vanitas vanitatum et omnia vanitas - oto moj dzisiejszy nastroj. cieknie mi z nosa, glowa zaczyna bolec, ogolnie troche nieprzyjemnie, ale jak tu sie przy dziecku rozchorowac? nie da rady, nie mozna po prostu i juz. wiec nie, nie jestem chora.
marnoscia zalatuje rowniez poczucie, ze znalazlam sie w swego rodzaju martwym punkcie. ale cwicze cierpliwosc, wyrozumialosc, milosc do swiata i wszystkie te cechy, ktore pomagaja w miare bezbolesnie a jednoczesnie swiadomie przejsc przez zycie. martwi mnie sytuacja materialna, mieszkaniowa. w sumie na razie tylko te dwie. w dalszej perspektywie chcialabym miec juz naprawde swiety spokoj i moc sie skupic na nauce.
ale dosc narzekania.
wczoraj natknelam sie na pewien list sprzed mniej wiecej pieciu lat. dlaczego boje sie zmian? dlaczego boje sie mowic o czyms w czasie przeszlym? nie chce o tym mowic w czasie przeszlym, przeszlym dokonanym. a czy ja tez w pewnym momencie stane sie tylko czasem przeszlym dokonanym? owszem, bylam kiedys, tralalala, bylo minelo, teraz jest inaczej. ech, to myslenie mnie wykonczy.
i tutaj powstaje kolejna zagwozdka - dlaczego kobiety same sie facetom podkladaja? dlaczego sa tak naiwne, latwowierne? moja mamuska zwykla mawiac - kto ma miekkie serce, musi miec twarda dupe. jako nieliczne z jej licznych powiedzonek zaiwera w sobie naprawde wielka zyciowa madrosc. moja dupa jest juz chyba z adamantium. tak juz mam.
cos zlego rowniez dzieje sie z moja glowa. czas mija, a ja sie starzeje. dlaczego tak mysle? otoz dzisiaj o malo co nie wymsknelo mi sie, ze 'dzieci to sa w sumie fajne'. matko bosko czestochowsko! ja, JA mialam to na mysli, naprawde! ta, co przed dziecmi sie zapiera rekami i nogami. tzn. to nie tak, ze instynkt macierzynski mi sie odezwal (ufff...) i mam parcie na bachora, ale mysl o takowym juz nie przeraza mnie tak, jak to sie dzialo jeszcze niedawno. ale w perspektywie powiedzmy 5-10 lat? w dodatku razem z potencjalnym dawca nasienia zogdzilismy sie, ze oboje wolelibysmy miec dzieczynke. co smieszniejsze, i owemu dawcy troche sie podejscie do tematu zmienilo. w sumie mysle, ze bylby calkiem niezlym ojcem. ale dosc juz o nim, mialo w ogole nie byc.
w konsekwencji tego, ze wcale-nie-jestem-chora spadla moja zyciowa energia. jestem nieco osowiala, troche bardziej drazliwa, no i spiaca. a dzisiaj dwie wystawy trzeba zaliczyc. bo chyba wiekszosc z nas (nawet Ci niepozorni) potrzebuje poczucia bezpieczenstwa. a sny moga tylko namieszac w glowie.
czwartek, 16 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz