środa, 22 grudnia 2010

wczoraj. mialam na koncie mniej funduszy niz myslalam. weszlam do sklepu, za gotowke kupilam wino w najbardziej kiczowatej butelce, jaka znalazlam (jak zwykle). wrzucilam do koszyka kilka innych niezbednych do zycia produktow jak chipsy, czekolada, puszka skondensowanego mleka i zupki chinskie, costam do tego jeszcze. poszlam do kasy. odrzucilo mi karte po raz pierwszy. wiec ja odrzucilam kilka produktow. odrzucilo karte po raz drugi, pani kasjerka zrobila sie niemila. odrzucilam reszte zakupow. poszlam do bankomatu nieopodal, by dowiedziec sie, w czym rzecz. pomyslalam - dobra, wiem juz, ile mam na koncie, to pojde do innego sklepu po cos do zarcia, do tamtego juz nie zdaze. i tak najwazniejszy produkt spozywczy mam w plecaku. i tak weszlam do innego sklepu, ale cos mnie tknelo. czy aby na pewno mam wszystko, co miec powinnam? no pewnie, ze nie. po co. zaginely w akcji male zakupy kosmetyczne z drogerii, wiec biegne do sklepu numer jeden, po drodze malo sie dwa razy nie zabijajac na lodzie, no bo po co sobie zawracac glowe posypaniem chodnika. juz nie mowie nawet odsniezeniem, zebraniem calej lodo-pluchy z niego. zwykly piasek. na szczescie zdazylam i wszystko skonczylo sie happy endem.

a na przystanku nie chcialo mi sie wsiadac w tramwaj. nie mialam ochoty. stalam obok slupa z rozkladem jazdy i patrzylam sie na platek sniegu. byl naprawde duzy i tak ladnie blyszczal. nie moglam od niego oderwac wzroku i zastanawialam sie, czy ktos jeszcze procz mnie go widzi. czy wszyscy chca sie po prostu stloczyc jak sardynki w jakims cholernym wagonie. czy ktos tego platka zaraz nie zdepcze. i jakas pani nadepnela go wkrotce potem obcasem. nie zastanawiajac sie, gdzie stawia noge.

i mialam boski wieczor. to niesamowite, ze w koncu cos odciagnelo moja uwage od majki i lezenia godzine w wannie. ogladalam serial, tarmosilam psa za uszy, pilam wino - caly czas majac na glowie kretynska papierowa czapeczke w stylu dzieciecych przyjec. oczywiscie rozowa. i oczywiscie zapomnialam, ze mam ja na glowie. przypomnialam sobie o niej dopiero w lazience, kiedy spojrzalam w lustro. nie byl do dobry widok i mialam ochote wszystkie lustra w domu rozpieprzyc w drobny mak. czasem po prostu brakuje kamieni.

acha, i jeszcze siostra powiedziala, ze matka znowu sie na mnie obrazila i, ze tak powiem, swiat nie bedzie. bo ona sie ze mna nie umawiala. przykro to mowic, ale fochy moich rodzicow sa chyba ostatnia rzecza, jaka sie w zyciu przejmuje.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

mozna ja schowac w kieszeni, zamknac w znaczku pocztowym. nie zmiesci sie w dloniach, nawet tych wielkosci chleba. jej portret zobaczysz w koraliku z modeliny, poczujesz zapach w kilku sosnowych iglach. czasem chowa sie i udaje, ze jej nie ma. sprawi, ze sloneczny dzien bedzie jeszcze bardziej slonecznym dniem, a podkowka na ustach odwroci sie, tworzac literke u. ale nie zapamietasz jej, nie nauczysz sie i nie powiesz nigdy 'tak, znam ja dobrze'. lubi robic niespodzianki, czasem bardziej a czasem mniej mile. bo humorzasta bywa. jest kobieta rubensa - im wieksza, tym lepsza. no, bez przesady. prowadzi cie za reke przez labirynt ciemny i pelen pulapek, i sprawdza jak bardzo jej ufasz. w finalowej rundzie obsypie cie pocalunkami albo wpakuje kulke w naiwny kark, suka. ale spokojnie, masz kilka zyc.

piątek, 17 grudnia 2010



z okazji niedawno obchodzonej 30. rocznicy zamachu na Lennona (swoja droga w urodziny Morrisona), zaglebilam sie nieco bardziej w historie Beatles'ow. kawalek ostatni z ostatnich, tytul znajomy (chociaz i tak Doorsi to nie ta paczka), prosty i subtelny.

środa, 15 grudnia 2010

postanowilam wczoraj sprawic sobie niewiarygodna przyjemnosc, jaka miala byc jazda autobusem. po zasniezonej drodze w godzinach szczytu - zeby sprawdzic, na co miezkancy warszawy tak narzekaja. long story short: polacy chyba po prostu niemilosierne zrzedzenie maja we krwi. wysysaja je z mlekiem matki. wszystko wiecznie zle, wszystko nie pasuje, zawsze, ZAWSZE jak cos jest nie po ich mysli to NA PEWNO jest swiadome dzialanie innego czlowieka, zlosliwe, z pelna premedytacja, wrogie, zle i w ogole. rzygac sie chce od tego. zamiast sie usmiechnac, zeby bylo milej, to nie - kwasna mina i krzyki.

wtorek, 14 grudnia 2010

jedzac mieszanke studencka zawsze najpierw wyjadam rodzynki (jakkolwiek by to nie zabrzmialo). dopiero potem biore sie za orzechy.

natomiast moja nienawisc do poczty polskiej wzrosla. juz wczoraj czulam sie nieciekawie, ale zobaczylam, ze w koncu przyszla oczekiwana przesylka. wzielam awizo, na ktorym jak byk W DNIU OTRZYMANIA AWIZO W GODZINACH 18.00-20.00. i poszlam. czekalam 15 minut, mimo ze nie bylo kolejki. panie na poczcie bardzo lubia sie opierdalac i udawac, ze robia miliard innych wazniejszych rzeczy, oraz uwielbiaja mowic 'czego?', coz za kultura. troche sie juz slaniajac na nogach odstalam swoje, podchodze do okienka i slysze, ze 'a to awizo dzisiejsze, to dopiero jutro'. czy tak trudno poprosic listonosza, zeby skreslil jedna linijke tekstu z awizo?

poniedziałek, 13 grudnia 2010

jakas plaga. wszyscy zakladaja sobie wzajemnie dziwne metalowe koleczka na palce. nie, zebym miala cos przeciwko temu - jak chca, dobrze im zycze. ale sie jakis wysyp zrobil, a ja poczulam sie staro. to juz TEN moment, kiedy duza czesc znajomych formalizuje swoje sparowanie. i bylam na imprezie zareczynowej, gdzie byly same pary/zareczeni/zonkosie + kilka szczesliwych przyszlych matek. nie moge jednak nie docenic owego zlotu ludzi mniej lub bardziej mi znanych, gdyz skosztowalam po raz pierwszy w zyciu piwa z sokiem... fiolkowym. mniam. tzn syrop slodki jak kazdy inny, ale sama mysl, ze 'moje piwo pachnie fiolkami' byla taka.. budujaca.

tak jak sobie obiecalam, wyspalam sie znakomicie tak w sobote, jak i w niedziele. w sobote dotrzymalam danego sobie slowa i pojechalam po raz kolejny obejrzec imitacje Morrisona na deskach teatru Rampa. Im bardziej zaglebiam sie w ten spektakl, tym bardziej wydaje mi sie on gowniany. okaleczone teksty (przeklad jest koszmarny), zdarzenia srednio chronologicznie, gra aktorow... no dlugo by mozna jeszcze pisac. ale mam przez te 2h choc imitacje wrazenie, ze przenioslam sie w czasie. w ogole aktora grajacego Morrisona mogliby zmienic - jest juz troche za stary na te role. cialo ma niezle, ale troche juz wylysial. i udaloby mi sie dopiac swego, gdyby mu sie kabel nie splatal.

w kazdym razie moj plan odwiedzenia Père Lachaise nabral realnych ksztaltow. w lipcu.

i chce harmonijke ustna.

wczoraj tez bylam w teatrze, La M.ort na 'Rosencrantz i Guildenstern nie żyją', ale chyba jestem za glupia, zeby to zrozumiec. spektakl bylprzegadany -  zdominowany przez monologi i dialogi wystrzeliwane z predkoscia swiatla; dodatkowo widownia nieco psula klimat: jeden pan sie dusil (katar? gruzlica jakas?) i co chwila potrzasal pudeleczkiem z drazetkami (co brzmialo jak tic-tac'i), smarkal i pociagal nosem, i sapal jak lokomotywa. obok niego jakis znudzony pan czytal czasopismo, a jego zawstydzona znajoma zwracala mu bezskutecznie uwage, ze tak sie w teatrze nie przystoi zachowywac, chociazby sztuka byla mega nudna. sama nie byla gorsza, bo co chwila z niewiadomych przyczyn wybuchala smiechem. doprawdy.

caly weekend bardzo tworczy wbrew pozorom. swiatly takze i pouczajacy.

wtorek, 7 grudnia 2010

bede dzisiaj szyla potworki ogladajac film jednym okiem i uchem, drugim uchem sluchajac muzyki, a drugim okiem czytajac ksiazke, stopa pojac sie winem. czemu nie mam wiecej konczyn i oczu i uszy i ust i czemu w ogole jestem tylko jedna..? chcialabym byc podwojna.
nie lubie miec takich snow, jak ten dzisiejszy. snilo mi sie, ze gonily mnie dinozaury. cos w stylu parku jurajskiego, bylam w jakims lesie z grupa ludzi i gonily nas jakies zielone, szybkie, niewielkie acz wyglodniale i drapiezne stworzenia. oczywiscie nie same dinozaury mnie przerazaly, tylko smierc. wiedzialam, ze za kilka chwil zgine, ze nie mam sie gdzie ukryc i zaraz ktorys z nich mnie dopadnie i rozerwie na strzepy. balam sie smierci. ostatnio ten motyw dosc czesto przewija sie w moich snach.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

mlody dobral sie do mojego kapcia. odpuscilam, zdjelam ocieplacz na stope z lewej nogi. ale malo mu, bo porzucil go i teraz dobiera sie do nogi lewej. i zuje zapamietale ow kapec. wchodzi pod stol i bardzo sie dziwi, zemu go boli glowa kiedy probuje sie podniesc bedac jeszcze pod blatem. chwile potem sciaga wszystkie scierki z drzwiczek od kuchenki gazowej i pelza z nimi po calej podlodze. stara sie wdrapac mi na kolana. ziewa. klade go do lozeczka, co konczy sie strasznym placzem (2 minuty... 5 minut... 10 minut... cisza), ale co zrobic, dziecko sie musi uczyc samodzielnosci. i tego, ze nie bede go bujac przez poltorej godziny w lezaczku-bujaczku. zasypia, moge w koncu zrobic sobie herbate, moze nawet zdaze sie wysikac. kiedy zaczynam czytac ksiazke, jasniepan budzi sie i znowu placze. glowa mi peka, ale usmiecham sie do niego dzielnie, w koncu to tylko dziecko. kicham, znowu placze. tak, kiedy kicham on placze, a kiedy ja placze - on sie smieje. nauczyl sie juz troche 'gadac' - jego gadanie polega na wykszykiwaniu onomatopei na caly glos, niekiedy prosto w moje biedne ucho. pora karmienia to sprawdzian dla cierpliwosci. w piatek na moich wlosach wyladowaly buraczki - nie mam zielonego pojecia w jaki sposob, ale takie sa fakty mili panstwo.

czwartek, 2 grudnia 2010

najpierw troche o sniegu.
otoz ja uwielbiam snieg i mroz (taki do -15 stopni). w poniedzialek sypnelo bardzo obficie, co ucieszylo tak mnie, jak i mojego psa. w pracy siedzialam do pozna, ale nic to, wrocilam do domu, wzielam bube i kube pod pachy, i poszlismy szalec w sniegu. przez caly dzien mialam cholerna ochote na czekolade. doczlapalismy sie do stacji benzynowej i zazartowalam 'haha, a teraz sie okaze, ze koti nie wziela pieniedzy!' i naprawde swiecie wierzylam, ze to bedzie udany dowcip. niechcacy wyszedl z tego czarny humor, bo rzeczywiscie - pieniadze zostawilam w drugiej kurtce... ale udawanie sanek i tak sie odbylo i zrekompensowalo brak czoko.
we wtorek i srode rowniez rozkoszowalam sie bialym puchem lazac z psem po zaspach.
az do dzisiaj, pierwszego czwartku, a drugiego dnia grudnia dwa tysiace dziesiec, wkurzalo mnie bardzo intensywne wyrazanie (czesto wielce niekulturalne) swojej dezaprobaty przez mieszkancow warszawy w stosuku do stanu odsniezenia ulic. poniewaz dzisiaj po raz pierwszy wyszlam na spacer z mlodym. w wozku. samochod odsniezony, ale jak ja to jasnej anielki mam wywlec wozek z dzieckiem na chodnik? zeby zobrazowac - wozek jest w samochodzie. samochod stoi przodem do chodnika. wyciagam wozek z bagaznika, nie mam jak nim przejechac obok auta, wiec bobo wkladam do niego rowniez od strony ulicy. no i jade kawalek ulica. jeszcze ujdzie. wjezdzam na chodnik i zaczyna sie masakra. uklepana warstwa sniegu jest bardzo waska, starcza na jedna osobe. a ja zapieprzam pchajac wozek. przejscie przez jezdnie to kolejny koszmar. najlepiej, gdyby wozek byl malym poduszkowcem albo mial funkcje LEWITACJA bo przez niektore nieuprzatniete zaspy-waly nie dalam fizynie rady przebrnac. w efekcie chodzilam z mlodym przez pol godziny w te i z powrotem po jedynym odsniezonym kawalku chodnika na przeciwko domu. jea.
mimo tego moja pozycja wobec pogody za oknem sie nie zmienila jakos radykalnie. nadal snieg jest mega, a ludzie marudza, bo tak maja zakodowane w genach, przynajmniej w naszej szerokosci geograficznej.

piątek, 26 listopada 2010

szlam chodnikiem, patrzylam uwaznie pod nogi. przeskakiwalam popekane plytki i stawalam tylko na tych calych. miedzy tymi plytkami rosnie trawa, wystaja male zielone kepki. w malych zielonych kepkach trawy mieszkaja male slimaki bez skorupek, wloczace sie po swiecie. to tu, to tam; zostawiaja za soba glutowate slady. szlam sobie dalej, ale wiekszosc chodnikow ma to do siebie, ze raz na jakis czas wystepuje na nich wysoki, klockowany kraweznik, ktory tylko czeka, zeby kogos przewrocic. dlatego tez omijalam wszystkie krawezniki mniej lub bardziej szerokim lukiem. w koncu zorientowalam sie, ze chodze w kolko. wydeptalam w chodniku wzlobienie. jesien i deszcz. zaczela sie tam zbierac woda, a ja w tych samych zdartych trampkach robilam kolejne okrazenie. buty przemokly, rozklapcialy sie do reszty, a ja przeziebilam. cala zime przelezalam pod sniegiem, otulona ze wszystkich stron starymi gazetami i rozmoklymi kartonami. na wiosne zaczely wypadac mi wlosy, wypadaly calymi kepami przy kazdym lzejszym podmuchu wiatru. cieplego, pachnacego wiatru. z tych moich kepek wlosow gniazda robily sobie male biale ptaszki. utykaly je miedzy galeziami na drzewach, by za chwile moscic sie w nich wygodnie. w lecie z jajek wykluly sie porosniete szczecina miniaturowe bezglowe niemowleta, machaly raczkami we wszystkie strony. w lecie zwiedly wszystkie kwiaty.
slucham i dochodze do wniosku, ze kobong nie ma tekstow, kobong to po prostu poezja spiewana. chcialabym cos kobongowego wrzucic, ale musialabym zaspamic bloga chyba wszystkimi utworami. wiec prosze sluchac i trawic.

czwartek, 25 listopada 2010

mialam isc wczoraj na koncert. wysiadlam z metra, poszlam w kierunku klubu i... odechcialo mi sie. wrocilam spacerem do domu. przyszla mi na mysl wizja, ze za 20 lat bede juz pewnie kobieta sukcesu po rozwodzie, kryzys wieku sredniego w pelni. pojde do pubu wyrywac mlodszych factow, zeby udowodnic sobie, ze nadal jestem atrakcyjna. wtedy podejdzie do mnie jakis mlodzian, zacznie zarywac i przedstawi sie: czesc, jestem Hipolit. ja mu odpowiem: i masz na nazwisko X-sinski? on na to: tak, skad wiedzialas? a ja: zmienialam Ci pieluchy, kiedy miales niecaly rok. dokladnie tak to bedzie wygladac.

w koncu poszlam na silownie. dieta skladajaca sie z czekolady, lodow, chipsow i wina dala o sobie niestety znac. chociaz tlumacze to zima, z reszta idzie mroz, musze miec wieksza warstwe tluszczyku. w drodze do domu weszlam do warzywniaka, zachcialo mi sie bowiem warzyw i czegos nieslodkiego. zapachnialo ogorkami konserwowymi, poprosilam o dwie sztuki. zadowolona z siebie wdrapalam sie ledwo do swojej jaskini. mmm, ogoraski... gowno nie ogoraski. napompowane balaski. probowalam ugryzc ogorka, ale zrobil pffffff i wylecialo z niego mnostwo piany, smak byl po prostu koszmarny. ale tak jest zawsze. jak mam na cos ogromna ochote, to tego nigdy albo nie ma, albo jest obrzydliwe. tak wlasnie bylo z ciastem cytrynowym, ale to zupelnie inna historia.

wena tworcza opuscila mnie wczorajszego wieczora, wiec postanowilam dokonczyc ksiazke. zeby nie bylo zbyt pieknie, pies sie czegos nazarl (hm, nie wiem, moze to byl olowek, a moze miekka pileczka, obie te rzeczy skonsumowala wczesniej pod moja nieobecnosc) i miala sranie pol nocy. w zwiazku z tym musialam latac z nia co dwie godziny na dwor, bo nie dawala mi spac.

John! John!
Rano we mnie! Rano we mnie! 
Kolorów dzwony 
BIM, w przerażeniu, urodzenie, BIM, Bam Bum.

środa, 24 listopada 2010

prawie kazdy czlowiek musi czasem stawic czola sprawom, ktore go przerastaja, podjac jakies decyzje... dzisiaj padlo na mnie. zmierzylam sie z prasowaniem koszul... nie umiem tego robic! ale dalam rade, jestem z siebie dumna.
no tak. tyle czasu chodze w butach z niezawiazanymi sznurowkami, ale nigdy sie nie wypieprzylam (jak na razie). kobieta przypal jednak nie spi, ona czuwa, wiec wczoraj postanowila potknac sie o... klamke w drzwiach do wlasnego pokoju. dokladnie tak. dla tych, ktorzy nie wiedzą - owe drzwi otwieraja sie mniej wiecej do polowy, za drzwiami stoi stolik-burdelopochlaniacz, ten ze szklanym blatem. niestety, nie jest  on okragly, ma za to cztery ostre kanty. jeden z tych kantow wbil mi sie dotkliwie w udo, kiedy na nim ladowalam. mam dziurawa noge.

a po drugie, jakis czas temu z rakowieckiej zniknela jedna apteka. obok apteki roslo drzewo, a na drzwie caly rok wisial neonowy mikolaj w saniach z reniferem. tylko ten, kto nie zaznal tego widoku nie bedzie wiedzial, jak bardzo sie za takimi idiotyzmami teskni w szary poranek, kiedy po raz kolejny zaspalo sie do pracy i biegnie sie do tramwaju.

wtorek, 23 listopada 2010

Poszlam wczoraj na pakernie zapytac sie, co ma biedna Kama zrobic, bo zgubila portfel, a w nim karte na silownie. mila pani wydala mi dla niej nowa karte. cudownie. dzisiaj ja zgubilam swoja. dzisiaj rowniez obiecalam sobie, ze wezme do pracy jakies zarcie i owszem, wzielam. sama sucha bulke, bo zapomnialam wlozyc do torby miesiwa (Kama -> wole sopocka!). tak naprawde nie wiem, co sie z nim stalo, pamietam moment wyjmowania z lodowki, a potem... film mi sie urwal. im wczesniej wstaje, tym pozniej wychodze z domu.

babcia smierc czatowala dzis od rana. wychodze z psem na spacer, widze uchylone drzwi do jej mieszkania. zbiegam szybko bo schodach, katem oka rejestruje, ze pojawila sie w progu i zerka na dol. uf, udalo sie. spacer zaliczony, trzeba jakos dosc niepostrzezenie przemknac sie do domu. to tez sie udaje, zanim sasiadka mnie dopada, jestem za progiem, bezpieczna. jeszcze tylko wyjsc do pracy. obylo sie bez problemow, lecz nie bez strachu. zastanawiam sie tylko, czy biedna Martyna miala nalot.

x wlasnie podsunal mi genialny pomysl - by przepuscic to co powstaje spod mych paluchow przez tlumacza googla w cyklu hiszpanski->angielski->sua-hili->angielski->hiszpanski->polski. odczytalam przed chwila jeden akapit i wiem juz, jaka rozrywke bede miala dzisiaj po pracy... to bedzie COS..!

poniedziałek, 22 listopada 2010

to jest ten moment, kiedy (odpukac w niemalowane) gorzej byc nie moze. tzn (odpukac w niemalowane vol.2) moglabym stracic prace (tfu tfu tfu), ale mam cicha nadzieje, ze to sie nie stanie.

w takich wlasnie chwilach pt 'gorzej byc nie moze' jest juz po prostu tak zle, ze siadam na podlodze, mam wszystko w dupie i zaczynam sie z tego smiac. troche przez lzy, ale smiac. przestaje mnie obchodzic, co bedzie z x czy co sobie pomysli, co bedzie z ojcem, z mieszkaniem, ze wszystkim. leze, gapie sie w sufit i jest mi blogo. malo konstruktywnie? owszem, w pozycji horyzontalnej nic materialnego nie powstaje, ale czy zeby cos ZROBIC czy STWORZYC musze moc to dotknac i zobaczyc? nie.

mezczyzni sa jak dzieci. nic jednak nie zmienia faktu, ze mam cholerna ochote na czekolade.

ide w koncu na 'wyjscie przez sklep z pamiatkami'. mialam isc tydzien temu, ale dzisiaj sie nadarzyla okazja. i to w jakze zacnym towarzystwie...

niedziela, 21 listopada 2010

dzizas... weekend moznaby podzielic na dwie czesci. sobota - zajebista. i wizyta u mamuski, i potem babski wieczor (panow pewnie piekly uszy) z Natka i Asia, megapozytywny, megaprzyjemny, fajny i oby takich wiecej..! natomiast dzisiaj... jakas porazka. generalnie dzien mialam zaplanowany - ojciec, randevu z x, kolacja u sisterki. jednak wizyta u ojca zmasakrowala mnie psychicznie totalnie. poczulam, ze wszystkiego we mnie jest juz za duzo, wszystko na raz spierdolilo mi sie na glowe. nie wytrzymalam jego idiotycznego usmieszku pt. 'jestem najlepszym tatusiem na swiecie, nie mam sobie nic do zarzucenia ty glupia smarkulo'. czlowiek, ktory znecal sie nade mna fizycznie i psychicznie, urzadzil z domu komende gestapo. cos po prostu peklo. pieprze kase i mieszkanie, wybieram swoje zdrowie psychiczne.
strasznie mnie ta sytuacja zalamala. jeszcze bardziej przybilo chyba to, ze tak bardzo chcialam zobaczyc y, tak bardzo chcialam do niego napisac, odezwac sie, przytulic i wyplakac w rekaw. ale nie moglam. i nie zrobilam tego.

oczyiwscie z x sie nie spotkalam, zadzwonilam do siostry, zeby mnie zgarnela. troche sie uspokoilam, ale coz, niesmak pozostal.

a w tej wlasnie chwili doszlam do wniosku, ze ciazy nade mna fatum perkusistow.

piątek, 19 listopada 2010

dzisiaj slodko-gorzko. oczywiscie nie sa to moje prace, zapraszam na blog barwy.

nauka jest niesamowita. wlasnie odkrywam, ze jedna rzecz moze byc czarna i biala jednoczesnie. i nie wychodzi z tego szary, a szkoda. zamykam jedno oko - widze na bialo, zamykam drugie - widze na czarno. otwieram jedno i drugie - dostaje pieprzonego oczoplasu, a na slepo chodzic sie nie da.

wybieram sie po prostownice do zycia. moze w koncu sie dowiem, skad u mnie sklonnosc do debilizmu i jak sie z tego wyleczyc.


czwartek, 18 listopada 2010

mialam zalozyc kolejnego bloga, zeby jak najbardziej anonimowo wylewac w swiatlowody zale. kto wie, moze nawet zalozylam? ale chyba wole napisac ksiazke. nikt z was sie o niej nie dowie, wydam ja pod pseudonimem i nie uzyje w niej zadnych imion.

nie potrafie siedziec w ciszy, cisza mnie przeraza. nawet teraz mam wlaczone radio - nie slychac prawie nic, ale czuje sie lepiej, kiedy cokolwiek szumi gdzies tam w tle.

nie przestane wlewac w siebie wody, dopoki nie bede zupelnie pusta.



takm gdzie konczy sie rozum
sa niewydeptane sciezki
porosniete mchem trawa i mleczami
pelne rozwidlen
bezkresne nieprzetarte szlaki
pachnace strachem i motylami
ruchome piaski z wykrzyknikami

środa, 17 listopada 2010

moge tylko siedziec na widowni i obserwowac spektakl. czasem klaszcze, czasem podpieram reka glowe w zadumie, czasami sie wzrusze. moge byc widzem.

rownie dobrze moge wyjsc.

wtorek, 16 listopada 2010

bede monotematyczna, ale nie moge sie powstrymac. im bardziej zaglebiam sie w postac morrisona, tym bardziej mnie zachwyca.

“I see myself as a huge fiery comet, a shooting star. Everyone stops, points up and gasps "Oh look at that!" Then - whoosh, and I'm gone...and they'll never see anything like it ever again... and they won't be able to forget me- ever.”

“I like people who shake other people up and make them feel uncomfortable.”

“That's what real love amounts to - letting a person be what he really is. Most people love you for who you pretend to be. To keep their love, you keep pretending - performing. You get to love your pretence. It's true, we're locked in an image, an act.”

“Where's your will to be weird?”

“Being drunk is a good disguise. I drink so I can talk to assholes. This includes me.”
 
“Some of the worst mistakes of my life have been haircuts.” (!!!!!!!!!!!!!)

“Actually I don't remember being born, It must have happened during one of my black outs.”

mistrz  
postanowilam urzadzic mala posiadowe przed dzisiejszym koncertem. zaprosilam troche luda, ale nie spodziewalam sie, ze odzew bedzie tak duzy i teraz zastanawiam sie, gdzie ja wszystkich pomieszcze. ja, ludzie i pies. to bedzie jakas masakra. dodam, ze w ciagu niecalej godziny bede musiala sie jeszcze wykapac i doprowadzic do stanu uzywalnosci. planowalam tez zrobic jakis obiad i podrzucic to-skomplikowane do domu, zeby po koncercie nie chodzil glodny (ostatnio jest milutki, niech ma), ale chyba na samych planach sie skonczy. wyjdzie w praniu.

zaspalam dzisiaj do pracy. zwracam martynie honor, niech halasuje ile chce wstajac rano. gdyby nie to, kimalabym pewnie dalej w najlepsze. snilo mi sie, ze mialam chemioterapie jakas stara maszyna, a po tej chemii tanczylam dancehall na szkolnej stolowce.

za to wczoraj po pracy wpadla do mnie panna karolina i lepilysmy mini-cycki, moj specjal. bedzie to wersja zmodyfikowana - jako ze wielu jest chetnych, zrobilam male cycuszki. beda bez sutkow (zelki colowe), bo kto by chcial delektowac sie piersia, ktorej sutek jest wiekszy niz cala reszta? krolik doswiadczalny stwierdzil, ze sa pyszne i to wystarczy. dwa pudelka pysznych kuleczek, mmm....

poza tym buba chyba zlapala dola. nieopatrznie zostawilam lusterko na parapecie, musiala zobaczyc swoje odbicie i to sprowokowalo ja to uzycia moich kosmetykow, natomiast ograniczone zdolnosci manualne spowodowaly uzycie pyska i zebow, co zaowocowalo zezarciem dwoch tuszy do rzes, dwoch pomadek oraz podkladu. i pal licho, to tylko rzeczy, ale upierdzielila koncertowo bezowy dywan, ktory nie jest moja wlasnoscia. plus (hm, czy aby na pewno plus?) jest taki, ze spierajac plamy odkrylam, ze dywan jest jasniejszy niz myslalam, i teraz zamiast plam ze szminki i tuszu mam dwie wyraznie jasniejsze plamy na tle brudnego dywanu. tak zle i tak niedobrze.

a poza tym jest bosko. otwieraja mi sie kolejne klapki i zakamarki umyslu, negatywne myslenie idzie mi wyjatkowo oporne (chyba ze sie postaram, a staram sie nie starac), pozytywne za to calkiem niezle. chcialabym miec dyktafono-aparat-fotograficzny w umysle, zeby na biezaco rejestrowac swoje mysli wraz z obrazami, ktore je wywolaly i w dowolnej chwili moc do tego wrocic. moze kiedys wynajda taki bajer.

poniedziałek, 15 listopada 2010

testuje, co dzieje sie z 9-miesiecznym dzieckiem, kiedy w tle leciec bedzie Bong-Ra. mlody smieje sie, dostal czkawki, a ja zabawiam go pluszowa krowa z atakiem epilepsji. bo najwazniejsze to widziec usmiech na buzi malucha..!


sobota, 13 listopada 2010

ale takie sny to lubie, chodz sa mocno poschizowane. zaczne od tego, ze wczoraj na spotkaniu z x rozmawialismy miedzy innymi o horyzontach zdarzen (piekna nazwa), osobliwosciach i pieknych kwarkch. potem rozmowa zeszla na bardziej banalny temat, jakim sa podroze w czasie. te podroze w czasie tak bardzo wryly mi sie w beret, ze snilo mi sie, ze jakims cudem na krotki czas przenioslam sie 43 lata do tylu. oczywiscie na swojej drodze napotkalam szanownego pana morrisona, i czym predzej sie w sobie zakochalismy. on rzucil pamele, a ja w ogole zapomnialam o istnieniu to-skomplikowane (to jest idealne odwzorowanie sytuacji. owe zapomnienie mogloby nastapic dopiero, gdy w moje zycie wkroczylby morrison, ale nie pociaga mnie nekrofilia, wiec chyba jestem zgubiona). spedzalismy ze soba mnostwo czasu, pisal mi wiersze i tak dalej; jednak musialam mu powiedziec prawde - nie bede w jego czasach zbyt dlugo, musze wracac, ale jeszcze sie bede do niego teleportowac i moze wtedy zostane. po powrocie do teraznieszosci sprawdzalam teksty doorsow i ksiazki na ich temat; losy grupy, zwlaszcza morrisona potoczyly sie zupelnie inaczej niz w oryginale. powiedzialam to-skomplikowane o zaistnialej sytuacji i ze niebawem wracam na stale do roku 1967 - byl, lagodnie mowiac, bardzo niepocieszony tym faktem. niestety, w momencie kiedy mialam sie przenosic do ukochanego obudzili mnie wiezniowie na spacerniaku. znajac wszakze zycie dzisiejszy sen zapowiada caly cykl takowych z udzialem dawnego bozyszcza nastolatek.

a wracajac do osadzonych, bylo mega. slyszalam rozmowe jednego z nich z jakas panna, byc moze jego kobieta. nie wiem, jakim cudem moglam to slyszec - tak jakby rozmawiali przez mur albo krzyczeli do siebie z okien. w kazdym razie ta pani wlasnie mu oswiadczyla, ze maja druga corke. dalej nie pamietam, jakis belkot, ale konwersacja trwala pare chwil.

lekkiej depresji ciag dalszy. robie porzadek w pokoju, taki mega ogar. sporo pierdol wrzucilam do smietniskowej walizki (tzn. nie na smieci, nie wiem czy pisalam, ale znalazlam swietna walizne na smietniku), bo rozstawac sie z nimi nie chce (rzeczy -> wspomnienia. wspomnienia lubie, a za chwile nie lubie. czemu tego po prostu nie wypieprze?), a i ukladac gdzies na polkach na razie tez nie, poki nie zwioze wszystkich rzeczy od to-skomplikowane. wiec na polkach taki oto widok:
- polka wyzej - kurczak tanczacy polke (popsuty), kadzidelka, swieczki, zdjecie czlonka rosyjskiej mafii, trzy butelki po winie (w jednej suszone kwiaty).
- polka nizej - filcowy humbak od Kamy, osmiorniczka-pacynka na palec, maly sponge bob, dinozaur ukradziony z jakiejs knajpy, zasuszony motyl w pudelku po medalu, kolejna butelka po winie (a w niej dwa pluszowe usmiechniete kwiatki i balonik ze sponge bobem), pierdoly na szyje, lampka. biorac pod uwage to, ze na kanapie leza kolejne pluszaki, w kanapie lezy rozowa posciel, a na stoliku stoi lampka nadajaca sie do pokoju dzieciecego, dodatkowo w kolejce do powieszenia na scianie czekaja dwa usmiechniete wieloryby - pytam siebie, ile ja mam lat? niekiedy czuje sie na max 15, pod wzgledem wpierdolu od losu na co najmniej 30. suma daje 45, podzielone na dwa (bo niby dwie osoby we mnie mieszkaja) daje idealnie 22,5 czyli dokladnie ile mam teraz. wszystko jest pojebane.
nim zapomne - pani ekspedientka w sklepie nocnym miala laptop, odpalona przegladarke ze skorka... ze sponge bobem! sponge bob uber alles!

maly dal mi dzisiaj niezle w kosc. caly dzien plakal, ale tak strasznie strasznie, chyba mu zeby rosna.

znowu mialam cos napisac i znowu wydaje mi sie to zbyt osobiste. z jednej strony mam ochote i swego rodzaju potrzebe podzielenia sie tym ze swiatem, z drugiej strony to jest takie MOJE.

piątek, 12 listopada 2010

niech bedzie, powiem pare slow.
zabraklo mi szafy. tak, smiejcie sie, zabraklo mi miejsca na ubrania. to bylo do przewidzenia. najgorsze jest to, ze absolutnie nie umiem pozbywac sie ubran, a malo tego - uwielbiam ciagle znosic jakies nowe. tzn nowe dla mnie, bo 99% pochodzi z odzysku. w kazdym razie jest cienko. zwiozlam procz tego troche pierdol.

mam mega nostalgiczny nastroj, usmiecham sie do swoich mysli i znowu wyjelam z szuflady rozowe okulary. tak czy siak, zycie zapowiada sie calkiem przyjemnie.

czwartek, 11 listopada 2010

wczorajszy dzien byl co najmniej dziwaczny. po pracy mialam zalatwic 4 sprawy - bilety na Hair, odebrac polecony z poczty, zrobic jakies zakupy, no bo swieto oraz odwiezc pracodawczyni pozyczony w gwizdku internet. na szczescie Justyna sie zlitowala i powiedziala, zebym przywiozla go w piatek do pracy po prostu. okej, pojechalam do kongresowej - bilety o 50zl drozsze niz twierdzila informacja na stronie, wiec dupa. pojechalam zatem na poczte, ale przede mna bylo 28 osob... jak latwo sie mozna domyslic, zrezygnowalam i z tej przyjemnosci. zostaly mi wiec zakupy! jea, szoping, czyli to co niewatpliwie kocham. w markecie kolejka taka, ze... sie odechcialo wszystkiego. na szczescie kasa alkoholowa jest osobna, wiec zaopatrzylam sie sowicie, moze jeszcze na weekend starczy. w koncu nie musze nic jesc. weszlam rowniez do rossmanna po duze worki na smieci, zeby miec dzisiaj w co pakowac ubrania. wyszlam z plynem do prania i pilingiem. bez workow. i bez stania w kolejce, bo usmiechnelam sie do pani z kasy kosmetycznej (dla tych, ktorzy nie wiedza jak to w rossmannie wyglada - przy wyjsciu sa kasy do ktorych stoi sie godzine, przy kolorowych babskich mazidlach jest osobna kasa. wepchnelam sie do niej z Lenorem Spring, bez udzialu kosmetykow). zakupy jako takie zrobilam w sklepie pod domem. ach, i mialam ochote na jajecznice dzisiaj rano, ale co? tak, zapomnialam kupic jajek. cos mam z glowa.
w kazdym razie mialam jechac do Marty, poniewaz kolejny przedstawiciel podrzednego gatunku meskiego okazal sie zlamanym chujem. niewiele z tego planu wyszlo, zapukala bowiem sasiadka obok, ze umiera i czy nie moglabym z nia posiedziec. wielkiego wyboru nie mialam, poszlam do sasiadki. w ciagu 1,5h zdazyla opowiedziec mi historie swojego zycia i zwierzyc sie, ze corka chciala ja otruc, a ziec pewnie wynajal jakichs zbirow, zeby ktorys ja palnal w leb jak wyjdzie z domu. nie wiem, ile w tym jest prawdy, ale kobiecina samotna jak palec. musi sie czlowiek czasem wygadac, wtedy sie lzej robi.
kiedy juz wrocilam do domu, zdazylam jeno usiasc, a rozdzwonil sie telefon - x, pracoholik, o 22.34 skonczyl prace i podjedzie na herbatke. niestety, stracil wiele punktow kiedy zaczal sie przechwalac swoim bujnym zyciem seksualnym oraz podbojami starszych kobiet pt 'co to nie on'. nie lubie takich pierdol. z serii 'zlote mysli mojej mamy' - krowa, ktora duzo ryczy, malo mleka daje. z reszta, co mnie to obchodzi. moze ludzilam sie, z x okaze sie fajnym facetem, jakim zapamietalam go z dziecinstwa, na razie jednak stwarza wrazenie chlejusa erotomana. jea!
i tak sie oto bardzo milo zaczal dzien niepodleglosci. na sniadanie marcepanowa czekolada na goraco. nie mam juz w domu slodyczy, ale grycan do 20.00 otwarty.

wtorek, 9 listopada 2010

na dachu wierzowca szczeka pies. wracam do domu, nie moge sie doczekac, kiedy zapadne sie w wielka gabke, wyjme zebami korek ze smuklej szyjki przezroczystej butelki i pociagne duzy lyk; kiedy wezme do reki zapalniczke, przyloze do szklanej rurki, odchyle glowe do tylu i wypuszcze dym powoli, powoli, napawajac sie jego widokiem na tle sufitu. nie bede musiala udawac, ze moj wzrok nie jest pusty; moje oczy sa tam gdzie ich nie ma. w nieobecnych oczach idealne bialko, ani jednej cienkiej czerwonej zylki. jakas kobieta idzie ulica. mrugam, i juz jej nie ma. jasna dluga kurtka, jasny kaptur zniknely. chodnik marszczy sie pod moimi butami, male czerwone pajaczki chodza po scianach, scigaja sie, wpadaja sobie pod maluskie, obwite pod wzgledem ilosci nozki. wszedzie pelno papierow kolorowych z rolek srajtasmy, zuzytej na tylek jakiegos grubasa. papiery toaletowe z zyciorysami wszystkich ludzi na ziemi, rozpuszczaja sie w sciekach. w historii ludzkosci plawia sie szczury, rozmnazaja karaluchy. sowy pohukuja gdzies na ksiezycu. ktos zdejmuje plecak z moich ramion, ktos chce mi pomoc, niewidzialna reka pozbawia ciezaru. plyne. spadochron przygotowany pod pacha, czeka na kolejna gore, z ktorej bede mogla beztrosko spadac.

siedze w zamrazarce
wale z calych sil w drzwiczki, ale nikt mnie nie slyszy
dretwieja mi palce
trace czucie w dloniach i stopach
moje cialo robi sie sine
serce zwalnia
zwalnia
nie slychac krzyku
kolejna porcja miesa
gotowa
czeka
na jakies wazne swieto

mam taka jedna urne z trupem, mam ochote jebnac nia o sciane, chce, zeby ten pieprzony, szary pyl pokryl podloge centymetrowa warstwa smiechu.

widzisz niebo, ale nie spojrzysz sie prosto w ten bezkresny blekit. dlaczego? bo slonce moze cie oslepic. bo moze lunac deszcz. bo mozesz zobaczysz, jak piorun w ciebie trafia. bo ptak moze nasrac Ci na glowe. zakladasz swoj smutny szklany sztormiak, do reki bierzesz smutna szklana parasolke i zamykasz sie pod smutnym szklanym kloszem. widzisz niebo doskonale, ale nigdy go nie doswiadczysz.

poniedziałek, 8 listopada 2010

poprosilam o zwykla czarna herbate. z czterech stron swiata dostalam najrozniejsze herbaty: jasminowa, owocowa, zielona, orientalna pachnaca cynamonem. a ja chcialam czarna, w swoim starym wyszczerbionym kubku.

sobota, 6 listopada 2010

lays prosto z pieca o smaku ziol prowansalskich - w pytkie!

hmm.. to byl dosc dziwny dzien.

w pracy mlody troche przynudzal, ale przyszedl tez jego starszy brat i dzien bardzo milo uplynal. szkoda, ze jest o 11 lat mlodszy ode mnie. tzn nie jakies lowelasowe zapedy, po prostu mamy sporo wspolnego, fajnie mi sie z nim gada, jest naprawde bystrym facetem. i oby tego nie spieprzyl. nie pozwole! nawet mi dzisiaj graffiti narysowal. pamietal, ze uwielbiam Waitsa. wiec jutro kupuje antyrame i wieszam rysunek w pokoju. nawet bedzie sie komponowal, bo jest na zoltej kartce.

po pracy nie mialam sily isc na streczing. buba zjadla mojego kurczaka-wiatraczek i troche suplementow zawierajacych kofeine, wiec mozna sobie wyobrazic, jaki mialam sajgon. pogadalam z martyna, wspollokaorka, nazarlam sie lodow. to lepsze niz jakies tam idiotyczne pocenie sie w rytm muzyki.

na 20.00 umowilam sie z x do kina. to byl zajebisty wieczor! zaliczylismy trzy kina (z czego na zadne sie nie zdecydowalismy: 'nie, nie ma juz biletow', 'nie chce isc na pile' i 'nie ma nic ciekawego') oraz billard (okazalo sie, ze knajpe zlikwidowali), a potem na deser po poltoragodzinnym spacerze... najlepsze wino ever, sliwkowe ze sliwkami w srodku, w megaswietnej butelce, chociaz owo opakowanie lepiej opisuje 'babciny sloik'. i tak z winem pod pacha poszlismy pic pod chmurke. uwielbiam ludzi, ktorzy na dzien dobry nie stawiaja jakiejs sztucznej bariery wokol siebie. co prawda nie wszystko rozumialam (przyspieszacz elektronow), ale to nie znaczy, ze nie bylo ciekawie.

zadzwonilam do olki i zapytalam sie czy pamieta, ze bog tak umilowal swiat, ze syna swego jednorodzonego dal, na co sie rozesmiala i powiedziala, ze jutro sie widzimy. to bardzo upraszcza cala sytuacje, jesli i niedziela sie powiedzie. moze wtedy dotre do kina.

chcialabym byc w permanentnym stanie upojenia alkoholowego pod wzgledem emocjonalno-umyslowym. wtedy wszystko jest takie proste i latwe, nie mysli sie o niczym albo ma sie wszystko po prostu w dupie. a ja jestem tylko zalosnym kobietonem, ktory umie donosnie bekac i boi sie wlasnego cienia. boje sie zrobic cokolwiek. i jeszcze - najpierw organiczny ryz Gallo, potem wino Gallo. nie bede ani sluchac, ani ogladac Gallo. co ja takiego w poprzednim zyciu nabroilam, ze teraz musze sie z tym wszystkim bujac? kolejne ze zlotych powiedzonek mojej mamy - nerwy to w konserwy i na eksport. cos w tym jest! a zazdrosc na bocznice i niech sie chrzani.

jednak doszlam do zaskakujacego wniosku, ze narzute na lozko mozna wykorzystac jako dodatkowa zaslone na okna, a recznik swietnie posluzy do zasloniecia okna w drzwiach.

no more raaaaain, no more rooooses
i wanna walk away, start over again

dlaczego w MTV w programie 'my own..' jeszcze nie bylo 'my own TOM WAITS'? moglby byc starym chlejusem, ale gdyby mi TAK spiewal znioslabym wszystko. ciekawe, jak jego zona dala sobie rade bo wiem, ze i on dawal do wiwatu. nic juz nie mowie. przeciez juz dwa razy to przerabialam, czemu za trzecim to mnie az tak dziwi?

piątek, 5 listopada 2010

drodzy moi, zawieszam na razie dzialalnosc bloga.
powod prosty, kiedy ktos pyta 'co u Ciebie' a ja zaczynam opowiadac, zbyt czesto pada 'aaa, czytalam/czytalem na blogu'. jesli ktos jest zainteresowany ekskluzywnym newsletterem z pikantnymi szczegolami mojego jakze fascynujacego zycia prywatnego proszony jest o zamieszczenie komentarza ze swoim mailem. a jak ktos ma czas, zapraszam na jakis cieply/zimny plyn i inne frykasy do moich siedmiu scian.
drodzy moi, zawieszam na razie dzialalnosc bloga.
powod prosty, kiedy ktos pyta 'co u Ciebie' a ja zaczynam opowiadac, zbyt czesto pada 'aaa, czytalam/czytalem na blogu'. jesli ktos jest zainteresowany ekskluzywnym newsletterem z pikantnymi szczegolami mojego jakze fascynujacego zycia prywatnego proszony jest o zamieszczenie komentarza ze swoim mailem. a jak ktos ma czas, zapraszam na jakis cieply/zimny plyn i inne frykasy do moich siedmiu scian.

czwartek, 4 listopada 2010

jak sie okazuje, morrison pisal nie tylko o jaszczurkach i koniach. ten wiersz jest niesamowicie prosty jak budowa cepa, przy okazji delikatny. plastyczny. kosmiczny.

james douglas morrison - just thinking of you
watching whitecaps roll into the ocean of blue
with a smile on my face just thinking of you
the sweet memories, the tender moments we've shared
they caress me like the soft breeze that fills the air
the loving feeling I get when I hold your hand
the summer night when we walked in the sand
waves splashing on the rocks along the shoreline
brings tears to my eyes knowing that your mine
sharing a love like ours my happy heart sighs
watching the violet clouds carelessly floating by
obudzil mnie slon. o 6.00 rano. myslalam, ze cos rozpieprze. oczy mi sie kleja. najpierw trzaskanie drzwiami, potem krecenie sie w kuchni, ktora mam za sciana. moze za sciana to za duzo powiedziane, bo od kuchni oddziela mnie raczej duze okno zasloniete roleta. tak wiec przy zapaleniu swiatla wali mi ono nieco po oczach. nie mozna tez wziac pod uwage, ze druga osoba nie wstaje o 6.00 i starac sie nie walic naczyniami, bo po co. no nic, poprosze ja, zeby byla nieco ciszej, moze uda mi sie czyms zakleic okno i drzwi.

starsi ludzie pragna od mlodszych szacunku, ale na jakiej podstawie? wylacznie z racji wieku? nie ma mowy. nie bede szanowala osoby, ktora rzuca we mnie miesem dlatego, ze nie przepuscilam jej w drzwiach. najpierw sie wychodzi, potem sie wchodzi. ale nie. jak stare, to sie nalezy wszystko i jeszcze droge pozamiatac przed szanownymi nogami.

najchetniej wyjechalabym gdzies na tydzien. w gory.
dobra, nie bede psioczyc na wspollokatorke. jest sympatyczna i kontaktowa, moglo byc o wiele gorzej.

nie chce mi sie spac. slucham muzyki, koi wszystkie moje zmysly i umysly, powodujac jednoczesnie, ze mam ochote sie przytulic. przez chwile miec w glowie pustke, wdychac zapach zelu pod prysznic polaczonego z wonia cieplego ciala, przylozyc glowe do serca i uslyszec jak bije, i chciec, zeby to serce bilo zawsze, zeby nigdy sie nie zatrzymalo. nie wiedziec, co zrobic z prawa reka i w koncu ulozyc ja jakos nienaturalnie i niewygodnie, bedzie dretwiec, ale to w tej chwili nie mialoby najmniejszego znaczenia. poczuc tiki towarzyszace zasypianiu. w koncu uslyszec chrapanie albo bredzenie przez sen. i byc brutalnie skopana i zepchnieta na kraniec materaca, by rano uslyszec 'naprawde?'. takie chwile sa bezcenne. banalne, rzewne, przereklamowane, pretensjonalne i bezcenne.

mialam isc na billarda z x, ale odpuscilam, nawet silownia nie zniwelowala niecheci do otaczajacego mnie swiata. wrecz przeciwnie, stado lalusiowatych kogucikow, ktorzy gapia sie na babskie tylki kiedy mysla, ze kobiety tego nie widza.
wolalam ciastko orzechowo-pistacjowe, kajmakowe i tiramisu popite bialym slodkim winem w zaciszu czterech katow. wolalam juz sie bardziej nie wkurwiac, tzn zaoszczedzic tego innym ludziom, zwlaszcza tym, ktorych lubie. wolalam gapic sie na deszcz i sluchac, jak stuka o parapet. ale nie, nie w emo stylu, raczej takiej cieplej, milej melancholii.

kazdego dnia mam nowe mysli, kazdego dnia cos nowego mnie zaskakuje. dzisiaj odkrylam, ze moj prawy profil jest lepszy. nawet od tego na fb.

środa, 3 listopada 2010

przypalone tortellini z serem smakuje wysmienicie. uwielbiam, jak cos jest przypalone - nalesniki, pierogi, lekko zjarane ciasto.

z okna obserwuje samoloty. swiatelka migaja, przemieszczaja sie. mam wrazenie, ze to gwiazdy kraza jak sepy w te i z powrotem nad jakims celem. nad kims urodzonym pod szczesliwa gwiazda, jak to sie mowi. gowno prawda, kazdy jest urodzony pod szczesliwa gwiazda. tylko niektorzy sa zrzedami i nie chce im sie tego wykorzystac.

czytam wywiad ze skolimowskim. procz checi obejrzenia 'essential killing' mam ochote zapoznac sie z reszta jego filmow. a najbardziej ujal mnie zdaniem 'wiem, kiedy cos sknocilem, a kiedy cos jest dobre. moje samopoczucie nie zalezy od opinii innych', co - jak sam przyznal - robi z niego 'kompletnego zadufka'. nawiazujac do tego, co pisalam kilka dni temu, znajomosc wlasnej wartosci postrzegana jest obecnie jako zadufanie. wole byc zadufkiem niz kims, kto potyka sie o wlasne sznurowki.

haha, to zdanie wyszlo spontanicznie, a wlasnie przypomnialam sobie, ze zadko kiedy owe sznorowki wiaze. w duchu smieje sie, ze jestem mistrzynia chodzenia w niezawiazanych butach. moze cos w tym jest?

w koncu wrocila moja sublokatorka. dostalam opieprz za burdel. myslalam, ze parskne smiechem. wiem, ze potrafie zostawic po sobie syf, ale na litosc boska. zostawilam garnek i miske w zlewie. 'przerazilam sie, taki balagan' - bedzie wesolo. 'myslalam, ze pies bedzie mniejszy', hehehe.
wczoraj. bylam u ojca i znalazlam rzecz, o ktorej myslalam ostatnio intensywnie, mianowicie skorzana kurtke zwana potocznie ramoneska. wygladam w niej jak chlop, topornie i ciezko. ale sentyment jest, mam ja od jakichs 7 lat. troche mi przeszkadza, ze to skora.

dzisiaj z cyklu - zdrowe sniadanie z koti: galaretka malinowa. jest naprawde zdrowa, dobrze wplywa na stawy. galaretka zostanie za chwile zagryziona krazkiem ryzowym ze sledziem. mniam!

snilo mi sie, ze chcialam zawiesic jakies ciezsze zaslony na wieksze okno, bo rano jest za jasno. nie no, swietnie, ze jest wrazenie slonecznego dnia, ale jednak wole jak jest nieco ciemniej gdy rano dogorywam w poscieli. jednak okazalo sie, ze nie moge dobrych zaslon nigdzie dostac, wiec kupije taka opaske na oczy do spania. chodzilam po calym rossmannie (bo gdziezby indziej) i szukalam, i szukalam, i nie moglam znalezc. w koncu znalazlam caly kosz, ale wszystkie byly za male. potem siedzialam u fryzjera (ja i fryzjer!!!), nagle podszedl do mnie jakis znany aktor i zaproponowal wspolny obiad pod postacia kebaba na rogu. zgodzilam sie, ale kiedy fryzjer skonczyl znecac sie nad moja glowa okazalo sie, ze nie mam nic na koncie. jakos sie wymigalam z zaplaty i poszlam z tym panem na kebaba. wzial na wynos (mi nie zaproponowal, mimo ze wiedzial, ze nie mam kasy. co za burak) i jadl ten kebab w autobusie, ktory nie zatrzymal sie na przystanku na zadanie i jakas babcia, ktora na niego machala strasznie sie wkurzyla, krzyczala i machala swoja laska.

bylo juz o owulacji, teraz bedzie o PMS. jak bylam mlodsza, na dziewczece zarzuty, ze to wlasnie plec piekna ma okres, a chlopcy nie, pani od biologi jak zdarta plyta powtarzala zawsze to samo 'dziewczynki maja miesiaczke, ale chlopcy musza sie golic codziennie'. teraz, kiedy juz jestem w miare duza, uwazam to za najwiekszy bullshit ever. po pierwsze facet wcale nie musi golic sie codziennie, ba, wyglada o niebo lepiej, kiedy w ogole zaniecha tej procedury. a baba? pal licho okres, da sie to przezyc bez wiekszej szkody. ale PMS? nastroje i emocje jak na rollercoasterze, od blogosci do maksymalnego wkurwu szybciej niz hayabusa do setki (mmmm, haya...) oczywiscie tylko wtedy, jesli cos innego niz wkurw ma prawo bytu. i nie, nie pomoze seks, nie pomoze silownia, nie pomoze medytacja, nic. to trzeba przecierpiec. wtedy najlepiej schowac sie do szafy i nie pokazywac swiatu na oczy. inna dziewczyna to zrozumie, ale panowie reaguja roznie - jeden machnie reka i stwierdzi 'ocho, te dni', inny tez sie wkurwi, jeszcze inny zamknie sie w swoim swiecie przestraszony babiszona miotajacego gromami. panowie, najlepiej olac. usmiechnac sie, nie stosowac taryfy ulgowej i olac, bo nam za pare dni przejdzie. mozna ewentualnie zaserwowac masaz stop i podac goraca czekolade.

przy okazji PMS pojawia sie rowniez znieksztalcona wizja swiata i sklonnosc do nadinterpretowania wszelkich zjawisk oraz rozdzielania je na czesci pierwsze. co madrzejsza kobieta doskonale wie, ze nie ma po co tego robic i sama tylko sobie szkodzi, ale tylko uber-kobiety potrafia oprzec sie pokusie przy PMS. staram sie nie kminic, nie rozmyslac nad rzeczami bzdurnymi, zwlaszcza takimi, ktore - z racji tego ze wykonane przez mezczyzne - moga miec zupelnie inne przyczyny, niz ja to sobie wymysle. wiec tym razem do kobiet apel: nie myslcie zbyt duzo. nie wkrecajcie sie same w jakies idiotyczne spirale spisku. wieksza szansa na to, ze same sobie wszystko wymyslilyscie, gdy tak naprawde nie bylo sie czym przejmowac. mala szansa na to, ze rzeczywiscie jest tak, jak wasze mozdzki odebraly rzeczywistosc. ale to i tak najlepiej przejmowac sie dopiero po fakcie, nigdy na zapas.

a statham niestety chowa sie do czarnej dziury przy morrisonie. to byl facet wszech czasow - i, ze tak powiem kulturalnie, z nienaganna prezencja, i swietnie pisal, i swietnie spiewal. te wszystkie zle, okropne narkotyki da sie przeskoczyc. dokument o nim co prawda nie wniosl do zasobu wiedzy nic nowego, ale jest calkiem ciekawy i na pewno polece kazdemu fanowi, i nie fanowi w sumie tez. moze sie przekona. ale to co jeszcze mi przyszlo do glowy: to-skomplikowane ma w sobie cos z morrisona. moze nie tyle z urody, ile z charakteru. jest nieuchwytny, nie mozna go wcisnac w zadne ramy. ma swoj swiat, do ktorego trzeba sie dostosowac, jesli chce sie w nim egzystowac. zdecydowanie, wielkie umysly sa popieprzone. czy utozsamiam sie z pamela w niektorych aspektach? albo z innej beczki z gala dali? stawianie za wzor to moze zbyt duzo powiedziane, ale tak, sadze, ze mamy cos wspolnego.

patrze przez okno na wielkie kloce, 12- czy 15-pietrowe bloki. pamietam, co mowisz zawsze kiedy obok nich przechodzimy. pamiec przekleta i blogoslawiona. takie rzeczy jednak dodaja zyciu smaczku. pies ciagle rzuca mi pod nogi jezyka.

wtorek, 2 listopada 2010

pomaranczowe rolety maja wielki wielki plus. mianowicie wystarczy, ze na dworzu jest po prostu w miare jasno, a kiedy otwieram oczy i na owe rolety patrze wydaje mi sie, ze za nimi na pewno swieci slonce.

kaloryfery ledwie grzeja. ale pod piekna koldra od Kamy bylo mi cieplo. na poduszkie nie mialam poszewki, wiec ubralam ja w koszulke santany. bardzo dobrze sie spalo. sny pamietam (mama mowila, zeby pamietac sny z pierwszej nocy spedzonej w nowym miejscu), ale ich nie ujawnie. wstyd. wstyd i hanba!

wczoraj mialysmy z dziewczynami mini-parapetowke (dostalam hm... serwetki, ktore przypominaja niedokonczone moherowe berety, sa w pytke; buba dostala pomaranczowego piszczacego jezyka. bardzo sie z niego cieszy, ja nieco mniej) z jasonem stathamem i dla kontrastu vanilla icem. rozmowy toczyly sie niemal do switu (nie Kama, metro juz dawno nie jezdzi), wiele bardzo celnych spostrzezen zostalo zawartych w pouczajacych dyskusjach.

teraz wchlaniam sniadanie. dosc pozne, ale jednak. zimna herbata z wczoraj, rozklapciane, rozmoczone prawie prawdziwe muesli, kawalek ciasta czekoladowo-marchwiowego. musze sie pochwalic, ze wczoraj po wyjsciu malych chlorow bylam jeszcze na sile pozmywac! dzisiaj pierwsze co zrobilam, to zlozenie lozka i odkurzenie. mam w pokoju wzgledny porzadek (na tyle, na ile pozwalaja walizy). jestem boska, tak, wiem. ach, no i jakby co zapraszam wszystkich chetnych, prosze tylko wczesniej sie zaanonsowac coby w szafce nie brakowalo earl greya i biszkoptow.

przy rozpakowywaniu klamotow natknelam sie na przypinke 'dobrze znow cie widziec', ktora dostalam od x. wyczulam mocny przekaz podprogowy, gdyz przypinka ta sygnowana byla przez vodke bols. nie mniej jedna bardzo dziekuje za nia, jest boska.

poniedziałek, 1 listopada 2010

kradne internet. zeby nie napierdzielac bez potrzeby notek, te edytuje - jest prosty sposob, zeby zlagodzic gorne swiatlo, ktore niemilosiernie wali po oczach. wykrecic zarowki. przy okazji starajac sie nie skrecic sobie karku balansujac na rozkladanym krzeselku.

musze tez opanowac sztuke uzywania kuchenki gazowej, na razie nie chce ze mna wspolpracowac i siedze z pustym brzuchem. kaloryfer tez moglby sie nie buntowac. na razie jest zimny. moze mnie nie lubi..?

mam tutaj bardzo sprytny stolik z podwojnym blatem, tzn jest jeden blat, scianki z dwoch stron i drugi blat. wiec moze panowac na tymze stoliczku pierdolnik i porzadek jednoczesnie! czyz to nie wspaniale?

mam tez swoj teczowy imbryczek i filizaneczke. mam fajny widok z okien - z jednego widze drzewa, a w oddali stare kamienice, z drugiego omawiany wczesniej spacerniak (i wiem, ze w strozowce jest archaiczny czerwony telefon, taki co trzeba bylo krecic takim kolkiem, zeby wybrac numer). co smieszniejsze, z czwartego pietra widze rowniez stary dom. wszystko widze. jeszcze troche a ulozesobie poduchy na parapecie i bede obserwowac wszystko jak stara baba.

nie moge sie doczekac, kiedy maszyna do pisania przyjedzie. mam tyle rzeczy do wystukania.
nostalgicznie.
wczoraj przewalilam czesc rzeczy od x na nowy kwadrat. zdazylam nawet wypakowac i w ogole. widok na spacerniak jest mistrzowski - dzisiaj mili panowie osadzeni robili mi soundtrack do przemeblowania. teraz dopakowuje reszte rzeczy u x i tak mnie na wspomnienia naszlo. pamietam 'zyciorys' kazdej rzeczy, skad sie wziela i dlaczego. jakie uczucia jej towarzysza. a i tak usmiechnelam sie, kiedy wpadla w rece mi skarpetka to-skomplikowane, ktora wskoczyla mi jakims cudem do ciuchow, kiedy sie od niego wyprowadzalam. teraz tylko sprzatam po sobie pokoj, w ktorym przez jakis czas pomieszkiwalam. zapewne o wiele trudniej bedzie mi zabrac cala reszte z poprzedniego mieszkania. z domu. troche mi smutno, kiedy o tym mysle, tamto miejsce uwazalam wlasnie za swoj dom, sporo serca wlozylam, zeby bylo tam jak bylo. ale trudno! tak musi byc i nie ma sie co z tym sprzeczac. sama urzadze swoj dom tak, by nic nie mialo wplywu na to czy on jest czy go nie ma. stworze swoje wlasne fundamenty, zeby na nich budowac - sama czy z kims. jest dobrze. nowe wnioski, nowe nauki codziennie wplywaja do mojego mozdzku. lecze problemy sercowe kolezanek, co daje mi wielka szanse na to, zeby przy okazji anotowac swoje wlasne rysy, wpisac je do kajeciku i pracowac nad tym, zeby zniknely.

nie zdazylam wczoraj wyprobowac, jak sie spi w nowym mieszkaniu, wiem jednak, ze kanapo-lozko jest nieco rozpieprzone i sa problemy z przejsciem z jednego stanu w drugi.

gdybym mogla napisac tak wszystko wszystko... bede nudna, ale przepelnia mnie spokoj, radosc, milosc. chec zmian, chec poprawy. kiedy widze, ile pracy przede mna, cieszy mnie to tak naprawde. cieszyc sie bede z efektow. kiedy widze, ze moja definicja szczescia nie koniecznie musi byc ta jedyna i sluszna, kiedy potrafie ja nagiac do potrzeb drugiej osoby. nie chce nic w zamian. jesli dostane, bede szczesliwa; sam fakt dzielenia sie z druga osoba pewnymi rzeczami, chwilami, myslami jest wystarczajaco zajebisty. zdaje sie, ze jestem szalenczo zakochana w zyciu. swietne uczucie, polecam.

i dziekuje, ze moglam to zauwazyc.

niedziela, 31 października 2010

temat zszedl na jedzenie. stanie przy garach moze moja pasja moze nie jest, ale bardzo lubie eksperymenty kuchenne. uwielbiam robic mase zarcia, ktorego potem nie ma kto zjesc albo slysze, od osoby zjadajacej, ze bedzie gruba.

mam na ciele takie punkty, ktore maja jakies dziwne polaczenia nerwowe z innymi miejscami ciala - np kiedy podrapie sie w pepek (jakkolwiek to brzmi) czuje swedzenie na plecach. kiedy czyszcze sobie lewe ucho chce mi sie kichac. albo - laskotek praktycznie nie mam. jedyne miejsce, gdzie sie czasem uaktywniaja to przednia strona ud, a to i tak tylko wtedy, gdy znecajaca sie nade mna osoba... kopie je pietami. wiec w zasadzie nagly atak mi nie grozi.

przypomnialam sobie tez dzisiejsze spotkanie z bezdomnym. zaczepil mnie w drodze do domu i poprosil o pieniadze, ktorych przy sobie nie mialam. do domu wpadlam i na silownie wypadlam. i znow po drodze go wyminelam, szedl w tym samym kierunku, tylko o wiele wolniej. weszlam do sklepu, zeby kupic mu kanapki, ale nie mozna bylo placic karta. pomyslalam - dupa, jesli wyjde z silowni i go zobacze, kupie mu cos do jedzenia w sklepie na dole. i rzeczywiscie - wyszlam z fabryki testosteronu, a rzeczony jegomosc przysypial na lawce przy sklepie, wiec poszlam zdobyc dla niego skromna waloweczke. nie chcialam go budzic, wiec zostawilam tobolek na jego torbie. mam nadzieje, ze sie choc troche ucieszyl.

czy strach i watpliwosci biora sie z tego, ze czlowiek ma zaprogramowany instynkt stadny? boi sie robic cos po swojemu tylko dlatego, ze szara masa robi to w inny sposob? i czlowiek sobie koncypuje - skoro TYLU LUDZI ma na zycie przepis taki a taki, to moze rzeczywiscie cos w tym jest i ja robie zle?
moj ojciec zawsze probowal to we mnie zakodowac. ze skoro ilustam ludzi ma o czymstam zdanie jakiestam, to przeciez musi cos w tym byc! gowno prawda. na koncu drogi moze sie okazac, ze ta cudowna wiekszosc zafundowala sobie podroz w jedna strone na dno mentalnego wielkiego kanionu.

sobota, 30 października 2010

a jednak, wyspalam sie prawie idealne. moze byloby lepiej, gdyby kochany pies nie szczekal przy drzwiach i rownie kochane sasiadki nie napierdzielaly pod nimi jak najete, a ze sa przygluche, to praktycznie krzycza. uch.

rossmann przeszedl samego siebie. ja rozumiem - tzn nie rozumiem, ale przywyklam - ze bozonarodzeniowe ozdoby zaczynaja wisiec juz po swiecie zmarlych, ale na litosc boska, jest jeszcze pazdzierrrrrrnik. i juz widze bombki, gwiazdki, torebki etc. no i wystroj swiateczny. urzekli mnie.

wykorzystalam piekna pogode i poszlam z psem i x na spacer po polach. pies byl bardzo grzeczny i jak zwykle nadaktywny, gorzej z x bo mial mega kaca, ale coz zdarza sie.

jestem na siebie zla. chcialam gdzies wyjsc, ale jestem tak padnieta, ze wyjde jedynie z pokoju do lazienki zeby sie wykapac. jutro wielki dzien, dostaje klucze do nowego lokum. zaczne pisac ksiazke pt. Okno Na Spacerniak, kto wie, moze ja kiedys zekranizuja?

naszlo mnie tez na refleksje - kiedy poczucie wlasnej wartosci zamienia sie narcyzm? zostalo mi dzisiaj zarzucone, ze jestem pyszalkowata i narcystyczna. nie zgadzam sie z tym. jestem raczej pokorna, tylko ze wlasnie - znam swoja wartosc. czy w dzisiejszych czasach swiadomosc tego, ze jest sie wartosciowym czlowiekiem jest niemodna? czy kazdy, kto nie spuszcza nosa na kwinte i daje sobie na kazdym kroku nakopac do dupy, nie jest falszywie skromny - staje sie od razu zakochanym w sobie bufonem? hm, chyba to chrzanie. rozni ludzie, rozne zestawy panvitan.
kolejny dzien z rzedu sen ograniczyl sie do niecalych 3h. kladac sie w koncu naprawde spac zerknelam na czasomierz, pokazal mi 5.20. znowu zaspalam, mimo ze nastawilam dwa budziki. do pracy poszlam po prostu nieprzytomna. z kilku powodow. czas wlokl sie niemilosiernie, ale teraz bede miala az piec dni wolnych pod rzad. bosko. przeprowadze sie, uklepie, wyspie.

dzisiaj zostalam porwana do teatru na Les Miserables. bardzo prawdopodobne, ze to tylko moj prostacki, prymitywny umysl nie byl w stanie pojac geniuszu spektaklu. to byl disney przelozony na deski teatru. naprawde, bakowalo tylko niebieskich ptaszkow z wielkimi blyszczacymi oczyma oraz wlosow powiewajacych w polobrocie w zwolnionym tempie. poza tym przysypialam. z powodu zmeczenia oraz niesamowitej wartkosci akcji. pierwszy raz w Romie bylam kilka lat temu na Kotach - z siostra i owczesnym pozal sie boze szwagrem. wyszlismy stamtad podczas pierwszej przerwy (chyba taka karma musicali) i poszlismy na sushi, wtedy nastapilo moje rozdziewiczenie w tej kwestii. milosc od pierwszego wejrzenia. dzisiaj nie bylo inaczej - wyszlismy po pierwszej czesci i pojechalismy do Satori na szame. i tak jak kiedys mi pokazano sushi, tak dzisiaj ja wystepowalam w roli przewodniczki, poniewaz x mial dzisiaj do tej szamy pierwsze podejscie. smakowalo mu, wiec plus dla mnie. tez sie nazarlam. bosko. poza tym poznalam, co to odciski od obcasow.

obiecalam tez xx, ze poswiece mu kawalek w dzisiejszych wypocinach, poniewaz stwierdzil, ze wkreca sie w moja chora psychike. a wiec moj drogi, publicznie wspominam uwage, jaka przez Ciebie dostalam, kiedy siedzielismy w pierwszej lawce w podstawowce, bo mnie zagadywales. pamietam tez jak zrobiles mi mini kolo garncarskie z napedu magnetofonowego. i jak mi bylo smutno, kiedy powiedziales, ze sie przeprowadzasz i juz do iv klasy podstawowki chodziles do innej szkoly. to byly czasy. masz swoje piec minut chwaly na moim niezwykle popularnym i poczytnym blogu! a jak.

jutro spotkanie z panem od genetycznie modyfikowanej dyni, ale przedtem odrabianie tych nieprzespanych nocy. chociaz i tak nie sadze, zebym sie dzisiaj porzadnie wyspala. najlepiej spi sie z wielka pluskwa przyklejona do plecow.

isc spac, nie isc spac, isc spac, nie spac isc, spac, nie spac, isc, nie spac, nie isc... cokolwiek.

czwartek, 28 października 2010

Good Morning Starshine




chociaz wole wersje z filmu, ale moze to kwestia przyzwyczajenia. piekny dzien dzisiaj mamy. i mowie zdecydowane TAK dla belgijskich pralinek na sniadanie.

środa, 27 października 2010

'twoj styl' i 'pani' wychodza z jednej stajni i maja nawet te sama strone www podana na okladce. sa blizniaczo podobne. obie promuja postawe 'plec slaba zanika, musimy byc silne, bo na mezczyzn nie mozna liczyc'. tylko co bylo pierwsze - jajko czy kura? czy to panie musialy sie przystosowac do tego, ze faceci jakims dziwnym trafem zaczeli niewiesciec i wyrastac na ciapy, czy moze same sie do tego mniej lub bardziej, chcac - niechcac przyczynily? nie biore pod uwage przypadkow maminsynkow, ktorzy rabka mamusinej kiecy trzymaja sie do poznego wieku, bo im tak wygodniej, a matki te swoje dzieci z siusiaczkami krzywdza, bo chca wszystko robic za nich, ich synalek przeciez jest najcudowniejszy i najlepiej, jesli jego zonka przejmie paleczke i dalej bedzie mu matkowala. takie przypadki sie niestety zdarzaja, ale wynika to ewidentnie z nadopiekunczosci rodzicielki. natomiast kobiety musza byc silne, bo mezczyzni zciapieli? sami z siebie, w jakis niewytlumaczalny sposob. czy moze mezczyzni zciapieli, bo kobiety wymyslily sobie nowy porzadek rzeczy? nie popieram ani nie krytykuje tego. nie interesuje sie zagadnieniem feminizmu, w zwiazku z tym nie wiem, czy jestem za czy przeciw. nie wiem, za czym optuja feministki, wiec ich do tego mieszac nie bede. sadze jednak, ze zciapienie plci meskiej jest efektem tego, ze kobiety chca wszystko same. prosze bardzo, tylko nie narzekajmy teraz! 'prawdziwy facet' jest teraz zadkoscia, to prawda. ale takie wtapianie kobietom przez media 'badz samowystarczalna, silna, niezalezna blablabla' moze przecietnej kobiecie zrobic z mozgu papke. zgadzam sie, czlowiek powinien byc samowystarczalny i nic w tym zlego, ale wcielajac sie w myslach w role mezczyzny widze w tym ciche przyzwolenie na 'robta co chceta'.

te same czasopisma kilka stron dalej wmowily mi, ze KONIECZNIE POTRZEBUJE podkladu, najlepiej w formie musu jako ze mam cere mieszana. jestem na siebie zla, ze dalam sie wrobic, ale co tam, mam 22 lata, pierwszy podklad mozna sobie kupic. i tak glownie dla skeczu, uzyje dwa razy i odloze, bo nie mam po co sie tapetowac.

a dzien ogolnie przyjemny. chyba zamieszkam na silowni. dzieki Kama :*

wtorek, 26 października 2010

od rana obiecywalam sobie, ze cos napisze. a jestem tak padnieta, ze.... ale dobra. niech bedzie.

wczoraj bylam matka teresa, dzisiaj jestem koktajlem molotowa. ostatecznie, w lagodniejszej wersji - lawalampa.

sprawa pierwsza. poranna obserwacja, co ludzie robia z rekoma kiedy ida do pracy? wiekszosc osob, ktore mijalam byla plci pieknej (przynajmniej w teorii): przewaznie jedna reka na pasku od torby przewieszonej przez ramie, w drugiej siatka z zakupami, telefon lub zwyczanie spoczywala w kieszeni. mezczyzni mieli przewaznie jedna reke w kieszeni, druga machali w rytm krokow. ja mialam dzisiaj w jednej rece jablko, druga w kieszeni plaszcza. tak wiec przynajmniej jedna reka w wiekszosci przypadkow jest w kieszeni. ciekawe dlaczego. ciekawe co w tych kieszeniach ludzie maja.

w tramwaju pachnialo wyperfumowana kupa. nie zlokalizowalam zrodla tegoz zapachu, jednak dokladnie tak to mi sie skojarzylo. czlowiek-kupa, ktory wylal na siebie caly flakon taniej wody toaletowej. byc moze takiej z rezerwuaru faktycznego kibla.

w tramwaju byl rowniez pan z dwiema czapkami. jedna czapkie mial na glowie, druga miedlil w rekach. to byl dziwny widok.

po wyjsciu z tramwaju za to uderzyl mnie po nosie naprawde mily aromat. przez chwile zastanawialam sie, czy to nie jest zwykle powietrze, ale sprawia mi taka blogosc, bo wyszlam z wagonu-szambiarki. ale chyba nie.

najwazniejszy moral dnia dzisiejszego (i ten fragment dedykuje Kamie w imie 'jak Koti robi z siebie pajaca') - lepiej nie testowac kosmetykow jesli nie ma sie pewnosci, ze w poblizu NA PEWNO jest dobre mleczko do demakijazu. zachcialo mi sie zobaczyc, jak bym wygladala w ciemnej szmince. szminka byla w plynie z mala gabeczka do nakladania. byla jej juz resztka, nierowno rozlozyla mi sie na ustach + gdzieniegdzie wyjechalam ta gabeczka za bardzo. jak to ja, mistrzyni makijazu. na szczescie zeby oszczedzilam. popatrzylam chwile na swoje boskie odbicie w lustrze. starczy, trzeba zetrzec. hmm... czemu nie schodzi... fcuk. w lazience znalazlam jakis plyn do demakijazu, ale byl zbyt slaby. efekt byl taki, ze rozmazalam sobie ten skondensowany sok jagodowy wokol ust i wygladalam dokladnie, dokladnie jak Jocker... oczywiscie Hipo mial z tego najwiekszy ubaw. a potem szorowalam, szorowalam usta, zeby to cholerstwo zetrzec, i po jakichs 5 minutach mi sie udalo. naprawde, nie probujcie tego w domu.

kolejna istotna sprawa jest moja milosc. pojelam, ze kocham do szalenstwa Hipcia - nie dosc, ze cieszy sie, kiedy growluje przez wuwuzele, to jeszcze bardzo bawi go kiedy bekam. ktory mezczyzna by docenil te niewatpliwe atuty mojej osobowosci? szkoda tylko, ze jest ode mnie o 22 lata mlodszy. kocham, poczekam. i wychowam na dobrego mezczyzne.

obierajac jablka zawsze staram sie zrobic to w ten sposob, zeby byla tylko jedna, megadluga obiera, po czym robie sobie z niej naszyjnik.

wyczytalam dzis takze, ze mozg Jima Carreya 'po prostu' wytwarza za malo dopaminy i serotoniny. moze moj mozg, czy cokolwiek tam jest, wytwarza tych zwiazkow za duzo? i stad mam takiego pierdolca?

ach, no i bylam dzisiaj w fabryce testosteronu. baaaardzo, bardzo mila niespodzianka w postaci jest-na-czym-oko-zawiesic. moj zmysl estetyczny zostal dopieszczony (i to w takim miejscu! kto by pomyslal). do tego pan mial bardzo ladnego septuma. a ja jestem umeczona, spocona i pachne ziemniakami (ni cholery nie wiem dlaczego).

poniedziałek, 25 października 2010

jestem polaczeniem gali dali z matka teresa i glazem narzutowym. jestem patykiem wrzuconym do rzeki, plyne spokojnie z jej pradem. co wy, mezczyzni, zrobilibyscie bez kobiet? a co my zrobilybysmy bez was? bylo by nam naprawde nudno.

a tak z innej beczki, przeczytalam artykul o mateuszku chorym na mukowiscydoze. o tym, ze dzieki artykulowi na portalu z wiadomosciami nagle dobroczyncy zaczeli walic drzwiami i oknami. tak samo z tomkiem, co sie zatrul muchomorem sromotnikowym. oczywiscie, szkoda mi tych dzieciakow i bardzo sie ciesze, ze znajduja sie ludzie, ktorzy chca im pomoc. ale. takich dzieci jest mnostwo, w kazdym bloku, w kazdym wiekszym miescie w szpitalach dzieciecych, wszedzie. czy ci sami wspanialomyslni ludzie nie wpadna na pomysl, by poszukac na wlasna reke jakiegos potrzebujacego dziecka, znalezc jakas fundacje pomagajaca maluchom w potrzebie? nie, trzeba wszystko miec podane na tacy. poki nie beda trabic na tefauenie, na wupe czy innych gazetach, to problemu nie ma, nie widac. ile procent z tych wspanialych, czulych ludzi jest w stanie na codzien wykonac chociazby drobny mily gest wobec obcych osob.

za duzo madrych mysli mam na dobranoc. sziiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiijet...
taaaaaaaaak, zaraz cos namodze, jak tylko umyje lazienke. jestem zjebana, ale przeciez obiecalam...
myslalam, ze po myciu prysznica w poprzednim lokum juz nic mnie nie zdziwi. ale wanna przeszla sama siebie. ona jest biala! nigdy bym nie podejrzewala!

ale dalam rade, zwyciezylam. to najwazniejsze.

mam (no dobra, mialam) zapasy energii z weekendu. spalam dzisiaj cale 3h, ale i tak obudzilam sie naprawde wypoczeta, wyspana. w ogole nie bylam padnieta. ale teraz jestem.

nienauczona doswiadczeniem pt. kup cos slodkiego, siedze i psiocze pod nosem, ze nie wzielam jakiegos ciuciu na zakupach. mam taaaaaka ochote na cos czekoladowego. ale zawsze mowie sobie 'nie, na wieczor slodkiego jesc nie bedziesz!'. i takie sa efekty. a wychodzic do sklepu juz mi sie totalnie nie chce. len, len, len.

polecam kazdemu medytacje. bylam dzisiaj z Kama na sekciarskim kolku rozancowym, spiewalysmy hare krishna i inne tego typu szatanskie przyspiewki. tak jak poprzednim razem zajelam miejscowke przy piecu, i takze jak poprzednim razem o malo nie zasnelam. tam jest tak niesamowicie relaksujacy klimat + nie ma dracego sie Hipa + glos dziewczyny, ktora prowadzi medytacje.. juz wiem, dlaczego koty tak bardzo lubia piece kaflowe. sama w pewnym momencie chcialam zamienic sie w kota, wdrapac na gore pieca, zwinac w klebek i zasnac. rzecz jasna pozniejsza konfrontacja z temperatura na zewnatrz nie byla zbyt przyjemna. a, ale to o czym chcialam powiedziec - glupawka. dawno nie mialam tak idiotycznego, pozbawionego wszelkich podstaw ataku smiechu, na dokladke w miejscu publicznym. dobrze, ze Kama stala obok, bo pewnie przytulalabym sie to posadzki i dalej smiala. a tak przynajmniej utrzymalam sie w pionie (no, prawie). chyba powinnysmy zaczac spisywac nasze pomysly i teksty. poczawszy od nacpanej antylopy (wiecej nie powiem) a na 'zrobie ci grosik' skonczywszy. albo lepiej, powinnysmy nosic przy sobie dyktafony.
uwielbiam ten moment, kiedy moje cialo jest doskonale gladkie. krew szybciej dociera do wszystkich komorek. i nie lubie tego momentu - mam wrazenie, jakbym zmywala z siebie najdrozsze perfumy swiata.

ktos, kto zmywa woda szanela nie moze byc tap madl. pirog juz czeka.

niedziela, 24 października 2010

ASEQURELLA!!!
'1. Asequrella zwiększa libido.
Zawarte w Asequrelli wyciągi z żeń szenia i imbiru podnoszą libido, pomagają utrzymać energie i witalność a przez co pozwalają na zachowanie sprawności seksualnej'

tak sie gada o tym zwiekszeniu libido u kobiet - co zrobic, zeby wciaz miec wysokie libido przy stosowaniu doustnej antykoncepcji. a co, kiedy sytuacja jest inna? co zrobic, kiedy biarac pigulki libido jest W MIARE pod kontrola..? a przy braku stosowania tego uspokajacza wszystko po prostu wymyka sie spod kontroli i kobieta ma ochote nadziewac sie na klamki? i to w 'dzien powszedni', bo przy owulacji oczywiscie trzeba byc gotowym na eskalacje problemu. na to nikt nie wpadl, bo sie utarlo, ze to faceci mysla tylko o jednym.

nienawidze tego stanu. wszystko mnie boli. nie wiem, kto to wszystko wymyslil, ale pewnie ma straszny ubaw.
chociaz mi glupio, przyznaje bez bicia - wczoraj pobilam rekord, wstalam o godzinie 15.00. ale to wszystko dlatego, ze do 5.00 ogladalam tap madl. dzisiaj mialam niesmialy zamiar wstac wczesniej i pare rzeczy ogarnac, ale kiedy otworzylam oczy okazalo sie, ze jest 12.30. shame on me. nieprzyzwoicie bejowy weekend. probowalam pisac, cos tam mi niby wychodzilo, ale w koncu stanelam przed lustrem i zaczelam sie cieszyc, ze udalo mi sie pozegnac z kilogramami, ktore chcialam splawic juz dawno dawno temu.

o 14.15 jem sniadanie kontemplujac nad tym, jakie zycie jest zabawne.
stapam po puchatym, mieciutkim dywanie, koloru wrzosowego. za te przyjemnosc place bileterowi siedzacemu w budce przed dywanem. musi mu sie strasznie nudzic, dlubie z namaszczeniem przy dawno nieobcinanych paznokciach. zamykam oczy i zamieniam sie w stope, cala soba chlone miekkosc, chce sie w ten dywan po prostu zapasc, otulic sie nim, zamieszkac. schodze po schodach, na dole czeka hustawka, bujam sie na niech chwile, ale mnie nudzi, wiec ide do piaskownicy. ktos przede mna zostawil swoje foremki. zawsze takie rzeczy zabieralam do domu jako trofea, ale tym razem nie pakuje ich do kieszeni. moze i ktos po mnie bedzie chcial sie pobawic. ide dalej, szara brudna ulica, na chodniku kawalki potluczonych butelek, rozklapciane gumy do rzucia, ptasie gowna i inne smieci. jedno ptasie gowno wyglada jak rozjechana zaba, albo jak jakis bozek. kto wie, co ptak chcial nam przekazac? pelno lisci. zagubione buty nie do pary, kawalek za nimi cala masa skarpet, dziurawych. staram sie zaplesc sobie warkocz, ale mam chyba za krotkie wlosy i nie udaje mi sie. zakladam po prostu czapke, zeby ukryc ten burdel. w glowie, na glowie. chce przejsc przez ulice, ale ilekroc tylko stawiam stope na jezdni, swiatlo zmienia sie na czerwone. tak jak z automatycznymi drzwiami, tylko na odwrot - fotokomorka zamiast otwierac je, zamyka. jakis blad systemu. chociaz mowia, ze wszystko okej i mozna wejsc tylnymi drzwiami, dla personelu. na polkach pustki, znalazlam tylko make. trudno, z niej tez cos ulepie, jesli z kranu poplynie woda.

piątek, 22 października 2010

to, co sie dzieje, to sa chyba jakies zarty po prostu...
jest bardzo, bardzo zabawnie. to jest ten moment, w ktorym troche czekam, co bedzie dalej. nawet nie wiem, jak to ujac, ale naprawde przestalam wierzyc w cos takiego jak 'zbieg okolicznosci'. to jest po prostu niemozliwe. zycie, los jest bardzo zlosliwy i w tej chwili kpi sobie ze mnie w zywe oczy. tak jakby mi ktos opowiadal dobry dowcip, tylko ze ten dowcip sie ciagnie i ciagnie, i jeszcze nie wiadomo, jaka bedzie pointa, ale to nie wazne, bo i tak jest smiesznie. moze na koncu wyjsc totalny beton. ale to nic. slodkie szczegoly pozostawiam raczej dla wezszego gremium, ale wczoraj po prostu nie moglam przestac sie smiac. dostalam ataku histerycznego smiechu z rodzaju tych, po ktorych boli brzuch.

czwartek, 21 października 2010

po pierwsze - parasole.
nie lubie parasoli, bo:
1. gubia sie. jak juz w koncu szarpnelam sie i wydalam cale 10zl na dzieciecy parasol (bo 'doroslych' nie bylo oraz bo byl teczowy), zdazylam go pouzywac jeden dzien po czym byl laskaw sie zgubic. niewiarygodne.
2. sa agresywne. kiedy sie przechodzi zbyt blisko nich bardzo czesto maja ochote wydlubac czlowiekowi oko badz dostac sie do jakiegos innego twarzowego otworu.
3. buntuja sie. kiedy uznaja, ze za bardzo wieje, po prostu maja czlowieka w glebokim powazaniu i wywijaja sie na druga strone.
parasolom mowie prawie zdecydowa NIE, no chyba ze znowu znajde dziecieca teczowa mala parasoleczke. to co innego.

po drugie - demotywujace hasla.
nie chodzi o popularne demotywatory. spojrzalam na spodnie, ktore wczoraj skonfiskowalam z lumpexu. na lewej kieszonce maja wyhaftowany napis ENJOY THE SUMMER. jakim kurka prawem? zasmialam sie gorzko - siedze w tychze spodniach, w dwoch parach skarpet, bluzie i dwoch swetrach, pije kolejna goraca herbate i nadal jest mi zimno; widok za oknem nie sprzyja podgrzaniu temperatury. jesli ktos ma ochote zasponsorowac mi wyjazd w jakies cieple miejsce, prosze sie nie krepowac i pisac. nie musza to byc jakies burzujskie cieple kraje, moze byc chociazby chorwacja. wlochy. hmmm, kostaryka? o wiem! nowa zelandia, poprosze! i w zestawie spiewajacego humbaka.

po trzecie - zdziwienie ludzi, kiedy tramwaj zamiast jechac prosto skreca w prawo.
dzisiaj jakis moron postanowil polezakowac pod tramwajem na pulawskiej przy malczewskiego. z tego wzgledu tramwaje w strone centrum przez dlugi czas nie kursowaly, a te jadace z centrum w strone mokotowa na placu zbawiciela byly kierowane w prawo w kierunku placu narutowicza. stalam przez chwile przed przejsciem przez tory i patrzylam, jak zdezorientowani ludzie rozgladaja sie wokol i nie wiedza, co sie dzieje. spoznilam sie do pracy jakies 10 minut. ja mam szefowa bardzo wyluzowana, ale zastanawiam sie, co przezywali ludzie, ktorzy szefow maja popieprzonych i nie ze swojej winy narazaja sie poprzez takie spoznienie na atak tyranow.

wczoraj sie troche z Osho zagalopowalam. zapomnialam dodac, ze jego slowa trzeba przepuscic przez osobiste filtry i wylowic z nich esencje. niektore tezy moga wydawac sie radykalne, jednak po przemysleniu tego, co proponuje, duzo rzeczy wydaje sie sensowne i ulatwiajace zycie. te kilka akapitow pochodzi z ksiazki 'milosc, wolnosc, samotnosc' i odnosi sie ogolnie do milosci miedzyludzkiej, do kazdego rodzaju zwiazkow miedzy ludzmi. swiatlo!
milosc boli, poniewaz toruje drogi rozkoszy. milosci jest bolesna, poniewa przemienia; milosc jest przeobrazeniem. kazda transformacja musi byc bolesna, bo stare musi zostac porzucone na rzecz nowego. stare jest znajome, niebudzace obaw; nowe jest zupelnie nieznane. bedziesz sie poruszac po niezbadanym oceanie. w stosunku do nowego nie mozesz poslugiwac sie rozumem; ze starym juz sie oswoil. umysl potrafi funkcjonowac tylko ze starym; w nowym staje sie bezuzyteczny.

totez narasta lek, a w miare jak opuszczasz stary, wygodny swiat, swiat udogodnien, narasta takze bol. lek przed nieznanym wobec bezpieczenstwa tego, co juz poznane, nieprzewidywalnosc niewiadomego, sprawiaja, ze czujesz sie taki przestraszony.

to przez ten bol miliony ludzi wioda zycie bez milosci. oni takze cierpia, ale ich cierpienie nic im nie da. cierpiac z milosci, nie cierpisz na prozno. cierpienie z powodu milosci jest tworcze; wznosi cie na wyzsze poziomy swiadomosci. cierpienie bez milosci jest pozbawione sensu; prowadzi cie donikad, obracasz sie w blednym kole.

czlowiek bez milosci jest narcystyczny, jest zamkniety. zna tylko siebie. a jak bardzo byl w stanie poznac siebie, jesli nie poznal innych? tylko inni ludzie moga byc jak lustro. nigdy nie poznasz siebie bez znajomosci innych. i, oczywiscie, bez milosci. osoba, ktora nie poznala innych w glebokiej milosci, w ogromnej namietnosci, w pelni ekstazy, nie bedzie zdolna do zrozumienia, kim jest, poniewaz nie bedzie lustra, w ktorym moglaby zobaczyc wlasne odbicie.

zwiazek jest jak lustro, a im prawdziwsza jest w nim milosc, im szlachetniejsza, tym lepsze, tym czystsze jest lustro. ale tak wielka milosc wymaga od ciebie otwartosci, wrazliwosci. musisz zrzucic swoj pancerz, co jest bolesne. nie mozesz stac bezustannie na strazy. musisz odrzucic kalkulujacy umysl. musisz zaryzykowac. musisz zyc niebezpiecznie. inni moga cie zranic; to jest ryzyko bycia bezbronnym. inni moga cie odepchnac; to jest ryzyko bycia zakochanym.

odbicie siebie, ktore zobaczysz w innym czlowieku moze byc brzydkie - stad zaniepokojenie; starasz sie unikac lustra. ale unikajac go, nie staniesz sie piekny. i nigdy nie dorosniesz. musisz podjac to wyzwanie.

wejdz w milosc. jest to absolutnie niezbedne, gdyz jedynie w obecnosci drugiego czlowieka stajesz sie swiadomy pelni wlasnego jestestwa; twoje istnienie rozwija sie dzieki drugiemu czlowiekowi, zostajesz zabrany ze swojego narcystycznego, zamknietego swiata na otwarta przestrzen.

milosc jest jak otwarta przestrzen. kiedy kochasz, to jakbys dostawal skrzydel. ale nieograniczona przestrzen z pewnoscia budzi lek.

odrzucenie ego jest bardzo bolesne, poniewaz uczono nas, by je rozwijac. myslimy, ze ego jest naszym jedynym skarbem. chronilismy je, upiekszalismy i polerowalismy. lecz kiedy milosc puka do drzwi, jedyne, czego potrzeba, by w nia wejsc, to odrzucenie ego. tak, to boli. pracowales nad nim cale zycie, jest ono wszystkim, co udalo ci sie stworzyc; twoje szpetne ego, to przekonanie, ze ty i egzystencja jestescie oddzielni.

milosc daje ci pierwsza szanse zestrojenia sie z czyms, co nie jest twoim ego. milosc daje ci pierwsza lekcje, jak harmonijnie wspolistniec z kims, kto nigdy nie byl czescia twojego ego.

bac sie milosci, bac sie narastajacego bolu milosci, to jakby pozostawac zamknietym w ciemnej komorce. nowoczesny czlowiek zyje w ciemnej komorce. to jest narcystyczne - narcyzm jest najwieksza obsesja nowoczesnego umyslu. i wowczas pojawiaja sie problemy, ktore nie maja zadnego znaczenia. sa problemy tworcze, prowadzace do wyzszej swiadomosci. sa i takie, ktore prowadza donikad; po prostu trzymaja cie na uwiezi, w starym balaganie. milosc stwarza problemy. mozesz uniknac tych problemow, unikajac milosci - ale te problemy sa bardzo wazne. musisz wyjsc im na przeciw, rozprawic sie z nimi; przezyc je rozwiazac i zamknac. musisz przez nie przejsc; tedy wiedzie droga. milosc to jedyna sprawa, ktora warto sie zajmowac. wszystko pozostale jest wtorne. jesli cos pomaga milosci, jest dobre. wszystko inne jest srodkiem, milosc jest celem. tak wiec, bez wzgledu na to, jak wielki bylby bol, wejdz w milosc.

jesli - tak jak wielu innych ludzi - zdecydujesz, ze nie zaglebisz sie w milosci, wowczas ugrzezniesz w samym sobie. twoje zycie nie bedzie pielgrzymka, nie bedzie rzeka plynaca do oceanu, bedzie brudne jak bajoro, a w koncu pozostana w nim tylko brud i bloto. by zachowac czystosc, trzeba plynac.

milosc jest bolesna, ale nie unikaj jej. jesli jej unikasz, tracisz takze wspaniala okazje, by dorosnac. wejdz w to, doznaj bolu milosci, a dzieki cierpieniu przyjdzie wspaniala ekstaza. tak, milosc jest jak agonia, ale z niej rodzi sie ekstaza.

milosci da ci pierwszy dowod na to, ze zycie nie jest bez znaczenia. ludzie, ktorzy mowia, ze zycie nie ma wartosci, to ludzie, ktorzy nigdy nie kochali. oni mowia, ze milosc ich ominela. pozwol zaistniec bolowi, pozwol zaistniec cierpieniu. idz przez ciemna noc, a dojdziesz do pieknego wschodu slonca. tylko w lonie ciemnosci rodzi sie slonce. poranek przychodzi po nocy.

środa, 20 października 2010

ojjj... weszlam do rossmanna po psie zarcie i wyszlam z nausznikami w kolorze fuksji. to potrafie tylko ja. w lumpexie obok czekaja za to rozowe skarpetki z hello kitty.

na medytacji bylo klawo, najbardziej podobal mi sie wielki piec kaflowy, do ktorego sie swapliwie przytulilam i niemalze usnelam. zajecia sa cykliczne, co srode, wiec jesli ktos ma ochote, warto wpasc. w kazdy wtorek o 18.00 sa medytacje spiewane, tez bardzo odprezajaca inicjatywa. w poniedzialki o 17.00 bedzie odbywal sie, ze tak powiem, rozszerzony kurs medytacji, wlaczajacy rozne inne techniki, mantry oraz wiedze skad to sie u diabla wzielo. z reszta na stronie Mantry wiecej informacji.

no i najpiekniejsze! najnajnaj... w piatek wracam w pelnej krasie na taniec brzucha! i to od razu wskakuje do grupy zaawansowanej, nie wiem jakim cudem, ale sie ciesze :) a we wtorki rusza grupa z afro soukousa, na ktory oczywiscie tez sie zapisuje. bosssko... teraz czekam, az jeszcze wypuszcza dancehall, to w ogole znikne, nie bede chodzic, bede cale zycie tanczyc! bo od czego jest zycie, jak nie po to, zeby je przetanczyc, przespiewac..? gra we mnie muzyka, gra we mnie cala pieprzona orkiestra deta!

w tej wlasnie chwili zapuszcze sobie majke, bo od trzech dni (!!!) nie mialam nawet sily (!!!) obejrzec, co tam sie w tym jakze ambitnym serialu dzieje. malo tego, jeszcze housa trzeba nadrobic. tyle, tyle rzeczy do zrobienia, a czasu tak malo. i gauranga czeka przed snem. ach, i jeszcze postanowilam bardzo ambitnie wrzucic fragment Osho, tak ku potomnym.

szukam kontaktu do dawcy autografu, naszlo mnie dzisiaj sentymentalnie. szukam tez kontaktu do mojej podstawowkowej milosci, ale nigdzie nie moge go znalezc. pamietam, bylam w 3. klasie i chodzilismy razem na spacery z naszymi szczurami. to byly pieeekne czasy...
pierwsza mysla, jaka mi towarzyszy od kilku dni kiedy rano otwieram oczy jest - kurwa, czemu tak ciemno? druga - kurwa, kiedy ja sie znowu poloze spac i wyspie?

dzisiaj za to rozmyslam nad tym, co bede jesc. tzn tak ogolnie, na przestrzeni czasu. skad te watpliwosci? zapowiada sie, ze czekaja na mnie kolejne dwa (jesli nie trzy) kursy tanca, zastanawiam sie tez nad joga. do tego dalej silownia. w portfelu moze cos zostanie, ale porownujac zuzycie energii do ilosci jedzenia, jakie ostatnio w siebie wmuszam ergo tempo z jakim pozbywam sie kolejnych kilogramow (zeby nie bylo, wcale mnie to tak nie cieszy. gdzie moje cycki, gdzie moje biodra?) to z kolei zostanie malo ze mnie. ale to w sumie dobrze!

dzisiaj za to ide na medytacje, ktora na szczescie nie wymaga zbytniej aktywnosci fizycznej. tak, szczerze mowiac licze na jakies cudowne efekty, dzieki ktorym odnajde w opcji MYSLENIE funkcje OFF. a jak juz znajde, to wcisne guziczek i go jakos zablokuje, by nie przelaczal sie na ON. myslenie przeszkadza w zwyklym cieszeniu sie zyciem. najpiekniej jest po prostu czuc, nie zastanawiajac sie nad kazdym aspektem danego zjawiska czy rzeczy, po prostu sie tym delektowac. myslenie jest dobre w matematyce, zeby rozpisac na kilka stron dowod na dzialanie '2+2=4'.

tak! tak, dzisiaj tez jest rocznica, kolejna, i tez trzecia! rowniez bardzo osobista, przypominajaca o tym, ze w zyciu dzieja sie rozne dziwne rzeczy, cuda tez sie zdarzaja. pierdolne frazesem - zeby pamietac o swoich marzeniach i o tym, ze sie spelniaja. dokladnie tak! boskoooo! lewituje 5cm nad ziemia.

wtorek, 19 października 2010

mialam pisac, ale nie napisze. dzisiaj wszystko zostanie w glowie, az wyjdzie mi uszami, nosem, oczami, ustami i reszta dziur, jakie popelnilam w twarzy. bedzie ze mnie sciekac wielobarwna mazia, na podlodze zamieni sie w czarna, czarna smole i bedzie kipiec, po czym nagle wyparuje. bedzie miec przyjemny zapach, zapach wszystkich minionych por roku.

niedobrze mi sie robi od ilosci ludzi, ktorzy przywdziewaja maski i w dodatku robia to nieumiejetnie. ale okej, niech sobie robia co im sie zywnie podoba. w koncu zyjemy w wolnym kraju. wolnosc! a ja maski nie zaloze, bo nie umiem.
male sprostowanie co do wczorajszych wypocin. prosze nie doszukiwac sie sensu tam, gdzie go nie ma.

czasem (w sumie to czesciej niz czasem) pisze dla pisania. niekiedy ma to sens, niekiedy ma to tylko dzwiek, niekiedy tylko wyglad ciagu liter. niekiedy wciskam mysli miedzy slowa, niekiedy nie. tzn sadze ze gdyby jakis analityk to przeczytal na pewno mialby cos do powiedzenia, ale to tyle.

note to self - nie sluchac babskiego gadania. w wiekszosci. jak to moja siostra powiedziala 'w problemach damsko-meskich caly klopot w tym, ze baby gadaja z babami, faceci z facetami i nic z tego nie wynika'. dlatego bardzo dziekuje za damsko-meskie rozmowy wprowadzajace spokoj do mojego umyslu. moze inaczej. rozmowa z kobieta wprowadza tylko dodatkowy zamet (mimo zapewne jak najlepszych intencji rozmowczyni), rozmowa z mezczyzna pozwala wsluchac mi sie w to, co mowie i zweryfikowac. z kobieta sie gdyba, z facetem omawia problem, z ktorego wynika, ze - za starym przyslowiem - nie ma takiego gowna, ktorego nie przeskoczysz. czasem wystarczy wypowiedziec cos na glos czy napisac to, zeby odrzec temat z emocji i przetrawic go na pusty zoladek.

codziennie pije ziola na grype i zauwazam pozytywne skutki tegoz procederu - moja odpornosc wzrasta. nie kaszle, nie kicham, nie daje sie zadnym zdradzieckim infekcjom. szybko je zwalczam i wydalam z organizmu w tej czy innej postaci (nie odpowiadam za bad mental image).

z innej beczki - ostatnio moja sytuacja mieszkaniowa znow przybrala dosc niefortunny obrot, postanowilam wiec wyprzedzic podbodke z reka w nocniku i, wymeczona, nie czekajac na rozwoj wydarzen poszukalam juz teraz jakiegos dachu nad glowa, bo a to kumpel sie nie odezwie, a to kawalerka na pradze jest nie na moja kieszen, a zyczliwosci x nie chce juz naduzywac. tym sposobem natrafilam na pokoj marzen - budynek obok mojego obecnego miejsca koczowania (czyli super), 4. pietro bez windy (dodatkowy fitness), pies mile widziany, a teraz najlepsze - spelnilo sie moje pragnienie, czyli widok z okna na spacerniak mokotowskiego wiezienia! powaznie, ilekroc przechodzilam kolo wiezienia i patrzylam na sciete sciany budynkow, ktorych okna wychodza wlasnie na spacerniak myslalam sobie - rany, fajnie by bylo tak to obserwowac. i mam co chcialam! cena za ten pokoj to inna sprawa, moglaby byc nieco nizsza, ale nie wybrzydzam. ulubiony mokotow, wszedzie blisko, wszystkich mam pod nosem. powinnam sie z tymi ochami achami wstrzymac az do momentu przeprowadzki, kiedy odkryje jakies haczyki, ale co tam. jestem dzieckiem szczescia, wiec czemu te radosc mialabym tlumic w sobie?

ciesze sie niezmiernie, w koncu rusze z edukacja na powaznie, zajme sie soba i lepieniem penisow z masy papierowej. chcialabym isc do jakiegos lekarza i zapytac sie, czemu jako ulubiony ksztalt obralam sobie wlasnie fallusa, niekoniecznie z podtekstem erotycznym, po prostu uwazam, ze fiuty sa ladne.

dzien ma za malo godzin, za malo czasu ma czas. mam tyle ksiazek do przeczytania, zaczynam kilka na raz i chcialabym kilka na raz czytac, w tym samym momencie, najlepiej kazdym okiem inna ksiazke wertowac. i jeszcze do tego kilka rzeczy na raz robic. a jutro pojde popelnic to, co inni moga nazwac przepierdalaniem czasu, a mowa o medytacji. tak, wiem, medytowac kazdy moze i nie trzeba zadnego przeszkolenia, ale w kupie razniej! i moze znajde pierscionek, bo gdzies sie zapodzial.
dobry dzien to byl i udany. ale pisac mi sie nie chce.

cycki mi zmalaly, a wraz z nimi chyba i rozum. nie, wroc, rozumu to ja nigdy za duzo nie mialam. ale mialam przynajmniej czym nadrabiac. teraz to ani tego, ani tego. uuuu, chowam sie do swojej skorupki, wystawiam czolki, ustawiam odpowiednia czestotliwosc i hibernuje sie na 150 lat. chce zobaczyc, jak bedzie wygladal swiat dlugo po tym, kiedy powinnam byla umrzec. to takie, takie ciekawe. wiecej ego, mniej alter, wiecej centrum, mniej prowincji. zolta filizanka i fioletowy spodek stanowia zgrany zespol, dlatego tez rozpieprzylam je elegancko o wschodnia sciane, patrzac z satysfakcja, jak maciupkie odlamki porcelany opadaja na podloge. ale jak posprzatac ten niewyobrazalny balagan? niby male drobinki, a jakze upierdliwe. niby maluszki, ale z dywanu trudno zebrac je bez odkurzacza. cala noc sleczec bede z penseta i wydlubywac je spomiedzy wlokien. ja i nieja. zla lza. zolza.

poniedziałek, 18 października 2010

gapie sie w te wirtualna biala kartke i mam mentalna biala kartke wiszaca na sznureczku w puszce miedzy uszami.

dobra, ale przede wszystkim - dzien zaczal sie mega przyejmnie, gdyz od mojego ulubionego kolportera METRA dostalam prezent :) uprzedzil mnie, bo sama chcialam mu cos dac, ale nie mam pojecia co. zastanawiam sie nad lizakiem albo czyms innym smiesznym. ale to bylo taaaakie mile, ze nie sposob sie nie usmiechac.

mam dzis swoje male prywatne swieto. lubie takie niuanse zycia codziennego, nadajace mu slodko-gorzki posmak. chociaz jestem w tak swietnym nastroju, ze chyba nic dzisiaj nie bedzie gorzkie. po silowni pojde do grycana, kupie tiramisu i ciastko karmelowe, naleje wina do kieliszka (tak, od wczoraj po burzujsku jest), wlacze muzyke i pomedytuje nad zyciem.

zaczynam dostrzegac rzeczy, ktorych nie widzialam wczesniej, jakby jakas kurtyna spadla mi z oczu, albo jakbym odkryla, ze obecnie telewizja ma troche wiecej programow niz tvp1, tvp2 i polonia1. stres i strach przed utrata czegos/kogos bardzo waznego motywuje do myslenia. nie, nie obwiniania siebie i szukania w sobie odpowiedzi na pytanie 'dlaczego?', ale do tego zeby - kiedy te przykre emocje opadna - usiasc, pomyslec i przede wszystkim obserwowac, przy czym zwykle widzi sie rzeczy, towarzyszy mysl 'jestem debilem'. na razie zaobserwowalam u siebie pare takich spraw, ktorych pewnie nie zauwazylabym albo zignorowala i nie chciala sie do nich przyznac sama przed soba (a popracowanie nad nimi to juz w ogole!), gdyby nie obecna sytuacja. staram sie ze wszystkiego czerpac jakies nauki, wyciagac wnioski. tak, realna mozliwosc utraty napedza, by jednak przestac myslec 'ja mam zawsze racje' i spojrzec na sprawe z innej perspektywy. i nawet jesli naprawde sie cos/kogos straci, to i tak zostaja owe obserwacje i to, co z nich wyniknelo. no i mozliwosc pracy nad soba to cos rewelacyjnego. o, ze tak metaforycznie powiem - przestac rzucac kamieniami, spojrzec w lustro i zastanowic sie, czy ma sie prawo tymi kamieniami dalej miotac.

zycie jest cudowne.

niedziela, 17 października 2010

bardzo udany koncert, musze przyznac. co prawda mozna by go smialo nazwac najmniejszym koncertem swiata, poniewaz mimo ze przyszlam juz po 20.00 bylam chyba druga czy trzecia osoba nie wliczajac ekipy. ogolnie bylo okolo 30 osob, ale mialo to swoj urok, przynajmniej nie bylo siekiery i bylo w miare dobrze wszystko widac i slychac. w sumie co do tego slychac - piekne dziewcze z mikrofonem z poczatku zdawalo sie byc jeno ozdoba widowiska, bo usta otwierala, a dzwieku zadnego nie wydawala. jednak z czasem sie rozkrecila i dodala swoim wokalem calkiem niezlego klimatu. bylo tak jak lubie - bez wielkiego opoznienia, bez supportow, bardzo wkrecajaco i hipnotyzujaco. wizualki tez niczego sobie.
no ale zeby by bylo zbyt fajnie - zorientowalam sie, ze zapomnialam kluczy, a lukasz wstaje jutro do pracy o 4.00 i pewnie by chcial sie polozyc spac wczesniej... zla na siebie musialam wyjsc przed koncem koncertu. zdarza sie. wieczor super.

i szlam ciemna noca, buty stukaly o ziemie, stukot odbijal sie od scian budynkow, walil mnie w uszy kijem bejsbolowym - obezwladniajaco, rytmicznie, az poczulam zawroty glowy.
ja: no i oddalam mocz. tak, oddalam mocz do skupu moczu.
x: moze otworzymy skup moczu?
ja: i czym bedziemy placic ludziom?
x: wlosami lonowymi, albo takimi z nog. albo zelkami. ekonomicznymi zelkami haribo z biedronki. pseudo-haribo.
ja: i co potem zrobimy z tym moczem?
x: bedziemy sprzedawac firmom farmaceutycznym po hurtowych cenach.
banki to jednak jedno wielkie zlodziejstwo. za prowadzenie konta zezarli mi 20zl i dodatkowo jeszcze po 7zl za lipiec i sierpien. z jakiej paki ja sie pytam?

dzien przywitalam herbatka w moim nowym pieknym zestawie herbatkowym (w ktoego sklad wchodzi jeszcze solniczka/pieprzniczka i dwa pojemniczki nie wiem na co, ale tez sa kolorowe i dla oka bardzo przyjemne. przynajmniej dla mojego). powinnam jechac do ojca, ale dzisiaj jest jeden z tych dni, kiedy absolutnie mi sie nic nie chce. siedzialabym i czytala, ogarnela troche facjate, poszla z psem na spacer.

w zasadzie nowych spostrzezen na swiat jak na razie nie mam. dzisiaj trzymam w reku bilet na dowolny pociag: wsiade, do ktorego zechce, pojade tam, gdzie zechce. tylko sama nie wiem, czy wole w gory czy nad morze, a moze gdzies za granice? tak naprawde wszystko jest kuszace. ale za granice o tak troche daleko, nad morzem chyba troche wieje, wiec cos mi sie wydaje, ze wybiore bieszczady. napale w kominku, rozwale sie w fotelu, bede podziwiac widoki za oknem i delektowac sie zapachem drewna. poczekam, az deszcz przestanie padac i pojde na spacer.

A oto wymieniony wyzej wielce optymistyczny zestaw herbatkowy. wyglada jak ja, jakby go ktos obrzygal wiadrem skittlesow. niech zyja kolorki!


nie chce mi sie spac. edukuje sie muzycznie, probuje zapanowac nad rozbrykanym burdelem w pokoju, znowu wyladowalam na kazimierzowskiej, taki ze mnie juz nomada. coz, brak stalego punktu zaczepienia w zyciu czasem przeszkadza. trzeba przywyknac.

nastroj mam jakis dziwny, jakis pomieszany z poplatanym. nowe, czasem nieco dziwne rzeczy rodza sie w glowie i domagaja stanowczo zrealizowania, czym predzej. boje sie, ale zeby przestac bac sie ciemnosci, trzeba wyjsc w czarna noc, usiasc samemu na lawce i po prostu przestac sie bac. bo w koncu ile mozna trzasc sie ze strachu? strach mozna tylko zepchnac w jakis kat umyslu, ale poki nie stawi sie mu czola, on bedzie tylko narastal i swiecil swoimi wielkimi, zoltymi oczami. bedzie rosl. tak, dokladnie, trzeba sie z nim zmierzyc.

dzien spedzilam na pakowaniu sie i sprzataniu mieszkania, do ktorego prawdopodobnie i tak za dwa tygodnie wroce. a potem nianczylam dwojke dzieci - jedno (Hipo) spalo, z drugiam (Kama) gralam w pchelki i grzybobranie, z czego mialysmy jedna wielka polewe. bez alkoholu, za to z mrozona pizza i laciata czekolada. tak umiemy tylko my. potem czytalam, za co skazuje sie na kare smierci w panstwach wschodnich i ciesze sie, ze mieszkam w Polsce. ciesze sie bardzo, ze mimo wszystko mam wybor jaka wiare wyznaje, z kim sypiam i czy robie to przed slubem etc.

tak naprawde ciesze sie ze wszystkiego i wszystkim. ciesze sie, ze mam fajna prace, ze mam zajebistych przyjaciol, ktorym moge pomarudzic i ktorzy moga pomarudzic mi. ciesze sie z upierdliwej psicy, ktora wlazi mi na kolana i kaze sie glaskac po brzuchu. ciesze sie z tego, ze mam wszystkie konczyny i ze sa one sprawne, ze moge robic tyle rzeczy, ktore sa codziennym wyzwaniem dla ludzi niepelnosprawnych. ciesze sie, ze liscie pospadaly z drzew, tworzac wielobarwny dywan na chodnikach i ze sa jeszcze miejsca, w ktorych tych lisci nikt nie sprzata. ciesze sie ze snu i snow, z mnostwa zycia wokol, z mnostwa pozytywnej energii, milosci, radosci, jakie wypelniaja mnie po brzegi. ciesze sie nawet z tej sytuacji, jaka w tej chwili jest - zmusza do myslenia, pozwala uczyc sie nowych rzeczy i rozwijac sie. kurna, wszystko mnie cieszy! i wszystko mnie bawi. zycie jest cudowne.