dzisiaj jest piekna pogoda. pogoda idealna. na wszystko. na stanie na balkonie i zwyczajne, cudowne mokniecie. na pozwolenie kroplom robienia ciemnych zaciekow na spodniach, na pozwolenie im przemoczenia mnie na wskros. dziecko, na szczescie nie moje, pomrukuje i marudzi caly dzien. jemu pogoda nie przypadla do gustu.
ale jest cudownie, wyszlam na dwor i zbieram zmokle, brazowe liscie kasztanowcow. wkladam je miedzy kartki ksiazki telefonicznej; marszcza sie pod wplywem wilgoci. wiem jednak, ze w pewnej chwili bedzie mi juz za zimno, bedzie mi zbyt mokro i schowam sie z powrotem do domu. zmienie ubranie, a tamto wrzuce do pralki, wypiore, resztki lisci trafia do sciekow. nie bedzie juz sladu po tamtym deszczu. nie mozna wiecznie moknac, grypa to nie jest to, o czym w tej chwili marze. nie pozwol mi przemoknac.
wtorek, 31 sierpnia 2010
czwartek, 12 sierpnia 2010
oto jak rozsypuje sie swiat. odpada tynk, podloga zapada sie, deski pekaja z trzaskiem. nie mielismy przeciez dywanow. sciany pokrywaja pekniecia i szpary. znowu. trzesienie ziemi rozpierdala mnie na czesci pierwsze.
najwazniejsze teraz - nauczyc sie dobrze klamac. ze nie boli, ze da sie przezyc, ze przeciez nic takiego sie nie stalo. nie wiem, czy temu podolam. czy dam rade sobie to wszystko wmowic
najwazniejsze teraz - nauczyc sie dobrze klamac. ze nie boli, ze da sie przezyc, ze przeciez nic takiego sie nie stalo. nie wiem, czy temu podolam. czy dam rade sobie to wszystko wmowic
Subskrybuj:
Posty (Atom)