teraz, gdy żywot mój żwawo ewoluuje... Patrzę na to z sentymentem i uśmiecham się, przypominam sobie to wszystko i jest mi miło, ciepło, dobrze. Niesamowite uczucie. Piękne :)
Długi weekend spędzony na południu. Kot po powrocie zrobił mi karczemną awanturę i w ogóle wielki foch został strzelony, lecz nie na długo. Kluska jako książkowa przedstawicielka kotopsa łaziła za mną po powrocie jak cień. Jednak warto było - piękna pogoda, dobre żarcie, najlepsze towarzystwo, natura... Malowanie bramy, długie rozmowy przeplatane długim milczeniem, spacery z psem, łażenie po górach, lenistwo na trawie, kradzione jabłka i maliny, oglądanie nocą nieba przez teleskop i przeglądanie starych zdjęć - papierowych! To z kolei natchnęło mnie do wykombinowania aparatu na kliszę, coby było na stare lata co wspominać :) I coś, co wzruszyło mnie ogromnie - zapach wyschniętego, nagrzanego słońcem igliwia. Zapach, który pamiętam z dzieciństwa, kiedy jako hmm... 5-latka biegałam po ośrodku wypoczynkowym na mazurach. Wiele razy szukałam tego zapachu, próbowałam poczuć go w różnych lasach, w różnych miejscach Polski. Na próżno. Po niemal 20 latach udało się go odnaleźć :) Na koniec spóźniłam się na pociąg. Nie potrafię już napisać, że 'przypadkiem' - po prostu wpadło nam do głowy, żebym wróciła do Warszawy później, po czym ten pomysł odrzuciliśmy, jednak zdążyłam się go już tak przyczepić, że się spędziłam dodatkowe 4 miłe godziny w Krakowie.
Od Emmy dostałam piękne pudełko (niby zwykły karton, ale wyjątkowo mi się podoba). Pudło miałam zamiar przeznaczyć właśnie na sentymentalne pierdoły i pamiątki, ale Kluska zdążyła już je zaanektować. Dobrze, niech ma, bo za dwa tygodnie znowu przez kilka dni będzie skręcać się z tęsknoty za swoją ukochaną Panią. Mamy zamiar złapać jeszcze nieco oddechu nad morzem :) Październik upłynie mi pod znakiem reorganizacji życia, a potem... Już Wszechświat o to zadba. Ja mam pełen relaks...
Nie wiem, jakie nastroje mają osoby czytające moje wypociny, ale powiem wam wszystkim jedno - mierzcie wysoko. Nie idźcie w życiu na żadne kompromisy, wierzcie w siebie i to, czego pragniecie :)
sobota, 10 sierpnia 2013
Sobota.
Dzień teoretycznie wolny od pracy, ale nie dla Nianiusi.
Na dzień dobry podziękowałam za cudowny sen i pomyślałam, jak wspaniały dzień mnie czeka, następnie postanowiłam zrobić ciasto na pierniczki, które to obiecałam osobom kilku ku uciesze ich brzuszków. Raduję się niezmiernie, że upał zmalał, gdyż jest szansa, że nie upiekę się w kuchni razem z ciasteczkami. Tylko szansa.
Potem, pomimo deszczu, zdecydowałam się dzielnie na zakupy bieliźniane. Wczoraj do grona moich materialnych podopiecznych trafiły całkiem miłe butki do łażenia po pagórkach, dzisiaj coś, co zobaczy osobnik :3 Aż mu zazdroszczę.
I... praca. Jak zwykle - czas spędzony wręcz genialnie :) Krótki spacer i zabawa z Albertem, jeszcze krótsza drzemka. Potem dołączyli goście, w tym 4-letnia dama. Póki Albi funkcjonował przytomnie byłam przykładną Nianiusią, bawiłam się z dwójką dzieciaków. Ale kiedy poszedł spać... Piwo, whisky i Dixit, czyli wieczór w pacy po godzinach. Grało, gadało i czas spędzało się bardzo miło, ale to Wiktoria została królową wieczoru z jej tekstami:
- Oszszszsz Ty, Doroto! - hasło klucz po prostu
- Przepraszam Doroto, czy mogłabyś zwalić żyrafę? - posmarkałam się ze śmiechu. Chodziło o zrzucenie drewnianej żyrafy ze stołu, jednak po pewnej dawce alkoholu w doborowym gronie... No nie dało się tego zinterpretować jednoznacznie :D
W dodatku kopnęłam niechcący pewną zabawkę Pana Pracodawcy i... małym palcem prawej nogi ją połamałam. Mam moc! :D
Dzień teoretycznie wolny od pracy, ale nie dla Nianiusi.
Na dzień dobry podziękowałam za cudowny sen i pomyślałam, jak wspaniały dzień mnie czeka, następnie postanowiłam zrobić ciasto na pierniczki, które to obiecałam osobom kilku ku uciesze ich brzuszków. Raduję się niezmiernie, że upał zmalał, gdyż jest szansa, że nie upiekę się w kuchni razem z ciasteczkami. Tylko szansa.
Potem, pomimo deszczu, zdecydowałam się dzielnie na zakupy bieliźniane. Wczoraj do grona moich materialnych podopiecznych trafiły całkiem miłe butki do łażenia po pagórkach, dzisiaj coś, co zobaczy osobnik :3 Aż mu zazdroszczę.
I... praca. Jak zwykle - czas spędzony wręcz genialnie :) Krótki spacer i zabawa z Albertem, jeszcze krótsza drzemka. Potem dołączyli goście, w tym 4-letnia dama. Póki Albi funkcjonował przytomnie byłam przykładną Nianiusią, bawiłam się z dwójką dzieciaków. Ale kiedy poszedł spać... Piwo, whisky i Dixit, czyli wieczór w pacy po godzinach. Grało, gadało i czas spędzało się bardzo miło, ale to Wiktoria została królową wieczoru z jej tekstami:
- Oszszszsz Ty, Doroto! - hasło klucz po prostu
- Przepraszam Doroto, czy mogłabyś zwalić żyrafę? - posmarkałam się ze śmiechu. Chodziło o zrzucenie drewnianej żyrafy ze stołu, jednak po pewnej dawce alkoholu w doborowym gronie... No nie dało się tego zinterpretować jednoznacznie :D
W dodatku kopnęłam niechcący pewną zabawkę Pana Pracodawcy i... małym palcem prawej nogi ją połamałam. Mam moc! :D
niedziela, 4 sierpnia 2013
Kilka słów o moim pierwszym (i ostatnim) wyjeździe na Woodstock.
Wiedziałam tylko, że gra Enter Shikari i Kabanos. Jechałam tak po prostu, w ramach wakacji. Nastawiałam się pozytywnie; byłam ciekawa, jak tam jest. Do woodstockowego pociągu wsiadłam wraz z przyjaciółką w środę o 22:35 - było luźniej i sympatyczniej, niż przypuszczałam. Innymi słowy - nie było tak strasznie ;) Ci, którzy mieli się najebać zbyt szybko i pójść spać zrobili to, inni popijali podczas całej podróży, jednak wszyscy zachowywali się dość kulturalnie. Sama miałam ochotę uniknąć konfrontacji z pociągowym kiblem, więc nie piłam. I mówiąc szczerze jazda na trzeźwo w przedziale pełnym pijanych ludzi była niecodzienną przygodą. Zabawnie było oglądać ich wszystkich, a jeszcze zabawniej mówić im na stacji końcowej, gdzie mają swoje rzeczy, bo sami już nic nie ogarniali.
Dotarliśmy około 5:30, potem jeszcze 40 minut spaceru na pole namiotowe i szukanie jakiegoś znośnego miejsca, by się rozbić. Krótka mżawka i krótka drzemka. Potem spacer na dworzec po Mężczyznę. Wracałam na pole resztkami sił, przebijałam się przez tłumy pijanych, głośnych i nie zawsze czystych ludzi :P Przenieśliśmy namiot kilkaset metrów dalej, pod las. Cień i jako taka cisza. Żarełko od Krishnowców. Swoje wstępne rozgoryczenie i brak zestrojenia z panującą atmosferą zrzuciłam na karb zmęczenia, i rzeczywiście - wieczorem było lepiej. Enter Shikari zagrało zajebisty koncert. Bezchmurne niebo, spadające gwiazdy. Fajnie.
Większość piątku spędziliśmy poza obozowiskiem. Zwiedziliśmy starówkę w Kostrzynie (polecam :3), byliśmy zagranico. Z zapartym tchem przebijaliśmy się przez rzekę ludzi oraz okolice toików i jakichkolwiek zarośli, gdzie można się swobodnie wysikać i postawić klocka. Odór był nie z tej ziemi. Ja już spasowałam - nie miałam ochoty ruszać się z naszej willi usytuowanej wśród ostów i pokrzyw.
W sobotę naszła nas ochota, by się w końcu umyć, ale od 10:00 nie było wody. 2,5 godziny łaziliśmy w pełnym słońcu w poszukiwaniu jakiegokolwiek ujęcia wody, gdzie ciśnienie byłoby większe niż kap kap kap i w końcu się udało. Spacer i koncert Kabanosa. Wielbię, wielbię, wielbię! A potem... Hunter. Nie wiem, co napisać - po prostu brak mi słów. To było straszne. Zagrali same covery znamienitych twórców i tylko kawałek Pantery broni się tym, że akurat Zenkowi przypadło gościnnie zaśpiewać. Ktoś zapomniał teksu w Paranoid, ktoś zapomniał tekstu i ogólnie wszystkiego w Killing In The Name, pokaleczono sromotnie Led Zeppelin. Naprawdę, naprawdę chciało mi się płakać. Nie było mi smutno, że wyjeżdżam.
Podsumowując. Przez cały pobyt na woodstocku wypiłam 3 piwa, chociaż to za dużo powiedziane. Sommersby i dwie małe Warki Radler to nie piwo. Ale nie miałam jakoś specjalnie ochoty. Nie wczułam się też w klimat imprezy - od masówek wolę pojechać sobie po prostu do lasu/nad jezioro. Lubię móc się umyć wtedy, kiedy mam na to ochotę. Tak, jakoś mi to nie przypadło do gustu. Jednak ogromnie cieszę się, że mogłam przeżyć to na własnej skórze :)
Wiedziałam tylko, że gra Enter Shikari i Kabanos. Jechałam tak po prostu, w ramach wakacji. Nastawiałam się pozytywnie; byłam ciekawa, jak tam jest. Do woodstockowego pociągu wsiadłam wraz z przyjaciółką w środę o 22:35 - było luźniej i sympatyczniej, niż przypuszczałam. Innymi słowy - nie było tak strasznie ;) Ci, którzy mieli się najebać zbyt szybko i pójść spać zrobili to, inni popijali podczas całej podróży, jednak wszyscy zachowywali się dość kulturalnie. Sama miałam ochotę uniknąć konfrontacji z pociągowym kiblem, więc nie piłam. I mówiąc szczerze jazda na trzeźwo w przedziale pełnym pijanych ludzi była niecodzienną przygodą. Zabawnie było oglądać ich wszystkich, a jeszcze zabawniej mówić im na stacji końcowej, gdzie mają swoje rzeczy, bo sami już nic nie ogarniali.
Dotarliśmy około 5:30, potem jeszcze 40 minut spaceru na pole namiotowe i szukanie jakiegoś znośnego miejsca, by się rozbić. Krótka mżawka i krótka drzemka. Potem spacer na dworzec po Mężczyznę. Wracałam na pole resztkami sił, przebijałam się przez tłumy pijanych, głośnych i nie zawsze czystych ludzi :P Przenieśliśmy namiot kilkaset metrów dalej, pod las. Cień i jako taka cisza. Żarełko od Krishnowców. Swoje wstępne rozgoryczenie i brak zestrojenia z panującą atmosferą zrzuciłam na karb zmęczenia, i rzeczywiście - wieczorem było lepiej. Enter Shikari zagrało zajebisty koncert. Bezchmurne niebo, spadające gwiazdy. Fajnie.
Większość piątku spędziliśmy poza obozowiskiem. Zwiedziliśmy starówkę w Kostrzynie (polecam :3), byliśmy zagranico. Z zapartym tchem przebijaliśmy się przez rzekę ludzi oraz okolice toików i jakichkolwiek zarośli, gdzie można się swobodnie wysikać i postawić klocka. Odór był nie z tej ziemi. Ja już spasowałam - nie miałam ochoty ruszać się z naszej willi usytuowanej wśród ostów i pokrzyw.
W sobotę naszła nas ochota, by się w końcu umyć, ale od 10:00 nie było wody. 2,5 godziny łaziliśmy w pełnym słońcu w poszukiwaniu jakiegokolwiek ujęcia wody, gdzie ciśnienie byłoby większe niż kap kap kap i w końcu się udało. Spacer i koncert Kabanosa. Wielbię, wielbię, wielbię! A potem... Hunter. Nie wiem, co napisać - po prostu brak mi słów. To było straszne. Zagrali same covery znamienitych twórców i tylko kawałek Pantery broni się tym, że akurat Zenkowi przypadło gościnnie zaśpiewać. Ktoś zapomniał teksu w Paranoid, ktoś zapomniał tekstu i ogólnie wszystkiego w Killing In The Name, pokaleczono sromotnie Led Zeppelin. Naprawdę, naprawdę chciało mi się płakać. Nie było mi smutno, że wyjeżdżam.
Podsumowując. Przez cały pobyt na woodstocku wypiłam 3 piwa, chociaż to za dużo powiedziane. Sommersby i dwie małe Warki Radler to nie piwo. Ale nie miałam jakoś specjalnie ochoty. Nie wczułam się też w klimat imprezy - od masówek wolę pojechać sobie po prostu do lasu/nad jezioro. Lubię móc się umyć wtedy, kiedy mam na to ochotę. Tak, jakoś mi to nie przypadło do gustu. Jednak ogromnie cieszę się, że mogłam przeżyć to na własnej skórze :)
poniedziałek, 29 lipca 2013
Jazda do Krakowa była rekordowo szybka. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy w ogóle pojadę, jednak... Jak tu nie jechać... Do swojej rudej brody? Pff.
Od momentu wystawienia łapy na wylotówce z Warszawy do postawienia stopy na Karmelickiej minęło... 3,5h. Razem z łapaniem stopa.
Pierwszy zatrzymał się pan, który już wiózł swojego kolegę i jego syna - podwieźli mnie do Janek. Stamtąd do Radomia podwiozła mnie miła pani z córką. Tam pomyślałam sobie, że fajnie byłoby się załapać na jazdę jakąś sportową bryką albo... TIRem :3 Zatrzymał się pan Krzysztof, wracający z trzytygodniowej trasy do Rosji. Pan Krzysztof siedział po turecku i opowiadał o mafii, swoich dzieciach i o tajnikach jeżdżenia z różnymi towarami. Jak to dobrze mieć tempomat. Próbował nawet przez CB złapać dla mnie jakąś podwózkę na ostatniej prostej, jednak nie udało się. Wysadził mnie na stacji, skąd zeszłam na pobocze drogi i zanim zdążyłam wziąć gryza rogala (o czym wspominam później) - już zatrzymała się kolejna życzliwa dusza ;)
W Krakowie planowałam być o 17.00, byłam o 15.30. Dokładnie w tym samym czasie Mężczyzna skończył pracę (a kończyć miał właśnie o 17.00). Przypadek? :3
Dwie godziny stałam na pełnym słońcu, by złapać stopa do Warszawy. Bezskutecznie. Lekko zrezygnowana, jednak pełna nadziei poszłam na dworzec pkp. Bez grosza przy sobie wsiadłam do pociągu. Jak już jechać... to pierwszą klasą. Miły pan wrzucił mój plecak na górę i odstąpił mi swoje miejsce - sam stał w korytarzu :3 Zastanawiałam się, czy konduktorzy będą sprawdzać bilety biorąc pod uwagę ścisk, może mi się upiecze... Ale konduktorzy, niezwykle czujni i pracowici spełniali w pocie czoła swoje obowiązki. Stoję w korytarzu. Z jednej strony jeden konduktor, z drugiej drugi. W potrzasku! Jeden z nich w końcu przechodzi i prosi mnie o bilet:
- proszę bilet do kontroli
- wie pan, nie mam ani biletu, ani pieniędzy, by w tej chwili kupić, więc poproszę mandat - i podaję mu dowód osobisty
On szczerzy zęby pod wąsem:
- proszę pani, pani myśli, że ja mam czas, żeby mandaty wystawiać? pani pójdzie do pierwszego wagonu i tam się zgłosi
Ja, skonsternowana:
- ale jak to? pan nie wystawi mi mandatu i ja muszę iść się zgłosić tam do przodu?
- no tak
- a jak nie pójdę, to nie dostanę mandatu?
- no nie :3
- a to mogę sobie tam nie iść?
W odpowiedzi dostałam szeroki uśmiech. Konduktorzy jeszcze kilkakrotnie mnie mijali, uśmiechnięci i mili, a ja za darmoszkę dojechałam sobie spokojnie do Warszawy pierwszą klasą.
A poza tym: propozycja randki od bezdomnego, który chwilę wcześniej ograbił mnie podstępnie z rogala z czekoladą, lody o smaku whisky, puszczanie wielkich baniek, skakanie w fontannie, gorszenie opinii publicznej (nawet gdy ta nie zdaje sobie z tego sprawy), znajdowanie martwych owadów, niedzielne łażenie po kościołach (wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jaka tam jest jednak moc), dłubanie czosnkową bagietką w nosie Kazimierza Wielkiego i ogólnie branie z życia garściami :D Polecam!
W każdym razie wiem, czemu jazda do Krakowa poszła gładko, a stop do Warszawy nie wypalił. Podświadomości i Wszechświata się nie oszuka ;) Niby chciałam coś złapać, ale... tak bardzo nie chciałam wracać do Warszawy.
Od momentu wystawienia łapy na wylotówce z Warszawy do postawienia stopy na Karmelickiej minęło... 3,5h. Razem z łapaniem stopa.
Pierwszy zatrzymał się pan, który już wiózł swojego kolegę i jego syna - podwieźli mnie do Janek. Stamtąd do Radomia podwiozła mnie miła pani z córką. Tam pomyślałam sobie, że fajnie byłoby się załapać na jazdę jakąś sportową bryką albo... TIRem :3 Zatrzymał się pan Krzysztof, wracający z trzytygodniowej trasy do Rosji. Pan Krzysztof siedział po turecku i opowiadał o mafii, swoich dzieciach i o tajnikach jeżdżenia z różnymi towarami. Jak to dobrze mieć tempomat. Próbował nawet przez CB złapać dla mnie jakąś podwózkę na ostatniej prostej, jednak nie udało się. Wysadził mnie na stacji, skąd zeszłam na pobocze drogi i zanim zdążyłam wziąć gryza rogala (o czym wspominam później) - już zatrzymała się kolejna życzliwa dusza ;)
W Krakowie planowałam być o 17.00, byłam o 15.30. Dokładnie w tym samym czasie Mężczyzna skończył pracę (a kończyć miał właśnie o 17.00). Przypadek? :3
Dwie godziny stałam na pełnym słońcu, by złapać stopa do Warszawy. Bezskutecznie. Lekko zrezygnowana, jednak pełna nadziei poszłam na dworzec pkp. Bez grosza przy sobie wsiadłam do pociągu. Jak już jechać... to pierwszą klasą. Miły pan wrzucił mój plecak na górę i odstąpił mi swoje miejsce - sam stał w korytarzu :3 Zastanawiałam się, czy konduktorzy będą sprawdzać bilety biorąc pod uwagę ścisk, może mi się upiecze... Ale konduktorzy, niezwykle czujni i pracowici spełniali w pocie czoła swoje obowiązki. Stoję w korytarzu. Z jednej strony jeden konduktor, z drugiej drugi. W potrzasku! Jeden z nich w końcu przechodzi i prosi mnie o bilet:
- proszę bilet do kontroli
- wie pan, nie mam ani biletu, ani pieniędzy, by w tej chwili kupić, więc poproszę mandat - i podaję mu dowód osobisty
On szczerzy zęby pod wąsem:
- proszę pani, pani myśli, że ja mam czas, żeby mandaty wystawiać? pani pójdzie do pierwszego wagonu i tam się zgłosi
Ja, skonsternowana:
- ale jak to? pan nie wystawi mi mandatu i ja muszę iść się zgłosić tam do przodu?
- no tak
- a jak nie pójdę, to nie dostanę mandatu?
- no nie :3
- a to mogę sobie tam nie iść?
W odpowiedzi dostałam szeroki uśmiech. Konduktorzy jeszcze kilkakrotnie mnie mijali, uśmiechnięci i mili, a ja za darmoszkę dojechałam sobie spokojnie do Warszawy pierwszą klasą.
A poza tym: propozycja randki od bezdomnego, który chwilę wcześniej ograbił mnie podstępnie z rogala z czekoladą, lody o smaku whisky, puszczanie wielkich baniek, skakanie w fontannie, gorszenie opinii publicznej (nawet gdy ta nie zdaje sobie z tego sprawy), znajdowanie martwych owadów, niedzielne łażenie po kościołach (wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jaka tam jest jednak moc), dłubanie czosnkową bagietką w nosie Kazimierza Wielkiego i ogólnie branie z życia garściami :D Polecam!
W każdym razie wiem, czemu jazda do Krakowa poszła gładko, a stop do Warszawy nie wypalił. Podświadomości i Wszechświata się nie oszuka ;) Niby chciałam coś złapać, ale... tak bardzo nie chciałam wracać do Warszawy.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Czwartek. Kraków pożegnał nas pogodą w kratkę - najpierw deszcz, potem duchota i znowu deszcz. Zawczasu kupiłam bilet na niedzielny pociąg powrotny do stolicy i poleźliśmy na bus Gdzieś Tam. Pan Kierowca wydał nam się mocno wczorajszy, zapytał też uprzejmie 'czego życzą sobie państwo posłuchać? może być Eminem?', po czym puścił zapowiedzianą nutę. Przeżyliśmy.
W sumie dopiero kiedy wytoczyłam się z busa zaczęłam zdawać sobie sprawę, że mnie popieprzyło i w ogóle co ja robię, ale było już za późno. Samochód podjechał, wyszedł z niego Pan Ojciec i Matylda, młodsze rodzeństwo płci żeńskiej. Zostałam zlustrowana (i ofukana przez 50% orszaku powitalnego), a z każdym kolejnym przejechanym kilometrem coraz lepsze widoki się roztaczały. W domu czekała Pani Matka. Long story short - dawno nie byłam w tak ciepłym, rodzinnym domu. Niesamowite uczucie. Z Młodą rzecz jasna po jednym dniu się zakumplowałyśmy. Długi spacer po okolicy, barwy, powietrze, zapach... Jedzenia niewiele, jedzenie nie wchodzi na diecie amorowej. Na dobranoc mężczyzna napalił w piecu, ogniste refleksy tańczyły na ścianach, byłam totalnie na innej orbicie.
Na następny dzień zapowiedziałam słońce (i słońce było), panowie kosili trawę (mężczyzna z kosą, mmm), my z Matyldą złapałyśmy za grabie i taczkę, i też nie próżnowałyśmy. Jeśli komuś wyda się to idiotyczne - trudno, jednak zapierdzielając kilka godzin na świeżym powietrzu czułam się świetnie. Potem zimne piwo, z ogniskiem nie czekaliśmy do wieczora. Było magicznie.
A dziś... Tak bardzo nie chciało mi się wracać. Masakra! Powrót był podwójny. Najpierw wyjazd z wiochy do Krakowa, chwila szlajania się po mieście (jedyne zdjęcie, jakie zrobiłam to zdjęcie rzeźby świni leżącej na grzbiecie na platformie w Wiśle, co z pewnością symbolizuje stan emocjonalny naszego społeczeństwa) i jazda na dworzec. Bez sensu zupełnie. Tydzień zleciał jak z bicza, ale był to jeden z bardziej pojebanych tygodni, jakie pamiętam. Dwa dni zmieniły się w siedem, w dodatku znalazłam swoją wisienkę na torcie, swoją męską wersję, chodzę z głową w chmurach, rzygam tęczą i wszystko jest przesłodkie. Milknę. Muszę się trochę sama popławić w tym ulepku :3
Jutro do pracy. Tak naprawdę stęskniłam się za dzieciakami i ich rodzicami. I za rowerem i rowerowcami. Teraz... Byle do weekendu. Może nawet tylko do czwartku :3
W sumie dopiero kiedy wytoczyłam się z busa zaczęłam zdawać sobie sprawę, że mnie popieprzyło i w ogóle co ja robię, ale było już za późno. Samochód podjechał, wyszedł z niego Pan Ojciec i Matylda, młodsze rodzeństwo płci żeńskiej. Zostałam zlustrowana (i ofukana przez 50% orszaku powitalnego), a z każdym kolejnym przejechanym kilometrem coraz lepsze widoki się roztaczały. W domu czekała Pani Matka. Long story short - dawno nie byłam w tak ciepłym, rodzinnym domu. Niesamowite uczucie. Z Młodą rzecz jasna po jednym dniu się zakumplowałyśmy. Długi spacer po okolicy, barwy, powietrze, zapach... Jedzenia niewiele, jedzenie nie wchodzi na diecie amorowej. Na dobranoc mężczyzna napalił w piecu, ogniste refleksy tańczyły na ścianach, byłam totalnie na innej orbicie.
Na następny dzień zapowiedziałam słońce (i słońce było), panowie kosili trawę (mężczyzna z kosą, mmm), my z Matyldą złapałyśmy za grabie i taczkę, i też nie próżnowałyśmy. Jeśli komuś wyda się to idiotyczne - trudno, jednak zapierdzielając kilka godzin na świeżym powietrzu czułam się świetnie. Potem zimne piwo, z ogniskiem nie czekaliśmy do wieczora. Było magicznie.
A dziś... Tak bardzo nie chciało mi się wracać. Masakra! Powrót był podwójny. Najpierw wyjazd z wiochy do Krakowa, chwila szlajania się po mieście (jedyne zdjęcie, jakie zrobiłam to zdjęcie rzeźby świni leżącej na grzbiecie na platformie w Wiśle, co z pewnością symbolizuje stan emocjonalny naszego społeczeństwa) i jazda na dworzec. Bez sensu zupełnie. Tydzień zleciał jak z bicza, ale był to jeden z bardziej pojebanych tygodni, jakie pamiętam. Dwa dni zmieniły się w siedem, w dodatku znalazłam swoją wisienkę na torcie, swoją męską wersję, chodzę z głową w chmurach, rzygam tęczą i wszystko jest przesłodkie. Milknę. Muszę się trochę sama popławić w tym ulepku :3
Jutro do pracy. Tak naprawdę stęskniłam się za dzieciakami i ich rodzicami. I za rowerem i rowerowcami. Teraz... Byle do weekendu. Może nawet tylko do czwartku :3
środa, 29 maja 2013
Będzie długo i ambitnie.
Wyjazd rowerowy w góry z przyjaciółmi zaliczam do nader udanych. W ramach prezentu urodzinowego kupiłam sobie nowe hamulce hydrauliczne, bo na tych swoich starych po prostu bałabym się jeździć :P To był całkiem spoko pomysł, chociaż absolutnie nie wiedziałam, ja będą się zachowywać. Efektem tego podczas pierwszego zjazdu wyleciałam przez kierownicę, rower przeskoczył po mnie i potoczył się beztrosko dalej, zafundowawszy mi tym samym szutrowy peeling. Humbak nieco ucierpiał, ale nie jest tak źle. Wszystko się ładnie goi. Pozostała trójka miała ze mnie ubaw + anielską cierpliwość, ponieważ ilość pytań i wątpliwości była doprawdy spora. Jeden z lepszych weekendów w tym roku, teraz mam szalony tydzień, ale to za chwilę.
W międzyczasie fejsbuk nie przypomniał o moich urodzinach, ale ci, co mieli pamiętać - niezawodnie się odezwali. Nawet matka!
W poniedziałek, 20.05. miałam podjąć ostateczną decyzję co do pracy. Albert na Wilanowie albo wylotowy Antek. Ze względów różnych zdecydowałam się zostać w Polsce naszej pięknej i wspaniałej, wywalczyłam sobie przy okazji bardzo korzystne warunki pracy. Moja decyzja ucieszyła nie tylko Alberta i jego rodziców, ale kilka innych osób, które lubią zostawić czasem swoje dzieciaki z Najlepszą Nianią w mieście :D Hipek bardzo się ucieszył z mojej wizyty, a mnie naprawdę wzrusza świadomość, na jakiego fajnego chłopaka rośnie.
A, no i przybył Phantom. Sztywniaczek przepiękny, lekki i wygodny. Uczymy się siebie.
Teraz o Krakowie. O mały włos, a nie pojechałabym. Nie wierzę w przypadki i zbiegi okoliczności. Wszystko do czegoś, dokądś prowadzi. Okazało się, że do końca maja mam wolne i pełnoetatową pracę zaczynam dopiero z początkiem czerwca, więc bez problemu mogłam zapakować się z Anetą do pociągu i skoczyć do Krakowa. Z początku miały być do trzy dni, potem rozwinęło się do pięciu dni - z Krakowa pod Tarnów do kuzynki Anety. Jednak poprzestałam na planie minimum mając na uwadze zarobienie jeszcze paru groszy w maju. Trwając w swym postanowieniu pojawiłam się w miniony poniedziałek rano u Anety i po chwili zostało mi oznajmione, że MUSZĘ ABSOLUTNIE ('Koti, no weź') pojechać na tydzień, bo Sartineczek ma już ustawione Figureczki Party. Nie miałam wyboru!
Po 3h jazdy (bilet rodzinny, fakje) dotarłyśmy do byłej stolicy. I... nie wiedziałam, gdzie mam podziać oczy. Tyle dup (czyli bardzo przyjemnych dla oka widoków w postaci męskoosobowej), że nie nadążałam się oglądać. Cudownie! Zakwaterowałyśmy się i poszłyśmy na miacho. Wieczór spędzony w domu, sił brak na jakiekolwiek imprezowanie (miałam się spotkać z byłym właścicielem Kendi, ale nie odezwał się). A nie, stop - poszłyśmy na obiad do knajpy, gdzie pracowała przyjaciółka Anety, Agata. Piłam najlepszą na świecie wódkę imbirową!
Dnia następnego umówiłyśmy się na ploty z Agatą. W międzyczasie kumpel (to też śmieszna sprawa - złapał mnie przez fb i wmówił, że poznaliśmy się na którymś HZ, ale totalnie go nie pamiętam :P) napisał, że jedzie w Bieszczady i żebym jechała z nimi, będą samochodem, zabiorą mnie z Rzeszowa. Po obgadaniu sprawy z Anetą postanowiłam skorzystać z opcji. Ale... No właśnie. Zasiadłyśmy we czwórkę w kawiarence, zamówiłyśmy jakieś słodkości. Kilka ogródków dalej zauważyłam całkiem przyjemnie wyglądającego osobnika, więc co jakiś czas zerkałam w tamtą stronę. Po kilku chwilach Łucja zaczęła kręcić się w wózku, wylazła, a mi przypadło zadanie biegania za nią. Modliłam się w duchu, żeby polazła do tamtego ogródka, żeby był jakiś idiotyczny pretekst do tego, by się tam pokręcić. I wiszę Łucji piwo, świetnie się spisała :D Kontakt został nawiązany, z bliska miły pan wyglądał jeszcze lepiej, nie mówiąc już o głosie. No ale dobra, sraty-taty, trzeba wracać. Zrobiłyśmy z Łucją papa i poszłyśmy. Jednak nie dawało mi to spokoju. W domu uznałam, że to pierdolę, pójdę tam i umówię się z typem na piwo. A co! Tak też zrobiłam. Czułam, że twarz mam czerwoną jak mak, piekły mnie uszy, ale nie zwolniłam kroku. Chuj, postanowione. Najwyżej odmówi, to nie jest takie straszne, a do końca życia żałowałabym, że nie zagadałam. I tak pierwszy raz od jakichś 10 lat po prostu podeszłam do kolesia i najzwyczajniej w świecie zapytałam, czy nie ma ochoty po pracy gdzieś się przejść :3 Tym sposobem się umówiliśmy.
Poznałam resztę ludzi pracujących w knajpie i w kilka osób siedzieliśmy sobie w ogródku już po zamknięciu. Czułam, jakbyśmy się znali wszyscy od dawna i byłam mega szczęśliwa, że poznałam kogoś nowego, fajnie spędzam wieczór. A im dłużej gadałam z miłym panem tym bardziej mi on przypadał do gustu, w końcu dostałam śmiechawy, bo pomyślałam, że gdyby strach wziął górę... nie byłoby mnie tam. Nie poznałabym go i inne rzeczy by się działy.
Z knajpy wytoczyliśmy się, kiedy na dworze było już jasno, do domu dotarłam koło 9.30. Miły młody człowiek uparł się, że zostanę jego żoną, zaproponował więc, żebym pojechała z nim w czwartek... do jego rodziców. Na co ja, mistrzyni przemyślanych kroków, rzecz jasna przystałam. Może być ciekawie! Spontan i przygoda. W związku z tym nie pojechałam w Bieszczady, zostaję w Krakowie dzieląc kawałek łóżka z przyszłym mężem, a pokój z jeszcze dwoma chłopami.
Czasami odnoszę wrażenie, że życie zaczęłam dopiero niedawno. Kiedy przestałam się bać i przejmować ludźmi i ich opinią, kiedy spontaniczność wróciła, kiedy znowu pozwalam emocjom kierować. Oprócz tego, że jestem permanentnie szczęśliwa - nadal dzieją się zupełnie niesamowite rzeczy. Gdybym wzięła tę drugą pracę wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Wszechświat lubi knuć i dobrze mu to wychodzi, za co jestem niezmiernie wdzięczna. Poza tym Kraków jest piękny.
Wyjazd rowerowy w góry z przyjaciółmi zaliczam do nader udanych. W ramach prezentu urodzinowego kupiłam sobie nowe hamulce hydrauliczne, bo na tych swoich starych po prostu bałabym się jeździć :P To był całkiem spoko pomysł, chociaż absolutnie nie wiedziałam, ja będą się zachowywać. Efektem tego podczas pierwszego zjazdu wyleciałam przez kierownicę, rower przeskoczył po mnie i potoczył się beztrosko dalej, zafundowawszy mi tym samym szutrowy peeling. Humbak nieco ucierpiał, ale nie jest tak źle. Wszystko się ładnie goi. Pozostała trójka miała ze mnie ubaw + anielską cierpliwość, ponieważ ilość pytań i wątpliwości była doprawdy spora. Jeden z lepszych weekendów w tym roku, teraz mam szalony tydzień, ale to za chwilę.
W międzyczasie fejsbuk nie przypomniał o moich urodzinach, ale ci, co mieli pamiętać - niezawodnie się odezwali. Nawet matka!
W poniedziałek, 20.05. miałam podjąć ostateczną decyzję co do pracy. Albert na Wilanowie albo wylotowy Antek. Ze względów różnych zdecydowałam się zostać w Polsce naszej pięknej i wspaniałej, wywalczyłam sobie przy okazji bardzo korzystne warunki pracy. Moja decyzja ucieszyła nie tylko Alberta i jego rodziców, ale kilka innych osób, które lubią zostawić czasem swoje dzieciaki z Najlepszą Nianią w mieście :D Hipek bardzo się ucieszył z mojej wizyty, a mnie naprawdę wzrusza świadomość, na jakiego fajnego chłopaka rośnie.
A, no i przybył Phantom. Sztywniaczek przepiękny, lekki i wygodny. Uczymy się siebie.
Teraz o Krakowie. O mały włos, a nie pojechałabym. Nie wierzę w przypadki i zbiegi okoliczności. Wszystko do czegoś, dokądś prowadzi. Okazało się, że do końca maja mam wolne i pełnoetatową pracę zaczynam dopiero z początkiem czerwca, więc bez problemu mogłam zapakować się z Anetą do pociągu i skoczyć do Krakowa. Z początku miały być do trzy dni, potem rozwinęło się do pięciu dni - z Krakowa pod Tarnów do kuzynki Anety. Jednak poprzestałam na planie minimum mając na uwadze zarobienie jeszcze paru groszy w maju. Trwając w swym postanowieniu pojawiłam się w miniony poniedziałek rano u Anety i po chwili zostało mi oznajmione, że MUSZĘ ABSOLUTNIE ('Koti, no weź') pojechać na tydzień, bo Sartineczek ma już ustawione Figureczki Party. Nie miałam wyboru!
Po 3h jazdy (bilet rodzinny, fakje) dotarłyśmy do byłej stolicy. I... nie wiedziałam, gdzie mam podziać oczy. Tyle dup (czyli bardzo przyjemnych dla oka widoków w postaci męskoosobowej), że nie nadążałam się oglądać. Cudownie! Zakwaterowałyśmy się i poszłyśmy na miacho. Wieczór spędzony w domu, sił brak na jakiekolwiek imprezowanie (miałam się spotkać z byłym właścicielem Kendi, ale nie odezwał się). A nie, stop - poszłyśmy na obiad do knajpy, gdzie pracowała przyjaciółka Anety, Agata. Piłam najlepszą na świecie wódkę imbirową!
Dnia następnego umówiłyśmy się na ploty z Agatą. W międzyczasie kumpel (to też śmieszna sprawa - złapał mnie przez fb i wmówił, że poznaliśmy się na którymś HZ, ale totalnie go nie pamiętam :P) napisał, że jedzie w Bieszczady i żebym jechała z nimi, będą samochodem, zabiorą mnie z Rzeszowa. Po obgadaniu sprawy z Anetą postanowiłam skorzystać z opcji. Ale... No właśnie. Zasiadłyśmy we czwórkę w kawiarence, zamówiłyśmy jakieś słodkości. Kilka ogródków dalej zauważyłam całkiem przyjemnie wyglądającego osobnika, więc co jakiś czas zerkałam w tamtą stronę. Po kilku chwilach Łucja zaczęła kręcić się w wózku, wylazła, a mi przypadło zadanie biegania za nią. Modliłam się w duchu, żeby polazła do tamtego ogródka, żeby był jakiś idiotyczny pretekst do tego, by się tam pokręcić. I wiszę Łucji piwo, świetnie się spisała :D Kontakt został nawiązany, z bliska miły pan wyglądał jeszcze lepiej, nie mówiąc już o głosie. No ale dobra, sraty-taty, trzeba wracać. Zrobiłyśmy z Łucją papa i poszłyśmy. Jednak nie dawało mi to spokoju. W domu uznałam, że to pierdolę, pójdę tam i umówię się z typem na piwo. A co! Tak też zrobiłam. Czułam, że twarz mam czerwoną jak mak, piekły mnie uszy, ale nie zwolniłam kroku. Chuj, postanowione. Najwyżej odmówi, to nie jest takie straszne, a do końca życia żałowałabym, że nie zagadałam. I tak pierwszy raz od jakichś 10 lat po prostu podeszłam do kolesia i najzwyczajniej w świecie zapytałam, czy nie ma ochoty po pracy gdzieś się przejść :3 Tym sposobem się umówiliśmy.
Poznałam resztę ludzi pracujących w knajpie i w kilka osób siedzieliśmy sobie w ogródku już po zamknięciu. Czułam, jakbyśmy się znali wszyscy od dawna i byłam mega szczęśliwa, że poznałam kogoś nowego, fajnie spędzam wieczór. A im dłużej gadałam z miłym panem tym bardziej mi on przypadał do gustu, w końcu dostałam śmiechawy, bo pomyślałam, że gdyby strach wziął górę... nie byłoby mnie tam. Nie poznałabym go i inne rzeczy by się działy.
Z knajpy wytoczyliśmy się, kiedy na dworze było już jasno, do domu dotarłam koło 9.30. Miły młody człowiek uparł się, że zostanę jego żoną, zaproponował więc, żebym pojechała z nim w czwartek... do jego rodziców. Na co ja, mistrzyni przemyślanych kroków, rzecz jasna przystałam. Może być ciekawie! Spontan i przygoda. W związku z tym nie pojechałam w Bieszczady, zostaję w Krakowie dzieląc kawałek łóżka z przyszłym mężem, a pokój z jeszcze dwoma chłopami.
Czasami odnoszę wrażenie, że życie zaczęłam dopiero niedawno. Kiedy przestałam się bać i przejmować ludźmi i ich opinią, kiedy spontaniczność wróciła, kiedy znowu pozwalam emocjom kierować. Oprócz tego, że jestem permanentnie szczęśliwa - nadal dzieją się zupełnie niesamowite rzeczy. Gdybym wzięła tę drugą pracę wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Wszechświat lubi knuć i dobrze mu to wychodzi, za co jestem niezmiernie wdzięczna. Poza tym Kraków jest piękny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)