czwartek, 30 września 2010

a moze zycie ma w sobie cos wlosow? tzn. wlosy odrastaja. moze zycie tez odrasta. a strach to straszny dupek, tylko wykorzystuje to, ze ma wielkie fluorescencyjne oczy. fakju strachu.

tesknie za buba.
obudzil mnie motyl, ten sam, ktory kilka dni temu czekal na mnie na poduszce. usiadl mi na policzku. z reszta bardzo dobrze zrobil, inaczej zaspalabym i spoznila sie do pracy. 8.07 a ja dopiero otwieram oczy. nie zdazylam umyc zebow, zalozylam na siebie pierwsze lepsze czyste ciuchy, porozwieszane na wszystkich krzeslach w pokoju. ale jeszcze cos. motyl i tak pewnie niebawem umrze, robi sie coraz chlodniej. wzielam dzbanek i delikatnie wsadzilam go do srodka, przykrylam kartka. chce go zatrzymac. czy wszystko umiera z czasem, tak jak motyle umieraja na zime?

poza tym snil mi sie to-skomplikowane. klocilismy sie, znowu nie zrobil czegos, o co go prosilam. strasznie sie na niego wkurzylam, bo to bylo cos, na czym mi zalezalo. a potem sie przytulilismy. wolalabym nie miec takich snow.

zaliczylam w koncu wczoraj 'niezniszczalnych', ktorzy nie zawiedli moich oczekiwan. film przeuroczy, duzo krwi i latajacych kawalkow zwlok, no a jason statham... rany, jego bym z lozka nie wyrzucila. slinka cieknie, co tu wiecej mowic. przetestowalam tez buty, najwyzszy obcas na jakim chodzilam i musze przyznac - niezla ze mnie laska, jak sie odpicuje.

jest 13.30, nie moge doczekac sie popoludnia. ten dreszczyk emocji! i nadal nie wiem, na co sie zdecydowac.

środa, 29 września 2010

no i wyszla ze mnie baba. zrobilam najbardziej nieodpowiedzialna rzecz na swiecie, czyli poszlam do sklepu obuwniczego. chcialam kupic sobie jedna pare butow, wyszlam z trzema. parami, nie butami. ale co tam, raz sie zyje, poza tym ostatnio robie naprawde duzo nieodpowiedzialnych rzeczy. i juz. i jestem jednym wielkim wyrzutem sumienia.

zaobserwowalam tez pewna dosc ciekawa rzecz. aaa! ale najpierw - mlodemu rosnie pierwszy zabek! bedzie smiesznie wygladal. no a ta rzecz - on sie strasznie wscieka i placze, jak nie moze dosiegnac jakiejs swojej zabawki, bo nie umie jeszcze dobrze pelzac do przodu, raczkuje, a jak to raczek - do tylu. zlosci sie, a cala sytuacja wydaje mi sie po prostu odbiciem roznych sytuacji 'doroslych ludzi'. jego problem wydaje mi sie dziecinny, bo wiem, ze za jakis czas nauczy sie pelzac i chodzic, i bedzie mogl siegac po rozne zabawki. teraz moje problemy wydaja mi sie wazne, poruszajace i znaczace, czasem placze i wkurzam sie, ale tak naprawde wszystko przemija, wszystko jest nie warte garsci piachu. tzn problemy, zwracanie na nie uwagi jest bezsensowne. bo mina. bo ktos starszy ode mnie sie z nich teraz smieje. oczywiscie nie mam na mysli naprawde powaznych problemow, ale takie, przez jakie kazdy sila rzeczy w zyciu przechodzi.

wazne - mam gdzie mieszkac! co prawda nie widzialam jeszcze owego mieszkania, ale jestem dobrej mysli. zapowiada sie male malowanie scian, jesli dobrze pojdzie. a musi pojsc dobrze.

nie moge tez doczekac sie jutra, poczuje ten slodki bol, o ktoryj juz niemal zapomnialam. bede miala nowe zabaweczki, tylko oczyscie sama jeszcze nie wiem jakie. moze idac za ciosem z obuwniczego - wszystkie? potem film inaugurujacy poczatek festiwalu afrykamera, a potem - zobaczymy, dokad mnie wywieje.

wtorek, 28 września 2010

male dziecko to jednak calkiem dobry wynalazek. oczywiscie, nie wlasne male dziecko. tylko takie, ktore nie zdazy przez 8h porzadnie zmeczyc, ale ktore wzbudza same mile odczucia. przy takim malym mezczyznie zapomina sie o calym swiecie, trzeba sie nad nim bardzo skupic i caly czas sie usmiechac, zeby sie nie rozplakal.

wczoraj poszlam jednak na ow koncert. bardzo mi sie podobal, w dodatku support (head of wantastiquet) ukontentowal mnie na rowni, jesli nawet nie bardziej, niz gwiazda wieczoru czyli red sparowes. potem jeszcze dobilam sie piwem z kumplem, wiec noc byla krotka. to tez dobrze, chociaz niedobor snu daje mi sie we znaki... zwlaszcza wtedy, kiedy musze wstac.

z ogladania mieszkania niestety znowu wyszly nici (czemu mnie to nie dziwi?), w zwiazku z czym pojde chyba popelnic samobojstwo na silowni. jest maciek, jest wesolo, bede robic kark, a jak! bede przedrzezniac wszystkich panow z niewielkimi mentalnymi penisami, ktorzy chca to nadrobic rozbudowana masa miesniowa. niektore panienki to lubia, ale sadze, ze i tak wylacznie dla lustra. no i konkurentow. w kazdym razie, prosze trzymac kciuki za wieczorny telefon, chcialabym juz nie byc bezdomna.

no i zastanawiam sie nad weekendowym 'jakims wypadem gdzies' - ostatnio ciagnie mnie w gory. zawsze wolalam morze, a tu nagle bieszczad mi sie zachcialo.

poniedziałek, 27 września 2010

czy jedna i ta sama rzecz moze byc w tym samym czasie jednoczesnie czarna i biala, nie bedac przy okazji szara?

wczoraj zrobilam male wykroczenie, ale nie bylo tak strzasznie. a potem, potem, jak juz kladlam sie spac zobaczylam, ze na poduszce przycupnal motyl, taki sam jak ten z mazur. wszystie dzieci plci meskiej maja jedno imie, i nawet w lodowce u justyny jest 'wedzonka jakubowa' kupiona w sklepach doroty. cos na ksztalt widzenia samych kobiet w ciazy lub z wozkami kiedy balam sie, ze wpadlam.

a w nocy piekny sen. snilo mi sie, ze odnalazlam mike'a, autora wzoru mego tatuazu na froncie. pracowal w sklepie muzycznym. mowil, ze o mnie caly czas myslal i ze dobrze, ze przyjechalam. najlepsze bylo to, ze w sklepie nie mieli kostek do gitary, trzeba bylo po nie chodzic przecznice dalej do specjalnych automatow, wygladajacych jak amerykanskie odlschoolowe parkometry. i tak po prostu staly na ulicy.

napalilam sie tez na dwie pary butow. pochwale sie, jak juz osiagne cel. we czwartek bede miala jedna lub dwie nowe zabaweczki, z czego tez sie niezmiernie ciesze.

niedziela, 26 września 2010

wracajac z 'nocnej zmiany' przejezdzalam obok billboardu, z ktorego kiedys zerwales kawalek pizzy. ciekawa jestem, czy go jeszcze masz. to byl bardzo mily spacer. a teraz na billboardzie jest juz inna reklama, po tamtej nie ma sladu. czy zycie jest billboardem? czy ktos caly czas nakleja kolejne reklamy, zaslaniajac nimi poprzednie?




sprobuje zasnac. mam tak spuchniete oczy, ze naprawde do nieczego sie juz dzisiaj nie przydadza. z drugiej strony wina nie pije sie oczami. bardzo szkoda, ze czlowiek nie ma guzika z funkcja 'reset'.
bardzo ladne slowa pana Tuska skierowane do posla Palikota: 'chlopie, nie stoj w przeciagu. chcielibysmy zamknac drzwi, bo troche wieje. albo w te albo we w te'. mysle, ze posel Palikot jest reprezentantem wiekszosci mezczyzn na naszym pieknym globie.

smutny dzisiaj dzien mam. staralam go sobie zapelnic po brzegi roznymi uciechami i nawet sie udalo. a mimo tego.

umowilam sie z kumplem na dzien odchamiania, polazilismy po Zachecie - nadal wisialy pierwowzory grafiki Kill Billa (czyli obrazy Rajmunda Ziemskiego), ale procz tego niesamowita wystawa Annette Messager. dosyc niepokojace prace, ogladajac je odnioslam wrazenie, ze kobitka jest niezle zryta, miala skopane dziecinstwo, a teraz miksuje to z wena tworcza i robie bardzo efektowne rzeczy. polecam bardzo. na dole wystawa Jakuba J. Ziolkowskiego - ogolnie wrazenie pozytywne, obrazy przesiakniete Dalim, inne pelne penisow, sutkow i tego typu przybytku. czy wszyscy wszedzie musza wciskac jakies nagosci? to juz nie szokuje.
potem polezlismy po bilet na poniedzialkowy koncert, ale ze kobieta zmienna jest to nie wiem, czy go komus nie odsprzedam. nie wiem, czy chce isc na ten koncert.
dotarlismy do CSW. zawsze, kiedy tam jestem, zapominam, ze zamek jest tak duzy i ze ma tyle pokoi i zakamarkow, i kiedy mam wrazenie, ze ooo, to ostatnia sala, to ups! jednak nie ostatnia, bo dalej sa jeszcze dwie kolejne.
powtorka z teorii widzenia - w koncu obejrzalam 'psa andaluzyjskiego' i nawet nie zamknelam oczu w slynnej scenie z przecinaniem oka! ha, bylam dzielna, a Michal wymiekl. moze sie o swoje oczy przestraszyl. obok 'psa' wyswietlany byl inny film, nieco mniej smaczny; tytulu nie pamietam, ale autorka chciala koniecznie przekazac widzowi miejsca, w w ktore kobieta z powodzeniem moze wcisnac sobie galke oczna, z powodzeniem mrugac, a nawet zrobic wytrzeszcz oka. jestem ulomem, nie rozumiem takiej sztuki. magiczne byly 'Kineformy' Andrzeja Pawlowskiego. Ach, i 'Evidence Locker' Jill Magid - mocno przerazajaca, polaczenie orwellowskiej wizji wielkiego brata z the sims. Cala wystawa ogolnie mocno edukacyjna.
rzeczy budza uczucia - na dzien dobry obudzily moje wkurzenie, poniewaz przy wejsciu na wystawe byl specjalny kod do sfotografowania telefonem komorkowym, ow kod trzeba bylo wyslac pod jakis tam numer i w zamian otrzymywalo sie pelen informator na temat wystawy wraz ze spisem wszystkich prac. wiec stoje i sie mecze jakies 10 minut z tym, po czym telefon oznajmia ERROR. tak, rzeczy budza emocje. a co procz tego zapadlo mi w pamiec? na pewno wielki zlosliwy kredens z fotokomorka, zamiast szyby mial lustro, za ktorym wyswietlalo sie COS, ale co, tego dokladnie nie wiem, bo kiedy probowalam sie przyjrzec i robilam chociaz najmniejszy ruch, fotokomorka robila PYK i przerywala wyswietlanie. wrrrr! i dwa genialne filmiki - 'Buttes Monteaux' Normana Leto (ktory wrzuce ponizej) i 'Berek' - niestety autora nie zapamietalam. z wielka checia przejde sie jeszcze raz na obie te wystawy.
zaliczylismy jeszcze 'moj Auschwitz', ale jakos bez rewelacji. troche pretensjonalne to bylo.
zwienczeniem dnia byl zakup balonika ze sponge bobem oraz rozek firmowy u grycana.

jednak dzien byl nieco toporny. pod podloga mojego umyslu siedzial upierdliwy troll i walil w te podloge od spodu. i caly czas do mnie gadal, i caly czas porownywal. i wmawial mi wiele rzeczy. i sial strach, zamet. nienawidze sie bac, nienawidze, kiedy strach przekrzykuje reszte moich wewnetrznych glosow.
na stronie CSW jest bardzo ladna definicja cierpliwosci. takze w listach sw.Pawla odkrylam kilka slow prawdy. wszedzie jest prawda, ja jestem prawda. czemu wiec tak trudno sie do tego zastosowac? czemu mysle, ze zycie skonczy sie jutro? pisze kolejne wiersze. tak, jesli o to chodzi jestem skrajna egoistka i jak na razie nie podziele sie nimi z nikim.

kupie segregator
z kolorowymi przegrodkami
koszulkami
powkladam w nie emocje
od k do w
reszte wyrzuce

dobra, jeden sie wymsknal. ale sam! i obiecany Leto.





a jednak, pozwole sobie przytoczyc cytat dotyczacy cierpliwosci. oby nikomu z was nie zabraklo jej w dazeniu do swoich celow (ale do swoich celi juz nie):
'Cierpliwość - wytrwałe działanie bez oczekiwania na natychmiastowy efekt wymaga pokory wobec upływającego czasu, ale cierpliwość może być czymś więcej, niż tylko panowaniem nad emocjami. Cierpliwości wymaga realizowanie celów dalekosiężnych lub długotrwałych, sięgających czasem do granicy życia konkretnego człowieka, a bywa że, i przekazywanych kolejnym pokoleniom. Cierpliwość spokrewniona więc bywa z maksymalizmem wyobraźni. To gotowość do konfrontacji z codziennością, utrzymaniem ciągłości, trudem. Mobilizuje do koncentracji uwagi, doświadczania ograniczeń cielesnych i podejmowania intelektualnych wyzwań. Generuje narracje artystyczne oszczędne w ekspresji, lapidarne, czasem wprost ascetyczne. Cierpliwość jest więc rodzajem alchemii, której najważniejszym składnikiem jest czas.'

piątek, 24 września 2010

nie ma Macka, nie ma takiej motywacji. wiec i silowni nie bylo. ale czyz dwie niespelna rozumu mlode kobiety nie poradza sobie z tym problemem? nic trudnego! wystarczy miec nasrane w glowie, lubic robic z siebie debila, kawalek wolnej chaty, jakas lupanka radia eska w glosnikach i torebka rzucona na podloge. jest impreza! Kama jest dobra na wszystko, Kama na droge za sliska, Kama na stope za niska, Kama podniesie ci ja..

postanowilam zrobic sobie jutro dzien odchamiania. wzielam sprawy w swoje rece i do zachety, csw, moze jeszcze gdzies, potem na targi rekodziela. zastanowie sie nad zakupem biletu na poniedzialkowy koncert. bo bym poszla i bym nie poszla. w niedziele warsztaty bellydance w kooooncu, upragnione, wieczorem (moze) pokazy animacji. coz to bedzie za weekend! weekend bez czasu na myslenie.

na razie jednak lece cieszyc sie mala-duza przyjemnoscia, czyli ciepla kapiela z piana.
dzisiaj zrobilam sobie dzien z muzyka by simon & garfunkel i naprawde trudno byloby sobie nie przypomniec o flight of the conchords. zapowiada mi sie nerdowy weekend z winem, chipsami i serialem! bardzo, bardzo dobrze.

wczorajszy dzien byl owocny jesli chodzi o meska adoracje. czy przemawia przeze mnie proznosc? chyba nie, mam nieco inne stanowisko w sprawach damsko-meskich. czy tam mesko-damskich.
szlam chodnikiem do domu. kierowca autobusu zagapil sie na mnie i zamiast skrecic w prawo, pojechal prosto. ja poszlam swoja droga i widzialam tylko, jak zawraca i skreca tam, gdzie powinien.
szlam chodnikiem w strone metra. rowerzysta zagapil sie i skrecil tam gdzie chcial skrecic nieco za wczesnie, przez co rabnal przednim kolem o kraweznik i przelecial przez kierownice.
cos panowie mieli problem ze skrecaniem chyba. a tez dziwne, bo ani rozgogolona nie lazilam wczoraj, ani tez specjalnie nie wylaszczona.

wieczorem polazlam do ymprezowni, gdzie rowniez nie moglam narzekac na brak meskiej uwagi, sama sie zbytnio o nia nie proszac. a jednak. w drodze do domu naszla mnie taka refleksja, iz jakis czas temu jadlam pyszna, prawdziwa czekolade, a teraz ktos usiluje wcisnac mi wyrob czekoladopodobny w papierku po lindtcie.
a propos czekolady, od kilku dni obiecuje sobie, ze kupie duze pudeleczko after eight, ale jakos ciagle mi to umyka. czy mietowe czekoladki zabija gorzki posmak?
o polnocy umowilam sie z moim wspollokatorem na szklaneczke martini - sam zaproponowal, co mnie wielce zdziwilo, gdyz kolega niemalze abstynent. w dodatku wypil 3x wiecej niz ja. a teraz staram sie nie pozwolic kacowi zawladnac moim dniem.

zrobilam tez cos dosc odwaznego jak na mnie. moj to-skomplikowane w przyszly poniedzialek ma urodziny, ale ze postanowilismy sie dwa dni temu od siebie odciac, prezent przekazalam mu wczoraj. bo kto wie, co bedzie w przyszly poniedzialek i jak nasze relacje beda wygladac. oprocz 'kupnego' prezentu chcialam podarowac mu cos wyjatkowego. wiec dalam mu kilka swoich wierszy, napisanych przy okazji pierwszego rozstania. dorzucilam rowniez zapiski, jakie prowadzilam, kiedy sie poznawalismy. pisalam swego rodzaju dziennik w formie listow do niego, chociaz nigdy nie zakladalam, ze na pewno mu je kiedys dam. to byl impuls. prezent otworzyl od razu, caly on. nie poczekal. z 'kupnego' bardzo sie ucieszyl, ale czy przeczytal te 'niekupne', tego nie wiem.
nadal nie rozumiem.

środa, 22 września 2010

dlaczego kobiety sa tak beznadziejnie glupie? dlaczego same sie podkladaja facetom-kretynom? to jest dla mnie niesamowite, kojarzy mi sie z lemingami, (podobnoz) popelniajacymi masowe samobojstwa. a co robia baby? nic innego jak tylko grupowo skacza ze skaly czy strzelaja sobie w kolana. dzizas. niby silne, a jednak slabe.
na jakie studia  powinnam pojsc, zeby odkryc te fascynujaca tajemnice?

poniedziałek, 20 września 2010

jak zwykle bedzie nie po kolei.

zaczne od dnia dzisiejszego, czyli soboty. postanowilam pojsc na dluzszy spacer z psem, lazilam jakies cztery godziny i rozne rzeczy po drodze widzialam. najbardziej spodobal mi sie Pan, taki, ja wiem, kolo 45 lat. mojego wzrostu, przecietnej budowy ciala, wlosy juz mocno przyproszone siwizna; waciakowata kurtka, cos neseseropodobnego w reku, spodnie w kant, tanie eleganckie buciki. ten Pan wzbudzil we mnie straszna litosc – stal przy lawce chopinowskiej (takiej 'grajacej') i wciskal konsekwentnie guzik wlaczajacy muzyke, i przygladal sie tresci wyrytej na blacie. muzyka nie chciala grac, a on dalej stal i wciskal ten guzik, z mina wyrazajaca mniej wiecej 'nic z tego nie rozumiem'. szlam powoli nieopodal lawki, obserwujac wszystko jednym okiem; Pan to zauwazyl i bardzo sie speszyl. odszedl od lawki, przez chwile szlismy w tym samym kierunku, on troche przede mna. tak samo zblakany, tak samo samotny, tak samo pojedynczy w calym miescie jak ja. tak samo nic nie rozumial, tak samo chcial tylko posluchac muzyki. zrobic ze soba cos po zmroku. dlaczego nie byl w domu? dlaczego chodzil w spodniach w kant i waciakowatej kurtce, z neseserem w reku? jaka byla jego historia? troche zaluje, ze z nim nie porozmawialam, naprawde czulam nic porozumienia miedzy naszymi duszami.
a potem zbieralam zoledzie i liscie, i wyrzucalam liscie w gore, by spadaly na mnie powoli i delikatnie; i rzucalam psu zoledzie, niech ma zwierze radosc z uganiania sie za malymi kuleczkami.

piatek. piatek byl smieszny calkiem. z mlodym wyszlam na spacer dopiero kolo poludnia, wczesniej paskudnie sie czulam. umowilam sie z moim to-skomplikowane w parku, a trzeba nadmienic, ze to-skomplikowane nie spal cala noc, bo robil projekt majacy na celu przekonania pewnego studia kreatywnego do przyjecia go do pracy. tak wiec wyszlismy sobie elegancko, spotkalismy sie z w/w jegomosciem i zasiedlismy na lawce. bawilismy sie z maluchem, to-skomplikowane uznal, ze widzi podwojnie – bylabym dobra mama (!!!), no i w sumie z Hipolitem jestesmy do siebie podobni, przynajmniej w kwestii smiania sie, machania raczkami i wydawania z siebie radosnych dzwiekow. slonko przygrzalo, staesze dziecko dojrzalo do drzemki w wozku, starsze dziecko uwalilo sie na mych nogach i rowniez postanowilo sie przespac. I tutaj ja mialam piekny, idealny obraz wspolnych cech dziecka i mezczyzny. gdy panowie zasneli, obaj niemilosiernie sie slinili i ruszali ustami; Hipowi na pewno snilo sie zarcie, a co za tym idzie – cycek, bo strasznie ciamkal. sadze, ze sen to-skomplikowane tez byl albo o cyckach, albo o jedzeniu. obaj sie wiercili, obaj costam sobie gaworzyli. obaj maja niesamowicie blekitne oczy, obaj lubia wymachiwac rekami i byc w centrum uwagi, obaj obudzili sie w tym samym momencie. a potem kawalek przeszlismy sie razem, po czym kazde poszlo w swoja strone. oprocz Hipa, ktory nie mial wiekszego wyboru i byl skazany na moje towarzystwo.

a przekazywanie sobie pewnych informacji myslami? mozliwe, czy bujda? to-skomplikowane poszedl do sklepu bo jakies buly. zapytal, czy chce cos konkretnego; powiedzialam, ze nie, niech on wybierze. wszedl do srodka, a mi przyszla ochota na bulke z budyniem, juz mialam dzwonic, kiedy jednak pomyslalam – nie, na pewno bedzie wiedzial, jaka chce.i co? dostalam bulke z budyniem. wieczorem telefon – co chcemy jesc? moze chinol? okej, tylko tym razem cos z kurczakiem, wybierz sam. tak jak w poprzednim wypadku, nagle przyszla mi ochota na cos konkretnego. i znow mialam napisac, co chce, ale pomyslalam – nie, na pewno bedzie wiedzial, przekaze mu to telepatycznie. 'mamy kurczaka z orzechami.' za jakis czas otworzylam lodowke w jego apartamencie. jest – jogurt, na ktory mialam od dwoch dni szalona ochote, czekal na mnie, brakowalo tylko diamentowej poswiaty dopelniajacej uroku. i jak to jest wszystko mozliwe? o ile w tym ostatnim przypadku doskonale wiedzial, ze uwielbiam panacotte z sosem karmelowym, o tyle nigdy nie przejawialam publicznie zbytniego entuzjazmu w stosunku do bulek z budyniem i kurczaka z orzechami. oooo, nasze umysly sa polaczooooneee....

czwartek, 16 września 2010

vanitas vanitatum et omnia vanitas - oto moj dzisiejszy nastroj. cieknie mi z nosa, glowa zaczyna bolec, ogolnie troche nieprzyjemnie, ale jak tu sie przy dziecku rozchorowac? nie da rady, nie mozna po prostu i juz. wiec nie, nie jestem chora.
marnoscia zalatuje rowniez poczucie, ze znalazlam sie w swego rodzaju martwym punkcie. ale cwicze cierpliwosc, wyrozumialosc, milosc do swiata i wszystkie te cechy, ktore pomagaja w miare bezbolesnie a jednoczesnie swiadomie przejsc przez zycie. martwi mnie sytuacja materialna, mieszkaniowa. w sumie na razie tylko te dwie. w dalszej perspektywie chcialabym miec juz naprawde swiety spokoj i moc sie skupic na nauce.
ale dosc narzekania.
wczoraj natknelam sie na pewien list sprzed mniej wiecej pieciu lat. dlaczego boje sie zmian? dlaczego boje sie mowic o czyms w czasie przeszlym? nie chce o tym mowic w czasie przeszlym, przeszlym dokonanym. a czy ja tez w pewnym momencie stane sie tylko czasem przeszlym dokonanym? owszem, bylam kiedys, tralalala, bylo minelo, teraz jest inaczej. ech, to myslenie mnie wykonczy.
i tutaj powstaje kolejna zagwozdka - dlaczego kobiety same sie facetom podkladaja? dlaczego sa tak naiwne, latwowierne? moja mamuska zwykla mawiac - kto ma miekkie serce, musi miec twarda dupe. jako nieliczne z jej licznych powiedzonek zaiwera w sobie naprawde wielka zyciowa madrosc. moja dupa jest juz chyba z adamantium. tak juz mam.
cos zlego rowniez dzieje sie z moja glowa. czas mija, a ja sie starzeje. dlaczego tak mysle? otoz dzisiaj o malo co nie wymsknelo mi sie, ze 'dzieci to sa w sumie fajne'. matko bosko czestochowsko! ja, JA mialam to na mysli, naprawde! ta, co przed dziecmi sie zapiera rekami i nogami. tzn. to nie tak, ze instynkt macierzynski mi sie odezwal (ufff...) i mam parcie na bachora, ale mysl o takowym juz nie przeraza mnie tak, jak to sie dzialo jeszcze niedawno. ale w perspektywie powiedzmy 5-10 lat? w dodatku razem z potencjalnym dawca nasienia zogdzilismy sie, ze oboje wolelibysmy miec dzieczynke. co smieszniejsze, i owemu dawcy troche sie podejscie do tematu zmienilo. w sumie mysle, ze bylby calkiem niezlym ojcem. ale dosc juz o nim, mialo w ogole nie byc.
w konsekwencji tego, ze wcale-nie-jestem-chora spadla moja zyciowa energia. jestem nieco osowiala, troche bardziej drazliwa, no i spiaca. a dzisiaj dwie wystawy trzeba zaliczyc. bo chyba wiekszosc z nas (nawet Ci niepozorni) potrzebuje poczucia bezpieczenstwa. a sny moga tylko namieszac w glowie.

wtorek, 14 września 2010

mozna to nazywac na wiele, naprawde wiele sposobow. utarlo sie, ze ta przypadlosc dopada glownie mezczyzn; jest to bledny stereotyp. kobiety cierpia tak samo, jak nie bardziej, chociaz nie przyznaja sie do tego z roznych wzgledow. nie wiem, kulturowych, spolecznych? ale chcica (lac. slinotokus ultimatus) kiedy juz raz dopadnie, latwo nie odpuszcza. na nic zda sie zimny prysznic, zajecie sie czyms naprawde wciagajacym jak zmywanie, mycie okien, porzadek w szafie czy replika 'Hodlu Pruskiego' technika haftu krzyzykowego.
chcica powoduje halucynacje, zatarcie granicy miedzy swiatem realnym od wyimaginowanego, spowolniona reakcje, zaburzenia koncentracji oraz koordynacji psychoruchowej. niestety nie znam nikogo, kto prowadzilby badania nad ta choroba. jestem w stanie sie zalozyc, ze - powiedzmy - kobiety nie sa zlymi kierowcami. maja niezdiagnozowana chcice, ktora systematycznie rozprzestrzenia sie w organizmie niezdajacej sobie z niczego sprawy osobniczki.
co gorsza, nauka i medycyna nie znalazly na razie skutecznego remedium na te przypadlosc. dotychczasowo sadzono, ze udany seks jest w stanie wyleczyc pacjentke. niestety, okazalo sie, ze lagodzi on tylko objawy, nie zwalczajac jednak przyczyny; co wiecej - dowiedziono, ze systematyczne uprawianie udanego seksu tylko poglebia problem w imie zasady 'w miare jedzenia apetyt rosnie'. obecnie naukowcy sprawdzaja metode nieudanego, bolesnego wspolzycia jako leku, a byc moze nawet i szczepionki na chcice.

Koti Ciachala,
Reuter
sklamalabym, gdybym powiedziala, ze dzien zle sie zaczal. tzn. zalezy jeszcze czy za poczatek dnia uznawac poczatek kolejnej doby, czy tez moment, w ktorym czlowiek wstaje z lozka.
jesli mialabym uznac za poczatek dnia ten pierwszy wariant - bylo super. rozpoczelam dobre od prania mozgu scenami wycietymi z Wonder Showzen. jesli zas chodzi o moment pobudki, nastapil on o poltorej godziny za pozno. tak, budzik niestety zawiodl i obudzilam sie o 8.34, czyli od 4 minut powinnam byla byc juz w pracy. nie zdazylam umyc zebow, wdzialam na siebie wczorajsze ciuchy, nie pomyslalam o zadnej bluzie i wybieglam z mieszkania. no, pol biedy, Justyna mnie chyba nie zabije. wsiadlam do tramwaju i mily pan obok mnie oswiadcza donosnie, iz prosi bilety do kontroli. tramwaj niskopodlogowy, dlugi. jeden kanar na caly pojazd, akurat musial, MUSIAL wejsc za mna. nie mialam sily, zeby kombinowac, bylam zbyt nieprzytomna. na odchodne zyczylam panu milego dnia zapewniajac przy okazji, ze moj na pewno bedzie udany. wisienka na torcie okazal sie spacer z mlodym, bo troche mnie przepizgalo, jako ze bylam ubrana o wiele za lekko na ten chlodny poranek. coz, za przyjemnosci trzeba placic.
co do wczorajszego ogladania mojego mieszkania marzen. w drodze na miejsce powiedzialam sobie, ze jesli tylko nie bedzie mi tam kapac na glowe - biore. nie potrzebuje jakiegos wysokiego standardu. pomijajac droge po schodach i pierwsze wrazenie, co sie okazuje? ze cieknie z dachu. jea! cieknie do komorki, na scianach w pokoju tez zacieki i popekany nieco tynk. mieszkanie nie ma tez normalnego ogrzewania, tylko piecyk elektryczny. chociaz jest tez piec kaflowy. i taka oto anegdotka:
ja: o, a czy ten piec dziala?
pan wlasciciel: dziala, dziala.
ja: super, to mozna palic!
pan wlasciciel: a po co?

sa biale sciany, ktorych nie moge pomalowac; pan tez z pewnoscia nie zgodzi sie na psa. i jeszcze jedna ciekawostka, ktora mnie nie zniechecila, a w moich oczach mieszkanie zyskalo dodatkowo swojski klimat - kibel i lazienka sa polaczone. sa polaczone z KUCHNIA. wchodzac do pomieszczenia widzimy po lewej stronie zlewozmywak, obok niego wanne, mala praleczke - to wzdluz lewej sciany. na przeciwko wejscia stoi niewielka lodoweczka, a za lodoweczka uroczy sraczyk, z widokiem na tyl lodoweczki. spoko, bede mieszkac sama wiec da sie przezyc, ale co zrobic, jesli sie zaprosi kilka osob i impreza bedzie sie chciala tradycyjnie przeniesc do kuchni?
szukam zatem dalej.

jutro czeka mnie wycieczka do wesolego miasteczka, zostaje porwana na samochodziki :D moze byc ciekawie. wieczorem koncert.

a dzis? nie wiem, sama jestem ciekawa, co dzisiaj jeszcze sie stanie :)

poniedziałek, 13 września 2010

dobre wiesci z linii frontu - (chyba) znalazlam mieszkanie. kawalerka na poddaszu na grochowie. jea! jesli nie okaze sie ostatnia zapyziala dziura to wezme, bo cena atrakcyjna, tramwaj pod nosem i w ogole. jade wieczorem obejrzec owe cztery katy. tak, do przodu, do przodu!
Bardzo sympatyczny weekend za mna, musze przyznac. Troche niespodzianek, troche zmiany planow.

Oddalam sie kontemplacji nad niesamowita przyjemnoscia i wrecz magia dotyku. Nie mam tutaj na mysli nic zdroznego, ale subtelna erotyke i cala mase innych emocji, jaka moga wyrazac dwie splecione, glaszczace sie dlonie. Kiedy kolejne chwile trwaly, nie moglam sie po prostu nasycic cala gama bodzcow. Widok dloni kojarzyl mi sie z kwiatem - z filmem przedstawiajacym caly cykl zycia kwiatu, poczawszy od wykielkowania z ziemi i piecia sie w gore, przez rozwoj, po gubienie platkow. Najbardziej do tej wizji pasowal bialy tulipan, chociaz nie wiem, czy taki wystepuje. Uczucie, kiedy opuszki palcow jednej dloni muskaja wewnetrzna strone drugiej, dotykaja nadgarstka, po czym na chwile splataja sie z druga dlonia, jakby chcialy wspolnie sie pomodlic. Za chwile wszystko sie powtarza, dlonie zamieniaja sie rolami. I tak w kolko, w kolko, przez dziesiec minut, dwadziescia, godzine. A i tak ciagle bylo malo.

Druga bardzo przyjemna rzecza jest mizianie po glowie, kiedy palce przeczesuja wlosy. To troche laskocze. Moment, kiedy palce nieopatrznie przeslizguja sie po szyi, po policzku. Moglabym tak lezec godzinami.

Jest cos jeszcze - nosek. Mizianie noskami. Jakkolwiek infantylnie by to nie zabrzmialo. Jeszcze nie pocalunek, ale czuje aure, cieplo, zapach. Badam twarz, sprawdzam, czy wszystko jest tak, jak ostatnim razem. Czy dokladnie zapamietalam. Czuje oddech. Czuje sie bezpieczna. Moge odplynac.

Bylo bardzo milo. Bylo konstruktywnie, chociaz nie obylo sie bez zgrzytow. Ale czy chaos i destrukcja nie moga przyczynic sie do zbudowania czegos fajnego?

I filmowo bylo: Upadek, Simpsonowie, REC i Konstelacja Jodorowsky, w polowie ktorej zasnelam. I rozmownie do wczesnych godzin porannych; sennie, bo jak tu sie wyspac w dwie czy trzy godziny; muzycznie - koncert krainskiej folkowej formacji, bardzo przyjemne granie, nieco sentymentalne, nieco dziwaczne, zwlaszcza w polaczeniu z elektronika; smacznie, w koncu w tym roku nie jadlam nadmorskich gofrow, nadrobilam wiec na Krakowskim Przedmiesciu. Jedynym aspektem, dla ktorego wspomne o krzyzu, jest po prostu fenomen tego, ze ludzie ciagle tam sa i gadaja o tym, jakby naprawde nie mieli nic lepszego do roboty. Generalnie to im zwykle zazdroszcze bezproblemowego zycia, bardzo chcialabym takie miec. Chociaz w koncu to nasz umysl generuje problemy. Nie zycie.

Mam duzo energii na nowy tydzien. Musze miec duzo energii, duzo sily.

piątek, 10 września 2010

note to self - pamietac, zeby nie zaczynac imprezowac z Kama, kiedy musze nastepnego dnia isc do pracy. ja pierdziele. i nie bylo alkoholu, i siedzialysmy w domu dwie same, ale nam to wystarczy, zeby urzadzic sobie debilny maraton. w ruch poszly stare hiciory, potem siedzialysmy przed jutubem, ogladajac jakies starsze i nowsze idiotyzmy. prawdziwym przebojem okazal sie pewien odcinek reality show o tygodniowej zamianie zonami miedzy dwiema rodzinami. odcinek ow zatytulowany bym 'god warrior' i naprawde spralo nam to glowy. zwlaszcza fragment:


potem Kamie przypomnialy sie 'kurczaki i ziemniaki' w wykonaniu premiera Tuska, natomiast mi zaczela po glowie chodzic parodia innej wpadki politycznej, przez bita godzine probowalam sobie przypomniec, jakiej. i tak, kocham swoj mozg! oto dowod, ze jeszcze cos tam jest. przypomnialam sobie, moje szare komotki nie zawiodly, wiec puscilysmy 'usy-tasy' posla Kaminskiego, z czego Kama miala bezgraniczny ubaw, i puszczala to w kolko przez kolejne pol godziny. nasza impreza tym samym zakonczyla sie jakos kolo 3.30, no a z nauki matmy wyszly nici.

czwartek, 9 września 2010

roztargnionam. chcialam herbate zalac domestosem, bo stal dosc blisko czajnika. zorientowalam sie w pore. zastanawialam sie tez nad tym, co sasiedzi w bloku na przeciwko maja w oknach - wygladalo to jak jakies male ruchome robociki, lub wiecznie machajace ogonami statyczne koty, i tylko te ogony byly widoczne. lornetka rozwiala moje watpliwosci, okazalo sie bowiem ze to zwykle odstraszacze na golebie zatkniete w doniczki.

przemieszczam sie do Kamy. z cala miloscia do mojej siostry, ale dzis wieczor nie czuje sie zbytnio dobrze w tych progach. czuje, ze woli zostac sama ze swoim facetem; rozumiem to i szanuje. wiec zmykam. pakuje swoj niewielki dorobek do plecaka i jak slimak przemierzam swiat tu i tam. mam domek na plecach. niedlugo bede wybierac karton, w ktorym zamieszkam od pazdziernika.
 postanowilam wszystkie posty zwiazane z moja choroba - ta umyslowa - dla dobra sprawy oraz jej stron po prostu usunac. tzn siedza bezpiecznie u mnie na dysku, ale nie do wgladu publicznego. dosc marnowania mojego niewatpliwego talentu pisarskiego oraz weny tworczej, na takie przyziemne sprawy. chociaz nie mozna zaprzeczyc, ze mialam tam swoiste zrodlo plodnosci.
czytam Kerouaca, pare dni temu skonczylam 'w drodze', teraz przerabiam 'wloczegow dharmy'. i tak, o ile ta pierwsza ksiazka byla po prostu fascynujaca, tak 'wloczedzy' dodatkowo bardzo pozytywnie mnie nakrecaja, zmuszaja do przemyslenia wszystkiego, totalnie wszystkiego, co w tej chwili sie wokol mnie dzieje. staram sie w tej chwili osiagnac jakas wewnetrzna zgode, jakis spokoj, obrac pewien konkretny tor i byc konsekwentna w tym co robie. niestety, zwazywszy na pewne wzgledy niezalezace do konca ode mnie - to dosc trudne. tak, staram sie! chociaz na razie przypomina to raczej rzucanie sie ryby, dopiero co wyciagnietej z wody.

pada deszcz, nie chce mi sie nigdzie wychodzic. na szczescie siedze u siostry; to miejsce jest dla mnie w tej chwili namiastka domu. od poniedzialku bede szukac albo pokoju w mieszkaniu, gdzie zechca mnie i psa, albo kawalerki na jakims zadupiu, zeby taniej, zeby starczylo mi na jedzenie. czuje sie troche jak bezdomna, oczywiscie z taka osoba nie mam prawa sie porownywac, a jednak sie tak czuje. rozrzucona miedzy trzy miejsca, szukam czegos, co bede mogla w koncu nazwac wlasnym katem. bo jak na razie takiego miejsca nie znalazlam. musi byc MOJ, nie chce byc nigdy wiecej na niczyjej lasce. nie chce nigdy wiecej uslyszec...

w kazdym razie deszcz dalej pada. ja pisze i czytam, i wiecej czytam, i tak bardzo skupiam sie na tym czytaniu, ze jest cudownie. pozmywalam, odkurzylam, schowalam swoje lozko do szafy. buduje siebie od nowa, tym razem obiecuje sobie solennie, ze nie dam sie nikomu zburzyc, skruszyc, nie dam nikomu wiecej dobudowac do siebie werandy, ktorej tak naprawde nigdy nie chcialam. ja i tylko ja. tylko czemu kobiety sa takie glupie? czemu ta wiedza, te mysli przychodza tak pozno? jeszcze tylko jedna rzecz, ostatnia i obiecuje, ze sie w tej kwestii zamykam - wiesz, ze dalabym Ci wszystko, ale nie moje prince polo.
dzisiaj bedzie o chorobie.
w sumie od dawna jest o chorobie, ale teraz bedzie o zwyczajnym zatruciu.

nazarlam sie placka ze sliwkami, wczesniej napychajac zoladek makaronem z sosem ze swiezych pomidorow. oczywiscie nie przyszlo mi do glowy, zeby je wczesniej sparzyc i zdjac skorke. no bo po co? wszystko to mialo miejsce wczoraj. dzisiaj od rana cos 'jezdzilo mi po zoladku'; nienawidze tego uczucia. Reszte dnia spedzilam w kiblu - na przemian w usciski wpadala z nim moja glowa i tylek. W takich chwilach, kiedy czlowiek wycienczony ledwo stoi na nogach, mysli - o nie, juz nigdy nie poczuje sie dobrze! na domiar zlego mlody (tzn. 6-miesieczne chlopaczysko) nie rozumial oczywiscie, ze ja kaszle, ze zle sie czuje, i strasznie plakal. dziecku sie nie wytlumaczy, ze ciotka jest chora. i tak umieralam sobie do 13.00. autentycznie, myslalam, ze za chwile zemdleje, poniewaz nawet woda mojemu zoladkowi nie pasowala.
na szczescie kolo wymienionej godziny 13.00 uratowala mnie moja wspaniala Kama, zabierajac malego na dluuugi spacer. i byloby super kul, gdyby nie fakt (wyjdzie, ze marudze), ze mna telepalo z zimna, a w mieszkaniu na dokladke jest i tak caly czas chlodno. wiec sie zbytnio nie przespalam. i tak, nadal myslalam, ze umieram. ze moj mozg czy cokolwiek innego sie kryje wewnatrz czaszki za chwile sie rozpadnie, wyrzygam sie na lewa strone, nikt mnie nie znajdzie i zje mnie kot sasiada, odwiedzajacy nas raz na jakis czas. podobno, bo sama jeszcze go nie widzialam. ale wierze na slowo.
podroz do domu bylaby koszmarem, gdyby nie uroczy pan taksowkarz, ktory widzac chyba w jakim stanie jestem, policzyl mi kase za polowe drogi. tak, dzisiaj na bogato, bo bym sie nie dotelepala tramwajem. no i poszlam spac.
teraz zjadlam juz nawet gotowana marchewke i kawalek kurczaka pieczonego bez skorki (!!!), co jest ogromnym sukcesem. oczywiscie nie oddalam go z powrotem w pierwotnej niemal postaci.

poza tym wieczor z laneganem. wszystko zaczyna miec rece i nogi, moze tylko nie w tych miejscach, w ktorych bym sobie zyczyla, by owe konczyny sie miescily. coz, trzeba sie nauczyc chodzic bez blednika.

sobota, 4 września 2010

jakis czas temu granat urwal mi noge. lezalam miesiac w szpitalu, dochodzac do siebie; nie moglam przywyknac do tego, ze zamiast nogi bede musiala uzywac kuli, a moze moze moooze za jakis czas zakupie sobie jakas zacna proteze. tylko ze proteza to nie to samo co moja kochana nozka, a ludziom nogi niestety nie odrastaja, nad czym serdecznie ubolewam. tak wiec nauczylam sie kustykac o kuli, calkiem niezle mi to juz wychodzi. brak nogi widoczny przy zakladaniu spodni czy po spojrzeniu w lustro, jednak jesli o tym nie myslec, to i roznicy nie czuc. rzecz jasna nie bardzo moge popierdzielac do autobusu - zwlaszcza, gdy na chodnikach gololedz. spoko spoko. da sie zyc bez nogi.
ale dzisiaj, dzisiaj czuje sie wyjatkowo gorsza od wszystkich. nie wiem dlaczego, ale tak mam. sa dni, kiedy czuje sie naprawde beznadziejna - nieciekawa, glupia, nieatrakcyjna, nie mam swiatu nic ciekawego do zaoferowania. wlasnie dzisiaj jest taki wieczor, w zwiazku z czym wlewam w siebie hektolitry... HERBATY! tak prosze panstwa, herbaty winter time, jakiejs owocowo-imbirowej, sluchajac genialnego pana Von Tilla. a przeczytalam o nim, ze jest nauczycielem w podstawowce. ile ja bym dala, zeby miec takiego nauczyciela.
to chyba tyle na dzisiaj. jeszcze chwile porozpamietuje swoja utracona, gnijaca gdzies tam radosnie noge i prawdopodobnie udam sie do krainy snow. zeby znowu doswiadczac jakichs chorych wizji, doprawdy.

mozna przystosowac sie do zycia w kazdych warunkach, szkoda tylko, ze jestem podzielona na 'rany, przeciez jeszcze tyle zycia przede mna, wszystko moze sie zdazyc, zajebiscie!' a 'jutro moze mnie przejechac samochod, a moja utracona noge moga zezrec na smierc robaki, ja chce wszystko juz teraz'. to bardzo bardzo wszystko komplikuje.