obudzil mnie motyl, ten sam, ktory kilka dni temu czekal na mnie na poduszce. usiadl mi na policzku. z reszta bardzo dobrze zrobil, inaczej zaspalabym i spoznila sie do pracy. 8.07 a ja dopiero otwieram oczy. nie zdazylam umyc zebow, zalozylam na siebie pierwsze lepsze czyste ciuchy, porozwieszane na wszystkich krzeslach w pokoju. ale jeszcze cos. motyl i tak pewnie niebawem umrze, robi sie coraz chlodniej. wzielam dzbanek i delikatnie wsadzilam go do srodka, przykrylam kartka. chce go zatrzymac. czy wszystko umiera z czasem, tak jak motyle umieraja na zime?
poza tym snil mi sie to-skomplikowane. klocilismy sie, znowu nie zrobil czegos, o co go prosilam. strasznie sie na niego wkurzylam, bo to bylo cos, na czym mi zalezalo. a potem sie przytulilismy. wolalabym nie miec takich snow.
zaliczylam w koncu wczoraj 'niezniszczalnych', ktorzy nie zawiedli moich oczekiwan. film przeuroczy, duzo krwi i latajacych kawalkow zwlok, no a jason statham... rany, jego bym z lozka nie wyrzucila. slinka cieknie, co tu wiecej mowic. przetestowalam tez buty, najwyzszy obcas na jakim chodzilam i musze przyznac - niezla ze mnie laska, jak sie odpicuje.
jest 13.30, nie moge doczekac sie popoludnia. ten dreszczyk emocji! i nadal nie wiem, na co sie zdecydowac.
czwartek, 30 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz