niedziela, 31 stycznia 2010

Zniszczyłam tysięczny fortepian w Oregonie

Zajmij się sobą dziecko. Jak lep, co przykleja się do sufitu za brudne tłuste włosy. Klapa tajemnicza z wielkim okiem pośrodku. Nie patrz bo zamienisz się w kamień pieprzony głaz. Ten fortepian on goni mnie po pustyni swoimi małymi kółeczkami zgrzyta i piszczy straszy jaszczurki. Kłapie klapą prawie mnie ma ten fortepian a sztywne struny błyszczą w słońcu. Pijany struś pomylił dziury w piasku chowa głowę do mrowiska. Gdzieś tam jest ptak w którym się odrodzę nie jak feniks jak gołąb raczej cichy szary sra na świat rzadkim gównosikiem. Składa jaja łączy się w pary na całe życie i nie nosi obrączki. Niektóre tylko noszą obrączki zaślubiny z człowiekiem. Zielony bidon z płynem ustrojowym starej krowy. Znikam w czarnym polakierowanym pudle przy dźwiękach preludium C-dur Bacha. Zimno mi trzęsę się. Chcąc głową przebić styropianowy mur nie musisz się rozpędzać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz