dzisiaj bedzie o chorobie.
w sumie od dawna jest o chorobie, ale teraz bedzie o zwyczajnym zatruciu.
nazarlam sie placka ze sliwkami, wczesniej napychajac zoladek makaronem z sosem ze swiezych pomidorow. oczywiscie nie przyszlo mi do glowy, zeby je wczesniej sparzyc i zdjac skorke. no bo po co? wszystko to mialo miejsce wczoraj. dzisiaj od rana cos 'jezdzilo mi po zoladku'; nienawidze tego uczucia. Reszte dnia spedzilam w kiblu - na przemian w usciski wpadala z nim moja glowa i tylek. W takich chwilach, kiedy czlowiek wycienczony ledwo stoi na nogach, mysli - o nie, juz nigdy nie poczuje sie dobrze! na domiar zlego mlody (tzn. 6-miesieczne chlopaczysko) nie rozumial oczywiscie, ze ja kaszle, ze zle sie czuje, i strasznie plakal. dziecku sie nie wytlumaczy, ze ciotka jest chora. i tak umieralam sobie do 13.00. autentycznie, myslalam, ze za chwile zemdleje, poniewaz nawet woda mojemu zoladkowi nie pasowala.
na szczescie kolo wymienionej godziny 13.00 uratowala mnie moja wspaniala Kama, zabierajac malego na dluuugi spacer. i byloby super kul, gdyby nie fakt (wyjdzie, ze marudze), ze mna telepalo z zimna, a w mieszkaniu na dokladke jest i tak caly czas chlodno. wiec sie zbytnio nie przespalam. i tak, nadal myslalam, ze umieram. ze moj mozg czy cokolwiek innego sie kryje wewnatrz czaszki za chwile sie rozpadnie, wyrzygam sie na lewa strone, nikt mnie nie znajdzie i zje mnie kot sasiada, odwiedzajacy nas raz na jakis czas. podobno, bo sama jeszcze go nie widzialam. ale wierze na slowo.
podroz do domu bylaby koszmarem, gdyby nie uroczy pan taksowkarz, ktory widzac chyba w jakim stanie jestem, policzyl mi kase za polowe drogi. tak, dzisiaj na bogato, bo bym sie nie dotelepala tramwajem. no i poszlam spac.
teraz zjadlam juz nawet gotowana marchewke i kawalek kurczaka pieczonego bez skorki (!!!), co jest ogromnym sukcesem. oczywiscie nie oddalam go z powrotem w pierwotnej niemal postaci.
poza tym wieczor z laneganem. wszystko zaczyna miec rece i nogi, moze tylko nie w tych miejscach, w ktorych bym sobie zyczyla, by owe konczyny sie miescily. coz, trzeba sie nauczyc chodzic bez blednika.
czwartek, 9 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz