temat zszedl na jedzenie. stanie przy garach moze moja pasja moze nie jest, ale bardzo lubie eksperymenty kuchenne. uwielbiam robic mase zarcia, ktorego potem nie ma kto zjesc albo slysze, od osoby zjadajacej, ze bedzie gruba.
mam na ciele takie punkty, ktore maja jakies dziwne polaczenia nerwowe z innymi miejscami ciala - np kiedy podrapie sie w pepek (jakkolwiek to brzmi) czuje swedzenie na plecach. kiedy czyszcze sobie lewe ucho chce mi sie kichac. albo - laskotek praktycznie nie mam. jedyne miejsce, gdzie sie czasem uaktywniaja to przednia strona ud, a to i tak tylko wtedy, gdy znecajaca sie nade mna osoba... kopie je pietami. wiec w zasadzie nagly atak mi nie grozi.
przypomnialam sobie tez dzisiejsze spotkanie z bezdomnym. zaczepil mnie w drodze do domu i poprosil o pieniadze, ktorych przy sobie nie mialam. do domu wpadlam i na silownie wypadlam. i znow po drodze go wyminelam, szedl w tym samym kierunku, tylko o wiele wolniej. weszlam do sklepu, zeby kupic mu kanapki, ale nie mozna bylo placic karta. pomyslalam - dupa, jesli wyjde z silowni i go zobacze, kupie mu cos do jedzenia w sklepie na dole. i rzeczywiscie - wyszlam z fabryki testosteronu, a rzeczony jegomosc przysypial na lawce przy sklepie, wiec poszlam zdobyc dla niego skromna waloweczke. nie chcialam go budzic, wiec zostawilam tobolek na jego torbie. mam nadzieje, ze sie choc troche ucieszyl.
czy strach i watpliwosci biora sie z tego, ze czlowiek ma zaprogramowany instynkt stadny? boi sie robic cos po swojemu tylko dlatego, ze szara masa robi to w inny sposob? i czlowiek sobie koncypuje - skoro TYLU LUDZI ma na zycie przepis taki a taki, to moze rzeczywiscie cos w tym jest i ja robie zle?
moj ojciec zawsze probowal to we mnie zakodowac. ze skoro ilustam ludzi ma o czymstam zdanie jakiestam, to przeciez musi cos w tym byc! gowno prawda. na koncu drogi moze sie okazac, ze ta cudowna wiekszosc zafundowala sobie podroz w jedna strone na dno mentalnego wielkiego kanionu.
niedziela, 31 października 2010
sobota, 30 października 2010
a jednak, wyspalam sie prawie idealne. moze byloby lepiej, gdyby kochany pies nie szczekal przy drzwiach i rownie kochane sasiadki nie napierdzielaly pod nimi jak najete, a ze sa przygluche, to praktycznie krzycza. uch.
rossmann przeszedl samego siebie. ja rozumiem - tzn nie rozumiem, ale przywyklam - ze bozonarodzeniowe ozdoby zaczynaja wisiec juz po swiecie zmarlych, ale na litosc boska, jest jeszcze pazdzierrrrrrnik. i juz widze bombki, gwiazdki, torebki etc. no i wystroj swiateczny. urzekli mnie.
wykorzystalam piekna pogode i poszlam z psem i x na spacer po polach. pies byl bardzo grzeczny i jak zwykle nadaktywny, gorzej z x bo mial mega kaca, ale coz zdarza sie.
jestem na siebie zla. chcialam gdzies wyjsc, ale jestem tak padnieta, ze wyjde jedynie z pokoju do lazienki zeby sie wykapac. jutro wielki dzien, dostaje klucze do nowego lokum. zaczne pisac ksiazke pt. Okno Na Spacerniak, kto wie, moze ja kiedys zekranizuja?
naszlo mnie tez na refleksje - kiedy poczucie wlasnej wartosci zamienia sie narcyzm? zostalo mi dzisiaj zarzucone, ze jestem pyszalkowata i narcystyczna. nie zgadzam sie z tym. jestem raczej pokorna, tylko ze wlasnie - znam swoja wartosc. czy w dzisiejszych czasach swiadomosc tego, ze jest sie wartosciowym czlowiekiem jest niemodna? czy kazdy, kto nie spuszcza nosa na kwinte i daje sobie na kazdym kroku nakopac do dupy, nie jest falszywie skromny - staje sie od razu zakochanym w sobie bufonem? hm, chyba to chrzanie. rozni ludzie, rozne zestawy panvitan.
rossmann przeszedl samego siebie. ja rozumiem - tzn nie rozumiem, ale przywyklam - ze bozonarodzeniowe ozdoby zaczynaja wisiec juz po swiecie zmarlych, ale na litosc boska, jest jeszcze pazdzierrrrrrnik. i juz widze bombki, gwiazdki, torebki etc. no i wystroj swiateczny. urzekli mnie.
wykorzystalam piekna pogode i poszlam z psem i x na spacer po polach. pies byl bardzo grzeczny i jak zwykle nadaktywny, gorzej z x bo mial mega kaca, ale coz zdarza sie.
jestem na siebie zla. chcialam gdzies wyjsc, ale jestem tak padnieta, ze wyjde jedynie z pokoju do lazienki zeby sie wykapac. jutro wielki dzien, dostaje klucze do nowego lokum. zaczne pisac ksiazke pt. Okno Na Spacerniak, kto wie, moze ja kiedys zekranizuja?
naszlo mnie tez na refleksje - kiedy poczucie wlasnej wartosci zamienia sie narcyzm? zostalo mi dzisiaj zarzucone, ze jestem pyszalkowata i narcystyczna. nie zgadzam sie z tym. jestem raczej pokorna, tylko ze wlasnie - znam swoja wartosc. czy w dzisiejszych czasach swiadomosc tego, ze jest sie wartosciowym czlowiekiem jest niemodna? czy kazdy, kto nie spuszcza nosa na kwinte i daje sobie na kazdym kroku nakopac do dupy, nie jest falszywie skromny - staje sie od razu zakochanym w sobie bufonem? hm, chyba to chrzanie. rozni ludzie, rozne zestawy panvitan.
kolejny dzien z rzedu sen ograniczyl sie do niecalych 3h. kladac sie w koncu naprawde spac zerknelam na czasomierz, pokazal mi 5.20. znowu zaspalam, mimo ze nastawilam dwa budziki. do pracy poszlam po prostu nieprzytomna. z kilku powodow. czas wlokl sie niemilosiernie, ale teraz bede miala az piec dni wolnych pod rzad. bosko. przeprowadze sie, uklepie, wyspie.
dzisiaj zostalam porwana do teatru na Les Miserables. bardzo prawdopodobne, ze to tylko moj prostacki, prymitywny umysl nie byl w stanie pojac geniuszu spektaklu. to byl disney przelozony na deski teatru. naprawde, bakowalo tylko niebieskich ptaszkow z wielkimi blyszczacymi oczyma oraz wlosow powiewajacych w polobrocie w zwolnionym tempie. poza tym przysypialam. z powodu zmeczenia oraz niesamowitej wartkosci akcji. pierwszy raz w Romie bylam kilka lat temu na Kotach - z siostra i owczesnym pozal sie boze szwagrem. wyszlismy stamtad podczas pierwszej przerwy (chyba taka karma musicali) i poszlismy na sushi, wtedy nastapilo moje rozdziewiczenie w tej kwestii. milosc od pierwszego wejrzenia. dzisiaj nie bylo inaczej - wyszlismy po pierwszej czesci i pojechalismy do Satori na szame. i tak jak kiedys mi pokazano sushi, tak dzisiaj ja wystepowalam w roli przewodniczki, poniewaz x mial dzisiaj do tej szamy pierwsze podejscie. smakowalo mu, wiec plus dla mnie. tez sie nazarlam. bosko. poza tym poznalam, co to odciski od obcasow.
obiecalam tez xx, ze poswiece mu kawalek w dzisiejszych wypocinach, poniewaz stwierdzil, ze wkreca sie w moja chora psychike. a wiec moj drogi, publicznie wspominam uwage, jaka przez Ciebie dostalam, kiedy siedzielismy w pierwszej lawce w podstawowce, bo mnie zagadywales. pamietam tez jak zrobiles mi mini kolo garncarskie z napedu magnetofonowego. i jak mi bylo smutno, kiedy powiedziales, ze sie przeprowadzasz i juz do iv klasy podstawowki chodziles do innej szkoly. to byly czasy. masz swoje piec minut chwaly na moim niezwykle popularnym i poczytnym blogu! a jak.
jutro spotkanie z panem od genetycznie modyfikowanej dyni, ale przedtem odrabianie tych nieprzespanych nocy. chociaz i tak nie sadze, zebym sie dzisiaj porzadnie wyspala. najlepiej spi sie z wielka pluskwa przyklejona do plecow.
isc spac, nie isc spac, isc spac, nie spac isc, spac, nie spac, isc, nie spac, nie isc... cokolwiek.
dzisiaj zostalam porwana do teatru na Les Miserables. bardzo prawdopodobne, ze to tylko moj prostacki, prymitywny umysl nie byl w stanie pojac geniuszu spektaklu. to byl disney przelozony na deski teatru. naprawde, bakowalo tylko niebieskich ptaszkow z wielkimi blyszczacymi oczyma oraz wlosow powiewajacych w polobrocie w zwolnionym tempie. poza tym przysypialam. z powodu zmeczenia oraz niesamowitej wartkosci akcji. pierwszy raz w Romie bylam kilka lat temu na Kotach - z siostra i owczesnym pozal sie boze szwagrem. wyszlismy stamtad podczas pierwszej przerwy (chyba taka karma musicali) i poszlismy na sushi, wtedy nastapilo moje rozdziewiczenie w tej kwestii. milosc od pierwszego wejrzenia. dzisiaj nie bylo inaczej - wyszlismy po pierwszej czesci i pojechalismy do Satori na szame. i tak jak kiedys mi pokazano sushi, tak dzisiaj ja wystepowalam w roli przewodniczki, poniewaz x mial dzisiaj do tej szamy pierwsze podejscie. smakowalo mu, wiec plus dla mnie. tez sie nazarlam. bosko. poza tym poznalam, co to odciski od obcasow.
obiecalam tez xx, ze poswiece mu kawalek w dzisiejszych wypocinach, poniewaz stwierdzil, ze wkreca sie w moja chora psychike. a wiec moj drogi, publicznie wspominam uwage, jaka przez Ciebie dostalam, kiedy siedzielismy w pierwszej lawce w podstawowce, bo mnie zagadywales. pamietam tez jak zrobiles mi mini kolo garncarskie z napedu magnetofonowego. i jak mi bylo smutno, kiedy powiedziales, ze sie przeprowadzasz i juz do iv klasy podstawowki chodziles do innej szkoly. to byly czasy. masz swoje piec minut chwaly na moim niezwykle popularnym i poczytnym blogu! a jak.
jutro spotkanie z panem od genetycznie modyfikowanej dyni, ale przedtem odrabianie tych nieprzespanych nocy. chociaz i tak nie sadze, zebym sie dzisiaj porzadnie wyspala. najlepiej spi sie z wielka pluskwa przyklejona do plecow.
isc spac, nie isc spac, isc spac, nie spac isc, spac, nie spac, isc, nie spac, nie isc... cokolwiek.
czwartek, 28 października 2010
Good Morning Starshine
chociaz wole wersje z filmu, ale moze to kwestia przyzwyczajenia. piekny dzien dzisiaj mamy. i mowie zdecydowane TAK dla belgijskich pralinek na sniadanie.
środa, 27 października 2010
'twoj styl' i 'pani' wychodza z jednej stajni i maja nawet te sama strone www podana na okladce. sa blizniaczo podobne. obie promuja postawe 'plec slaba zanika, musimy byc silne, bo na mezczyzn nie mozna liczyc'. tylko co bylo pierwsze - jajko czy kura? czy to panie musialy sie przystosowac do tego, ze faceci jakims dziwnym trafem zaczeli niewiesciec i wyrastac na ciapy, czy moze same sie do tego mniej lub bardziej, chcac - niechcac przyczynily? nie biore pod uwage przypadkow maminsynkow, ktorzy rabka mamusinej kiecy trzymaja sie do poznego wieku, bo im tak wygodniej, a matki te swoje dzieci z siusiaczkami krzywdza, bo chca wszystko robic za nich, ich synalek przeciez jest najcudowniejszy i najlepiej, jesli jego zonka przejmie paleczke i dalej bedzie mu matkowala. takie przypadki sie niestety zdarzaja, ale wynika to ewidentnie z nadopiekunczosci rodzicielki. natomiast kobiety musza byc silne, bo mezczyzni zciapieli? sami z siebie, w jakis niewytlumaczalny sposob. czy moze mezczyzni zciapieli, bo kobiety wymyslily sobie nowy porzadek rzeczy? nie popieram ani nie krytykuje tego. nie interesuje sie zagadnieniem feminizmu, w zwiazku z tym nie wiem, czy jestem za czy przeciw. nie wiem, za czym optuja feministki, wiec ich do tego mieszac nie bede. sadze jednak, ze zciapienie plci meskiej jest efektem tego, ze kobiety chca wszystko same. prosze bardzo, tylko nie narzekajmy teraz! 'prawdziwy facet' jest teraz zadkoscia, to prawda. ale takie wtapianie kobietom przez media 'badz samowystarczalna, silna, niezalezna blablabla' moze przecietnej kobiecie zrobic z mozgu papke. zgadzam sie, czlowiek powinien byc samowystarczalny i nic w tym zlego, ale wcielajac sie w myslach w role mezczyzny widze w tym ciche przyzwolenie na 'robta co chceta'.
te same czasopisma kilka stron dalej wmowily mi, ze KONIECZNIE POTRZEBUJE podkladu, najlepiej w formie musu jako ze mam cere mieszana. jestem na siebie zla, ze dalam sie wrobic, ale co tam, mam 22 lata, pierwszy podklad mozna sobie kupic. i tak glownie dla skeczu, uzyje dwa razy i odloze, bo nie mam po co sie tapetowac.
a dzien ogolnie przyjemny. chyba zamieszkam na silowni. dzieki Kama :*
te same czasopisma kilka stron dalej wmowily mi, ze KONIECZNIE POTRZEBUJE podkladu, najlepiej w formie musu jako ze mam cere mieszana. jestem na siebie zla, ze dalam sie wrobic, ale co tam, mam 22 lata, pierwszy podklad mozna sobie kupic. i tak glownie dla skeczu, uzyje dwa razy i odloze, bo nie mam po co sie tapetowac.
a dzien ogolnie przyjemny. chyba zamieszkam na silowni. dzieki Kama :*
wtorek, 26 października 2010
od rana obiecywalam sobie, ze cos napisze. a jestem tak padnieta, ze.... ale dobra. niech bedzie.
wczoraj bylam matka teresa, dzisiaj jestem koktajlem molotowa. ostatecznie, w lagodniejszej wersji - lawalampa.
sprawa pierwsza. poranna obserwacja, co ludzie robia z rekoma kiedy ida do pracy? wiekszosc osob, ktore mijalam byla plci pieknej (przynajmniej w teorii): przewaznie jedna reka na pasku od torby przewieszonej przez ramie, w drugiej siatka z zakupami, telefon lub zwyczanie spoczywala w kieszeni. mezczyzni mieli przewaznie jedna reke w kieszeni, druga machali w rytm krokow. ja mialam dzisiaj w jednej rece jablko, druga w kieszeni plaszcza. tak wiec przynajmniej jedna reka w wiekszosci przypadkow jest w kieszeni. ciekawe dlaczego. ciekawe co w tych kieszeniach ludzie maja.
w tramwaju pachnialo wyperfumowana kupa. nie zlokalizowalam zrodla tegoz zapachu, jednak dokladnie tak to mi sie skojarzylo. czlowiek-kupa, ktory wylal na siebie caly flakon taniej wody toaletowej. byc moze takiej z rezerwuaru faktycznego kibla.
w tramwaju byl rowniez pan z dwiema czapkami. jedna czapkie mial na glowie, druga miedlil w rekach. to byl dziwny widok.
po wyjsciu z tramwaju za to uderzyl mnie po nosie naprawde mily aromat. przez chwile zastanawialam sie, czy to nie jest zwykle powietrze, ale sprawia mi taka blogosc, bo wyszlam z wagonu-szambiarki. ale chyba nie.
najwazniejszy moral dnia dzisiejszego (i ten fragment dedykuje Kamie w imie 'jak Koti robi z siebie pajaca') - lepiej nie testowac kosmetykow jesli nie ma sie pewnosci, ze w poblizu NA PEWNO jest dobre mleczko do demakijazu. zachcialo mi sie zobaczyc, jak bym wygladala w ciemnej szmince. szminka byla w plynie z mala gabeczka do nakladania. byla jej juz resztka, nierowno rozlozyla mi sie na ustach + gdzieniegdzie wyjechalam ta gabeczka za bardzo. jak to ja, mistrzyni makijazu. na szczescie zeby oszczedzilam. popatrzylam chwile na swoje boskie odbicie w lustrze. starczy, trzeba zetrzec. hmm... czemu nie schodzi... fcuk. w lazience znalazlam jakis plyn do demakijazu, ale byl zbyt slaby. efekt byl taki, ze rozmazalam sobie ten skondensowany sok jagodowy wokol ust i wygladalam dokladnie, dokladnie jak Jocker... oczywiscie Hipo mial z tego najwiekszy ubaw. a potem szorowalam, szorowalam usta, zeby to cholerstwo zetrzec, i po jakichs 5 minutach mi sie udalo. naprawde, nie probujcie tego w domu.
kolejna istotna sprawa jest moja milosc. pojelam, ze kocham do szalenstwa Hipcia - nie dosc, ze cieszy sie, kiedy growluje przez wuwuzele, to jeszcze bardzo bawi go kiedy bekam. ktory mezczyzna by docenil te niewatpliwe atuty mojej osobowosci? szkoda tylko, ze jest ode mnie o 22 lata mlodszy. kocham, poczekam. i wychowam na dobrego mezczyzne.
obierajac jablka zawsze staram sie zrobic to w ten sposob, zeby byla tylko jedna, megadluga obiera, po czym robie sobie z niej naszyjnik.
wyczytalam dzis takze, ze mozg Jima Carreya 'po prostu' wytwarza za malo dopaminy i serotoniny. moze moj mozg, czy cokolwiek tam jest, wytwarza tych zwiazkow za duzo? i stad mam takiego pierdolca?
ach, no i bylam dzisiaj w fabryce testosteronu. baaaardzo, bardzo mila niespodzianka w postaci jest-na-czym-oko-zawiesic. moj zmysl estetyczny zostal dopieszczony (i to w takim miejscu! kto by pomyslal). do tego pan mial bardzo ladnego septuma. a ja jestem umeczona, spocona i pachne ziemniakami (ni cholery nie wiem dlaczego).
wczoraj bylam matka teresa, dzisiaj jestem koktajlem molotowa. ostatecznie, w lagodniejszej wersji - lawalampa.
sprawa pierwsza. poranna obserwacja, co ludzie robia z rekoma kiedy ida do pracy? wiekszosc osob, ktore mijalam byla plci pieknej (przynajmniej w teorii): przewaznie jedna reka na pasku od torby przewieszonej przez ramie, w drugiej siatka z zakupami, telefon lub zwyczanie spoczywala w kieszeni. mezczyzni mieli przewaznie jedna reke w kieszeni, druga machali w rytm krokow. ja mialam dzisiaj w jednej rece jablko, druga w kieszeni plaszcza. tak wiec przynajmniej jedna reka w wiekszosci przypadkow jest w kieszeni. ciekawe dlaczego. ciekawe co w tych kieszeniach ludzie maja.
w tramwaju pachnialo wyperfumowana kupa. nie zlokalizowalam zrodla tegoz zapachu, jednak dokladnie tak to mi sie skojarzylo. czlowiek-kupa, ktory wylal na siebie caly flakon taniej wody toaletowej. byc moze takiej z rezerwuaru faktycznego kibla.
w tramwaju byl rowniez pan z dwiema czapkami. jedna czapkie mial na glowie, druga miedlil w rekach. to byl dziwny widok.
po wyjsciu z tramwaju za to uderzyl mnie po nosie naprawde mily aromat. przez chwile zastanawialam sie, czy to nie jest zwykle powietrze, ale sprawia mi taka blogosc, bo wyszlam z wagonu-szambiarki. ale chyba nie.
najwazniejszy moral dnia dzisiejszego (i ten fragment dedykuje Kamie w imie 'jak Koti robi z siebie pajaca') - lepiej nie testowac kosmetykow jesli nie ma sie pewnosci, ze w poblizu NA PEWNO jest dobre mleczko do demakijazu. zachcialo mi sie zobaczyc, jak bym wygladala w ciemnej szmince. szminka byla w plynie z mala gabeczka do nakladania. byla jej juz resztka, nierowno rozlozyla mi sie na ustach + gdzieniegdzie wyjechalam ta gabeczka za bardzo. jak to ja, mistrzyni makijazu. na szczescie zeby oszczedzilam. popatrzylam chwile na swoje boskie odbicie w lustrze. starczy, trzeba zetrzec. hmm... czemu nie schodzi... fcuk. w lazience znalazlam jakis plyn do demakijazu, ale byl zbyt slaby. efekt byl taki, ze rozmazalam sobie ten skondensowany sok jagodowy wokol ust i wygladalam dokladnie, dokladnie jak Jocker... oczywiscie Hipo mial z tego najwiekszy ubaw. a potem szorowalam, szorowalam usta, zeby to cholerstwo zetrzec, i po jakichs 5 minutach mi sie udalo. naprawde, nie probujcie tego w domu.
kolejna istotna sprawa jest moja milosc. pojelam, ze kocham do szalenstwa Hipcia - nie dosc, ze cieszy sie, kiedy growluje przez wuwuzele, to jeszcze bardzo bawi go kiedy bekam. ktory mezczyzna by docenil te niewatpliwe atuty mojej osobowosci? szkoda tylko, ze jest ode mnie o 22 lata mlodszy. kocham, poczekam. i wychowam na dobrego mezczyzne.
obierajac jablka zawsze staram sie zrobic to w ten sposob, zeby byla tylko jedna, megadluga obiera, po czym robie sobie z niej naszyjnik.
wyczytalam dzis takze, ze mozg Jima Carreya 'po prostu' wytwarza za malo dopaminy i serotoniny. moze moj mozg, czy cokolwiek tam jest, wytwarza tych zwiazkow za duzo? i stad mam takiego pierdolca?
ach, no i bylam dzisiaj w fabryce testosteronu. baaaardzo, bardzo mila niespodzianka w postaci jest-na-czym-oko-zawiesic. moj zmysl estetyczny zostal dopieszczony (i to w takim miejscu! kto by pomyslal). do tego pan mial bardzo ladnego septuma. a ja jestem umeczona, spocona i pachne ziemniakami (ni cholery nie wiem dlaczego).
poniedziałek, 25 października 2010
jestem polaczeniem gali dali z matka teresa i glazem narzutowym. jestem patykiem wrzuconym do rzeki, plyne spokojnie z jej pradem. co wy, mezczyzni, zrobilibyscie bez kobiet? a co my zrobilybysmy bez was? bylo by nam naprawde nudno.
a tak z innej beczki, przeczytalam artykul o mateuszku chorym na mukowiscydoze. o tym, ze dzieki artykulowi na portalu z wiadomosciami nagle dobroczyncy zaczeli walic drzwiami i oknami. tak samo z tomkiem, co sie zatrul muchomorem sromotnikowym. oczywiscie, szkoda mi tych dzieciakow i bardzo sie ciesze, ze znajduja sie ludzie, ktorzy chca im pomoc. ale. takich dzieci jest mnostwo, w kazdym bloku, w kazdym wiekszym miescie w szpitalach dzieciecych, wszedzie. czy ci sami wspanialomyslni ludzie nie wpadna na pomysl, by poszukac na wlasna reke jakiegos potrzebujacego dziecka, znalezc jakas fundacje pomagajaca maluchom w potrzebie? nie, trzeba wszystko miec podane na tacy. poki nie beda trabic na tefauenie, na wupe czy innych gazetach, to problemu nie ma, nie widac. ile procent z tych wspanialych, czulych ludzi jest w stanie na codzien wykonac chociazby drobny mily gest wobec obcych osob.
za duzo madrych mysli mam na dobranoc. sziiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiijet...
a tak z innej beczki, przeczytalam artykul o mateuszku chorym na mukowiscydoze. o tym, ze dzieki artykulowi na portalu z wiadomosciami nagle dobroczyncy zaczeli walic drzwiami i oknami. tak samo z tomkiem, co sie zatrul muchomorem sromotnikowym. oczywiscie, szkoda mi tych dzieciakow i bardzo sie ciesze, ze znajduja sie ludzie, ktorzy chca im pomoc. ale. takich dzieci jest mnostwo, w kazdym bloku, w kazdym wiekszym miescie w szpitalach dzieciecych, wszedzie. czy ci sami wspanialomyslni ludzie nie wpadna na pomysl, by poszukac na wlasna reke jakiegos potrzebujacego dziecka, znalezc jakas fundacje pomagajaca maluchom w potrzebie? nie, trzeba wszystko miec podane na tacy. poki nie beda trabic na tefauenie, na wupe czy innych gazetach, to problemu nie ma, nie widac. ile procent z tych wspanialych, czulych ludzi jest w stanie na codzien wykonac chociazby drobny mily gest wobec obcych osob.
za duzo madrych mysli mam na dobranoc. sziiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiijet...
taaaaaaaaak, zaraz cos namodze, jak tylko umyje lazienke. jestem zjebana, ale przeciez obiecalam...
myslalam, ze po myciu prysznica w poprzednim lokum juz nic mnie nie zdziwi. ale wanna przeszla sama siebie. ona jest biala! nigdy bym nie podejrzewala!
ale dalam rade, zwyciezylam. to najwazniejsze.
mam (no dobra, mialam) zapasy energii z weekendu. spalam dzisiaj cale 3h, ale i tak obudzilam sie naprawde wypoczeta, wyspana. w ogole nie bylam padnieta. ale teraz jestem.
nienauczona doswiadczeniem pt. kup cos slodkiego, siedze i psiocze pod nosem, ze nie wzielam jakiegos ciuciu na zakupach. mam taaaaaka ochote na cos czekoladowego. ale zawsze mowie sobie 'nie, na wieczor slodkiego jesc nie bedziesz!'. i takie sa efekty. a wychodzic do sklepu juz mi sie totalnie nie chce. len, len, len.
polecam kazdemu medytacje. bylam dzisiaj z Kama na sekciarskim kolku rozancowym, spiewalysmy hare krishna i inne tego typu szatanskie przyspiewki. tak jak poprzednim razem zajelam miejscowke przy piecu, i takze jak poprzednim razem o malo nie zasnelam. tam jest tak niesamowicie relaksujacy klimat + nie ma dracego sie Hipa + glos dziewczyny, ktora prowadzi medytacje.. juz wiem, dlaczego koty tak bardzo lubia piece kaflowe. sama w pewnym momencie chcialam zamienic sie w kota, wdrapac na gore pieca, zwinac w klebek i zasnac. rzecz jasna pozniejsza konfrontacja z temperatura na zewnatrz nie byla zbyt przyjemna. a, ale to o czym chcialam powiedziec - glupawka. dawno nie mialam tak idiotycznego, pozbawionego wszelkich podstaw ataku smiechu, na dokladke w miejscu publicznym. dobrze, ze Kama stala obok, bo pewnie przytulalabym sie to posadzki i dalej smiala. a tak przynajmniej utrzymalam sie w pionie (no, prawie). chyba powinnysmy zaczac spisywac nasze pomysly i teksty. poczawszy od nacpanej antylopy (wiecej nie powiem) a na 'zrobie ci grosik' skonczywszy. albo lepiej, powinnysmy nosic przy sobie dyktafony.
myslalam, ze po myciu prysznica w poprzednim lokum juz nic mnie nie zdziwi. ale wanna przeszla sama siebie. ona jest biala! nigdy bym nie podejrzewala!
ale dalam rade, zwyciezylam. to najwazniejsze.
mam (no dobra, mialam) zapasy energii z weekendu. spalam dzisiaj cale 3h, ale i tak obudzilam sie naprawde wypoczeta, wyspana. w ogole nie bylam padnieta. ale teraz jestem.
nienauczona doswiadczeniem pt. kup cos slodkiego, siedze i psiocze pod nosem, ze nie wzielam jakiegos ciuciu na zakupach. mam taaaaaka ochote na cos czekoladowego. ale zawsze mowie sobie 'nie, na wieczor slodkiego jesc nie bedziesz!'. i takie sa efekty. a wychodzic do sklepu juz mi sie totalnie nie chce. len, len, len.
polecam kazdemu medytacje. bylam dzisiaj z Kama na sekciarskim kolku rozancowym, spiewalysmy hare krishna i inne tego typu szatanskie przyspiewki. tak jak poprzednim razem zajelam miejscowke przy piecu, i takze jak poprzednim razem o malo nie zasnelam. tam jest tak niesamowicie relaksujacy klimat + nie ma dracego sie Hipa + glos dziewczyny, ktora prowadzi medytacje.. juz wiem, dlaczego koty tak bardzo lubia piece kaflowe. sama w pewnym momencie chcialam zamienic sie w kota, wdrapac na gore pieca, zwinac w klebek i zasnac. rzecz jasna pozniejsza konfrontacja z temperatura na zewnatrz nie byla zbyt przyjemna. a, ale to o czym chcialam powiedziec - glupawka. dawno nie mialam tak idiotycznego, pozbawionego wszelkich podstaw ataku smiechu, na dokladke w miejscu publicznym. dobrze, ze Kama stala obok, bo pewnie przytulalabym sie to posadzki i dalej smiala. a tak przynajmniej utrzymalam sie w pionie (no, prawie). chyba powinnysmy zaczac spisywac nasze pomysly i teksty. poczawszy od nacpanej antylopy (wiecej nie powiem) a na 'zrobie ci grosik' skonczywszy. albo lepiej, powinnysmy nosic przy sobie dyktafony.
niedziela, 24 października 2010
ASEQURELLA!!!
'1. Asequrella zwiększa libido.
Zawarte w Asequrelli wyciągi z żeń szenia i imbiru podnoszą libido, pomagają utrzymać energie i witalność a przez co pozwalają na zachowanie sprawności seksualnej'
tak sie gada o tym zwiekszeniu libido u kobiet - co zrobic, zeby wciaz miec wysokie libido przy stosowaniu doustnej antykoncepcji. a co, kiedy sytuacja jest inna? co zrobic, kiedy biarac pigulki libido jest W MIARE pod kontrola..? a przy braku stosowania tego uspokajacza wszystko po prostu wymyka sie spod kontroli i kobieta ma ochote nadziewac sie na klamki? i to w 'dzien powszedni', bo przy owulacji oczywiscie trzeba byc gotowym na eskalacje problemu. na to nikt nie wpadl, bo sie utarlo, ze to faceci mysla tylko o jednym.
nienawidze tego stanu. wszystko mnie boli. nie wiem, kto to wszystko wymyslil, ale pewnie ma straszny ubaw.
'1. Asequrella zwiększa libido.
Zawarte w Asequrelli wyciągi z żeń szenia i imbiru podnoszą libido, pomagają utrzymać energie i witalność a przez co pozwalają na zachowanie sprawności seksualnej'
tak sie gada o tym zwiekszeniu libido u kobiet - co zrobic, zeby wciaz miec wysokie libido przy stosowaniu doustnej antykoncepcji. a co, kiedy sytuacja jest inna? co zrobic, kiedy biarac pigulki libido jest W MIARE pod kontrola..? a przy braku stosowania tego uspokajacza wszystko po prostu wymyka sie spod kontroli i kobieta ma ochote nadziewac sie na klamki? i to w 'dzien powszedni', bo przy owulacji oczywiscie trzeba byc gotowym na eskalacje problemu. na to nikt nie wpadl, bo sie utarlo, ze to faceci mysla tylko o jednym.
nienawidze tego stanu. wszystko mnie boli. nie wiem, kto to wszystko wymyslil, ale pewnie ma straszny ubaw.
chociaz mi glupio, przyznaje bez bicia - wczoraj pobilam rekord, wstalam o godzinie 15.00. ale to wszystko dlatego, ze do 5.00 ogladalam tap madl. dzisiaj mialam niesmialy zamiar wstac wczesniej i pare rzeczy ogarnac, ale kiedy otworzylam oczy okazalo sie, ze jest 12.30. shame on me. nieprzyzwoicie bejowy weekend. probowalam pisac, cos tam mi niby wychodzilo, ale w koncu stanelam przed lustrem i zaczelam sie cieszyc, ze udalo mi sie pozegnac z kilogramami, ktore chcialam splawic juz dawno dawno temu.
o 14.15 jem sniadanie kontemplujac nad tym, jakie zycie jest zabawne.
o 14.15 jem sniadanie kontemplujac nad tym, jakie zycie jest zabawne.
stapam po puchatym, mieciutkim dywanie, koloru wrzosowego. za te przyjemnosc place bileterowi siedzacemu w budce przed dywanem. musi mu sie strasznie nudzic, dlubie z namaszczeniem przy dawno nieobcinanych paznokciach. zamykam oczy i zamieniam sie w stope, cala soba chlone miekkosc, chce sie w ten dywan po prostu zapasc, otulic sie nim, zamieszkac. schodze po schodach, na dole czeka hustawka, bujam sie na niech chwile, ale mnie nudzi, wiec ide do piaskownicy. ktos przede mna zostawil swoje foremki. zawsze takie rzeczy zabieralam do domu jako trofea, ale tym razem nie pakuje ich do kieszeni. moze i ktos po mnie bedzie chcial sie pobawic. ide dalej, szara brudna ulica, na chodniku kawalki potluczonych butelek, rozklapciane gumy do rzucia, ptasie gowna i inne smieci. jedno ptasie gowno wyglada jak rozjechana zaba, albo jak jakis bozek. kto wie, co ptak chcial nam przekazac? pelno lisci. zagubione buty nie do pary, kawalek za nimi cala masa skarpet, dziurawych. staram sie zaplesc sobie warkocz, ale mam chyba za krotkie wlosy i nie udaje mi sie. zakladam po prostu czapke, zeby ukryc ten burdel. w glowie, na glowie. chce przejsc przez ulice, ale ilekroc tylko stawiam stope na jezdni, swiatlo zmienia sie na czerwone. tak jak z automatycznymi drzwiami, tylko na odwrot - fotokomorka zamiast otwierac je, zamyka. jakis blad systemu. chociaz mowia, ze wszystko okej i mozna wejsc tylnymi drzwiami, dla personelu. na polkach pustki, znalazlam tylko make. trudno, z niej tez cos ulepie, jesli z kranu poplynie woda.
piątek, 22 października 2010
to, co sie dzieje, to sa chyba jakies zarty po prostu...
jest bardzo, bardzo zabawnie. to jest ten moment, w ktorym troche czekam, co bedzie dalej. nawet nie wiem, jak to ujac, ale naprawde przestalam wierzyc w cos takiego jak 'zbieg okolicznosci'. to jest po prostu niemozliwe. zycie, los jest bardzo zlosliwy i w tej chwili kpi sobie ze mnie w zywe oczy. tak jakby mi ktos opowiadal dobry dowcip, tylko ze ten dowcip sie ciagnie i ciagnie, i jeszcze nie wiadomo, jaka bedzie pointa, ale to nie wazne, bo i tak jest smiesznie. moze na koncu wyjsc totalny beton. ale to nic. slodkie szczegoly pozostawiam raczej dla wezszego gremium, ale wczoraj po prostu nie moglam przestac sie smiac. dostalam ataku histerycznego smiechu z rodzaju tych, po ktorych boli brzuch.
jest bardzo, bardzo zabawnie. to jest ten moment, w ktorym troche czekam, co bedzie dalej. nawet nie wiem, jak to ujac, ale naprawde przestalam wierzyc w cos takiego jak 'zbieg okolicznosci'. to jest po prostu niemozliwe. zycie, los jest bardzo zlosliwy i w tej chwili kpi sobie ze mnie w zywe oczy. tak jakby mi ktos opowiadal dobry dowcip, tylko ze ten dowcip sie ciagnie i ciagnie, i jeszcze nie wiadomo, jaka bedzie pointa, ale to nie wazne, bo i tak jest smiesznie. moze na koncu wyjsc totalny beton. ale to nic. slodkie szczegoly pozostawiam raczej dla wezszego gremium, ale wczoraj po prostu nie moglam przestac sie smiac. dostalam ataku histerycznego smiechu z rodzaju tych, po ktorych boli brzuch.
czwartek, 21 października 2010
po pierwsze - parasole.
nie lubie parasoli, bo:
1. gubia sie. jak juz w koncu szarpnelam sie i wydalam cale 10zl na dzieciecy parasol (bo 'doroslych' nie bylo oraz bo byl teczowy), zdazylam go pouzywac jeden dzien po czym byl laskaw sie zgubic. niewiarygodne.
2. sa agresywne. kiedy sie przechodzi zbyt blisko nich bardzo czesto maja ochote wydlubac czlowiekowi oko badz dostac sie do jakiegos innego twarzowego otworu.
3. buntuja sie. kiedy uznaja, ze za bardzo wieje, po prostu maja czlowieka w glebokim powazaniu i wywijaja sie na druga strone.
parasolom mowie prawie zdecydowa NIE, no chyba ze znowu znajde dziecieca teczowa mala parasoleczke. to co innego.
po drugie - demotywujace hasla.
nie chodzi o popularne demotywatory. spojrzalam na spodnie, ktore wczoraj skonfiskowalam z lumpexu. na lewej kieszonce maja wyhaftowany napis ENJOY THE SUMMER. jakim kurka prawem? zasmialam sie gorzko - siedze w tychze spodniach, w dwoch parach skarpet, bluzie i dwoch swetrach, pije kolejna goraca herbate i nadal jest mi zimno; widok za oknem nie sprzyja podgrzaniu temperatury. jesli ktos ma ochote zasponsorowac mi wyjazd w jakies cieple miejsce, prosze sie nie krepowac i pisac. nie musza to byc jakies burzujskie cieple kraje, moze byc chociazby chorwacja. wlochy. hmmm, kostaryka? o wiem! nowa zelandia, poprosze! i w zestawie spiewajacego humbaka.
po trzecie - zdziwienie ludzi, kiedy tramwaj zamiast jechac prosto skreca w prawo.
dzisiaj jakis moron postanowil polezakowac pod tramwajem na pulawskiej przy malczewskiego. z tego wzgledu tramwaje w strone centrum przez dlugi czas nie kursowaly, a te jadace z centrum w strone mokotowa na placu zbawiciela byly kierowane w prawo w kierunku placu narutowicza. stalam przez chwile przed przejsciem przez tory i patrzylam, jak zdezorientowani ludzie rozgladaja sie wokol i nie wiedza, co sie dzieje. spoznilam sie do pracy jakies 10 minut. ja mam szefowa bardzo wyluzowana, ale zastanawiam sie, co przezywali ludzie, ktorzy szefow maja popieprzonych i nie ze swojej winy narazaja sie poprzez takie spoznienie na atak tyranow.
wczoraj sie troche z Osho zagalopowalam. zapomnialam dodac, ze jego slowa trzeba przepuscic przez osobiste filtry i wylowic z nich esencje. niektore tezy moga wydawac sie radykalne, jednak po przemysleniu tego, co proponuje, duzo rzeczy wydaje sie sensowne i ulatwiajace zycie. te kilka akapitow pochodzi z ksiazki 'milosc, wolnosc, samotnosc' i odnosi sie ogolnie do milosci miedzyludzkiej, do kazdego rodzaju zwiazkow miedzy ludzmi. swiatlo!
nie lubie parasoli, bo:
1. gubia sie. jak juz w koncu szarpnelam sie i wydalam cale 10zl na dzieciecy parasol (bo 'doroslych' nie bylo oraz bo byl teczowy), zdazylam go pouzywac jeden dzien po czym byl laskaw sie zgubic. niewiarygodne.
2. sa agresywne. kiedy sie przechodzi zbyt blisko nich bardzo czesto maja ochote wydlubac czlowiekowi oko badz dostac sie do jakiegos innego twarzowego otworu.
3. buntuja sie. kiedy uznaja, ze za bardzo wieje, po prostu maja czlowieka w glebokim powazaniu i wywijaja sie na druga strone.
parasolom mowie prawie zdecydowa NIE, no chyba ze znowu znajde dziecieca teczowa mala parasoleczke. to co innego.
po drugie - demotywujace hasla.
nie chodzi o popularne demotywatory. spojrzalam na spodnie, ktore wczoraj skonfiskowalam z lumpexu. na lewej kieszonce maja wyhaftowany napis ENJOY THE SUMMER. jakim kurka prawem? zasmialam sie gorzko - siedze w tychze spodniach, w dwoch parach skarpet, bluzie i dwoch swetrach, pije kolejna goraca herbate i nadal jest mi zimno; widok za oknem nie sprzyja podgrzaniu temperatury. jesli ktos ma ochote zasponsorowac mi wyjazd w jakies cieple miejsce, prosze sie nie krepowac i pisac. nie musza to byc jakies burzujskie cieple kraje, moze byc chociazby chorwacja. wlochy. hmmm, kostaryka? o wiem! nowa zelandia, poprosze! i w zestawie spiewajacego humbaka.
po trzecie - zdziwienie ludzi, kiedy tramwaj zamiast jechac prosto skreca w prawo.
dzisiaj jakis moron postanowil polezakowac pod tramwajem na pulawskiej przy malczewskiego. z tego wzgledu tramwaje w strone centrum przez dlugi czas nie kursowaly, a te jadace z centrum w strone mokotowa na placu zbawiciela byly kierowane w prawo w kierunku placu narutowicza. stalam przez chwile przed przejsciem przez tory i patrzylam, jak zdezorientowani ludzie rozgladaja sie wokol i nie wiedza, co sie dzieje. spoznilam sie do pracy jakies 10 minut. ja mam szefowa bardzo wyluzowana, ale zastanawiam sie, co przezywali ludzie, ktorzy szefow maja popieprzonych i nie ze swojej winy narazaja sie poprzez takie spoznienie na atak tyranow.
wczoraj sie troche z Osho zagalopowalam. zapomnialam dodac, ze jego slowa trzeba przepuscic przez osobiste filtry i wylowic z nich esencje. niektore tezy moga wydawac sie radykalne, jednak po przemysleniu tego, co proponuje, duzo rzeczy wydaje sie sensowne i ulatwiajace zycie. te kilka akapitow pochodzi z ksiazki 'milosc, wolnosc, samotnosc' i odnosi sie ogolnie do milosci miedzyludzkiej, do kazdego rodzaju zwiazkow miedzy ludzmi. swiatlo!
milosc boli, poniewaz toruje drogi rozkoszy. milosci jest bolesna, poniewa przemienia; milosc jest przeobrazeniem. kazda transformacja musi byc bolesna, bo stare musi zostac porzucone na rzecz nowego. stare jest znajome, niebudzace obaw; nowe jest zupelnie nieznane. bedziesz sie poruszac po niezbadanym oceanie. w stosunku do nowego nie mozesz poslugiwac sie rozumem; ze starym juz sie oswoil. umysl potrafi funkcjonowac tylko ze starym; w nowym staje sie bezuzyteczny.
totez narasta lek, a w miare jak opuszczasz stary, wygodny swiat, swiat udogodnien, narasta takze bol. lek przed nieznanym wobec bezpieczenstwa tego, co juz poznane, nieprzewidywalnosc niewiadomego, sprawiaja, ze czujesz sie taki przestraszony.
to przez ten bol miliony ludzi wioda zycie bez milosci. oni takze cierpia, ale ich cierpienie nic im nie da. cierpiac z milosci, nie cierpisz na prozno. cierpienie z powodu milosci jest tworcze; wznosi cie na wyzsze poziomy swiadomosci. cierpienie bez milosci jest pozbawione sensu; prowadzi cie donikad, obracasz sie w blednym kole.
czlowiek bez milosci jest narcystyczny, jest zamkniety. zna tylko siebie. a jak bardzo byl w stanie poznac siebie, jesli nie poznal innych? tylko inni ludzie moga byc jak lustro. nigdy nie poznasz siebie bez znajomosci innych. i, oczywiscie, bez milosci. osoba, ktora nie poznala innych w glebokiej milosci, w ogromnej namietnosci, w pelni ekstazy, nie bedzie zdolna do zrozumienia, kim jest, poniewaz nie bedzie lustra, w ktorym moglaby zobaczyc wlasne odbicie.
zwiazek jest jak lustro, a im prawdziwsza jest w nim milosc, im szlachetniejsza, tym lepsze, tym czystsze jest lustro. ale tak wielka milosc wymaga od ciebie otwartosci, wrazliwosci. musisz zrzucic swoj pancerz, co jest bolesne. nie mozesz stac bezustannie na strazy. musisz odrzucic kalkulujacy umysl. musisz zaryzykowac. musisz zyc niebezpiecznie. inni moga cie zranic; to jest ryzyko bycia bezbronnym. inni moga cie odepchnac; to jest ryzyko bycia zakochanym.
odbicie siebie, ktore zobaczysz w innym czlowieku moze byc brzydkie - stad zaniepokojenie; starasz sie unikac lustra. ale unikajac go, nie staniesz sie piekny. i nigdy nie dorosniesz. musisz podjac to wyzwanie.
wejdz w milosc. jest to absolutnie niezbedne, gdyz jedynie w obecnosci drugiego czlowieka stajesz sie swiadomy pelni wlasnego jestestwa; twoje istnienie rozwija sie dzieki drugiemu czlowiekowi, zostajesz zabrany ze swojego narcystycznego, zamknietego swiata na otwarta przestrzen.
milosc jest jak otwarta przestrzen. kiedy kochasz, to jakbys dostawal skrzydel. ale nieograniczona przestrzen z pewnoscia budzi lek.
odrzucenie ego jest bardzo bolesne, poniewaz uczono nas, by je rozwijac. myslimy, ze ego jest naszym jedynym skarbem. chronilismy je, upiekszalismy i polerowalismy. lecz kiedy milosc puka do drzwi, jedyne, czego potrzeba, by w nia wejsc, to odrzucenie ego. tak, to boli. pracowales nad nim cale zycie, jest ono wszystkim, co udalo ci sie stworzyc; twoje szpetne ego, to przekonanie, ze ty i egzystencja jestescie oddzielni.
milosc daje ci pierwsza szanse zestrojenia sie z czyms, co nie jest twoim ego. milosc daje ci pierwsza lekcje, jak harmonijnie wspolistniec z kims, kto nigdy nie byl czescia twojego ego.
bac sie milosci, bac sie narastajacego bolu milosci, to jakby pozostawac zamknietym w ciemnej komorce. nowoczesny czlowiek zyje w ciemnej komorce. to jest narcystyczne - narcyzm jest najwieksza obsesja nowoczesnego umyslu. i wowczas pojawiaja sie problemy, ktore nie maja zadnego znaczenia. sa problemy tworcze, prowadzace do wyzszej swiadomosci. sa i takie, ktore prowadza donikad; po prostu trzymaja cie na uwiezi, w starym balaganie. milosc stwarza problemy. mozesz uniknac tych problemow, unikajac milosci - ale te problemy sa bardzo wazne. musisz wyjsc im na przeciw, rozprawic sie z nimi; przezyc je rozwiazac i zamknac. musisz przez nie przejsc; tedy wiedzie droga. milosc to jedyna sprawa, ktora warto sie zajmowac. wszystko pozostale jest wtorne. jesli cos pomaga milosci, jest dobre. wszystko inne jest srodkiem, milosc jest celem. tak wiec, bez wzgledu na to, jak wielki bylby bol, wejdz w milosc.
jesli - tak jak wielu innych ludzi - zdecydujesz, ze nie zaglebisz sie w milosci, wowczas ugrzezniesz w samym sobie. twoje zycie nie bedzie pielgrzymka, nie bedzie rzeka plynaca do oceanu, bedzie brudne jak bajoro, a w koncu pozostana w nim tylko brud i bloto. by zachowac czystosc, trzeba plynac.
milosc jest bolesna, ale nie unikaj jej. jesli jej unikasz, tracisz takze wspaniala okazje, by dorosnac. wejdz w to, doznaj bolu milosci, a dzieki cierpieniu przyjdzie wspaniala ekstaza. tak, milosc jest jak agonia, ale z niej rodzi sie ekstaza.
milosci da ci pierwszy dowod na to, ze zycie nie jest bez znaczenia. ludzie, ktorzy mowia, ze zycie nie ma wartosci, to ludzie, ktorzy nigdy nie kochali. oni mowia, ze milosc ich ominela. pozwol zaistniec bolowi, pozwol zaistniec cierpieniu. idz przez ciemna noc, a dojdziesz do pieknego wschodu slonca. tylko w lonie ciemnosci rodzi sie slonce. poranek przychodzi po nocy.
totez narasta lek, a w miare jak opuszczasz stary, wygodny swiat, swiat udogodnien, narasta takze bol. lek przed nieznanym wobec bezpieczenstwa tego, co juz poznane, nieprzewidywalnosc niewiadomego, sprawiaja, ze czujesz sie taki przestraszony.
to przez ten bol miliony ludzi wioda zycie bez milosci. oni takze cierpia, ale ich cierpienie nic im nie da. cierpiac z milosci, nie cierpisz na prozno. cierpienie z powodu milosci jest tworcze; wznosi cie na wyzsze poziomy swiadomosci. cierpienie bez milosci jest pozbawione sensu; prowadzi cie donikad, obracasz sie w blednym kole.
czlowiek bez milosci jest narcystyczny, jest zamkniety. zna tylko siebie. a jak bardzo byl w stanie poznac siebie, jesli nie poznal innych? tylko inni ludzie moga byc jak lustro. nigdy nie poznasz siebie bez znajomosci innych. i, oczywiscie, bez milosci. osoba, ktora nie poznala innych w glebokiej milosci, w ogromnej namietnosci, w pelni ekstazy, nie bedzie zdolna do zrozumienia, kim jest, poniewaz nie bedzie lustra, w ktorym moglaby zobaczyc wlasne odbicie.
zwiazek jest jak lustro, a im prawdziwsza jest w nim milosc, im szlachetniejsza, tym lepsze, tym czystsze jest lustro. ale tak wielka milosc wymaga od ciebie otwartosci, wrazliwosci. musisz zrzucic swoj pancerz, co jest bolesne. nie mozesz stac bezustannie na strazy. musisz odrzucic kalkulujacy umysl. musisz zaryzykowac. musisz zyc niebezpiecznie. inni moga cie zranic; to jest ryzyko bycia bezbronnym. inni moga cie odepchnac; to jest ryzyko bycia zakochanym.
odbicie siebie, ktore zobaczysz w innym czlowieku moze byc brzydkie - stad zaniepokojenie; starasz sie unikac lustra. ale unikajac go, nie staniesz sie piekny. i nigdy nie dorosniesz. musisz podjac to wyzwanie.
wejdz w milosc. jest to absolutnie niezbedne, gdyz jedynie w obecnosci drugiego czlowieka stajesz sie swiadomy pelni wlasnego jestestwa; twoje istnienie rozwija sie dzieki drugiemu czlowiekowi, zostajesz zabrany ze swojego narcystycznego, zamknietego swiata na otwarta przestrzen.
milosc jest jak otwarta przestrzen. kiedy kochasz, to jakbys dostawal skrzydel. ale nieograniczona przestrzen z pewnoscia budzi lek.
odrzucenie ego jest bardzo bolesne, poniewaz uczono nas, by je rozwijac. myslimy, ze ego jest naszym jedynym skarbem. chronilismy je, upiekszalismy i polerowalismy. lecz kiedy milosc puka do drzwi, jedyne, czego potrzeba, by w nia wejsc, to odrzucenie ego. tak, to boli. pracowales nad nim cale zycie, jest ono wszystkim, co udalo ci sie stworzyc; twoje szpetne ego, to przekonanie, ze ty i egzystencja jestescie oddzielni.
milosc daje ci pierwsza szanse zestrojenia sie z czyms, co nie jest twoim ego. milosc daje ci pierwsza lekcje, jak harmonijnie wspolistniec z kims, kto nigdy nie byl czescia twojego ego.
bac sie milosci, bac sie narastajacego bolu milosci, to jakby pozostawac zamknietym w ciemnej komorce. nowoczesny czlowiek zyje w ciemnej komorce. to jest narcystyczne - narcyzm jest najwieksza obsesja nowoczesnego umyslu. i wowczas pojawiaja sie problemy, ktore nie maja zadnego znaczenia. sa problemy tworcze, prowadzace do wyzszej swiadomosci. sa i takie, ktore prowadza donikad; po prostu trzymaja cie na uwiezi, w starym balaganie. milosc stwarza problemy. mozesz uniknac tych problemow, unikajac milosci - ale te problemy sa bardzo wazne. musisz wyjsc im na przeciw, rozprawic sie z nimi; przezyc je rozwiazac i zamknac. musisz przez nie przejsc; tedy wiedzie droga. milosc to jedyna sprawa, ktora warto sie zajmowac. wszystko pozostale jest wtorne. jesli cos pomaga milosci, jest dobre. wszystko inne jest srodkiem, milosc jest celem. tak wiec, bez wzgledu na to, jak wielki bylby bol, wejdz w milosc.
jesli - tak jak wielu innych ludzi - zdecydujesz, ze nie zaglebisz sie w milosci, wowczas ugrzezniesz w samym sobie. twoje zycie nie bedzie pielgrzymka, nie bedzie rzeka plynaca do oceanu, bedzie brudne jak bajoro, a w koncu pozostana w nim tylko brud i bloto. by zachowac czystosc, trzeba plynac.
milosc jest bolesna, ale nie unikaj jej. jesli jej unikasz, tracisz takze wspaniala okazje, by dorosnac. wejdz w to, doznaj bolu milosci, a dzieki cierpieniu przyjdzie wspaniala ekstaza. tak, milosc jest jak agonia, ale z niej rodzi sie ekstaza.
milosci da ci pierwszy dowod na to, ze zycie nie jest bez znaczenia. ludzie, ktorzy mowia, ze zycie nie ma wartosci, to ludzie, ktorzy nigdy nie kochali. oni mowia, ze milosc ich ominela. pozwol zaistniec bolowi, pozwol zaistniec cierpieniu. idz przez ciemna noc, a dojdziesz do pieknego wschodu slonca. tylko w lonie ciemnosci rodzi sie slonce. poranek przychodzi po nocy.
środa, 20 października 2010
ojjj... weszlam do rossmanna po psie zarcie i wyszlam z nausznikami w kolorze fuksji. to potrafie tylko ja. w lumpexie obok czekaja za to rozowe skarpetki z hello kitty.
na medytacji bylo klawo, najbardziej podobal mi sie wielki piec kaflowy, do ktorego sie swapliwie przytulilam i niemalze usnelam. zajecia sa cykliczne, co srode, wiec jesli ktos ma ochote, warto wpasc. w kazdy wtorek o 18.00 sa medytacje spiewane, tez bardzo odprezajaca inicjatywa. w poniedzialki o 17.00 bedzie odbywal sie, ze tak powiem, rozszerzony kurs medytacji, wlaczajacy rozne inne techniki, mantry oraz wiedze skad to sie u diabla wzielo. z reszta na stronie Mantry wiecej informacji.
no i najpiekniejsze! najnajnaj... w piatek wracam w pelnej krasie na taniec brzucha! i to od razu wskakuje do grupy zaawansowanej, nie wiem jakim cudem, ale sie ciesze :) a we wtorki rusza grupa z afro soukousa, na ktory oczywiscie tez sie zapisuje. bosssko... teraz czekam, az jeszcze wypuszcza dancehall, to w ogole znikne, nie bede chodzic, bede cale zycie tanczyc! bo od czego jest zycie, jak nie po to, zeby je przetanczyc, przespiewac..? gra we mnie muzyka, gra we mnie cala pieprzona orkiestra deta!
w tej wlasnie chwili zapuszcze sobie majke, bo od trzech dni (!!!) nie mialam nawet sily (!!!) obejrzec, co tam sie w tym jakze ambitnym serialu dzieje. malo tego, jeszcze housa trzeba nadrobic. tyle, tyle rzeczy do zrobienia, a czasu tak malo. i gauranga czeka przed snem. ach, i jeszcze postanowilam bardzo ambitnie wrzucic fragment Osho, tak ku potomnym.
szukam kontaktu do dawcy autografu, naszlo mnie dzisiaj sentymentalnie. szukam tez kontaktu do mojej podstawowkowej milosci, ale nigdzie nie moge go znalezc. pamietam, bylam w 3. klasie i chodzilismy razem na spacery z naszymi szczurami. to byly pieeekne czasy...
na medytacji bylo klawo, najbardziej podobal mi sie wielki piec kaflowy, do ktorego sie swapliwie przytulilam i niemalze usnelam. zajecia sa cykliczne, co srode, wiec jesli ktos ma ochote, warto wpasc. w kazdy wtorek o 18.00 sa medytacje spiewane, tez bardzo odprezajaca inicjatywa. w poniedzialki o 17.00 bedzie odbywal sie, ze tak powiem, rozszerzony kurs medytacji, wlaczajacy rozne inne techniki, mantry oraz wiedze skad to sie u diabla wzielo. z reszta na stronie Mantry wiecej informacji.
no i najpiekniejsze! najnajnaj... w piatek wracam w pelnej krasie na taniec brzucha! i to od razu wskakuje do grupy zaawansowanej, nie wiem jakim cudem, ale sie ciesze :) a we wtorki rusza grupa z afro soukousa, na ktory oczywiscie tez sie zapisuje. bosssko... teraz czekam, az jeszcze wypuszcza dancehall, to w ogole znikne, nie bede chodzic, bede cale zycie tanczyc! bo od czego jest zycie, jak nie po to, zeby je przetanczyc, przespiewac..? gra we mnie muzyka, gra we mnie cala pieprzona orkiestra deta!
w tej wlasnie chwili zapuszcze sobie majke, bo od trzech dni (!!!) nie mialam nawet sily (!!!) obejrzec, co tam sie w tym jakze ambitnym serialu dzieje. malo tego, jeszcze housa trzeba nadrobic. tyle, tyle rzeczy do zrobienia, a czasu tak malo. i gauranga czeka przed snem. ach, i jeszcze postanowilam bardzo ambitnie wrzucic fragment Osho, tak ku potomnym.
szukam kontaktu do dawcy autografu, naszlo mnie dzisiaj sentymentalnie. szukam tez kontaktu do mojej podstawowkowej milosci, ale nigdzie nie moge go znalezc. pamietam, bylam w 3. klasie i chodzilismy razem na spacery z naszymi szczurami. to byly pieeekne czasy...
pierwsza mysla, jaka mi towarzyszy od kilku dni kiedy rano otwieram oczy jest - kurwa, czemu tak ciemno? druga - kurwa, kiedy ja sie znowu poloze spac i wyspie?
dzisiaj za to rozmyslam nad tym, co bede jesc. tzn tak ogolnie, na przestrzeni czasu. skad te watpliwosci? zapowiada sie, ze czekaja na mnie kolejne dwa (jesli nie trzy) kursy tanca, zastanawiam sie tez nad joga. do tego dalej silownia. w portfelu moze cos zostanie, ale porownujac zuzycie energii do ilosci jedzenia, jakie ostatnio w siebie wmuszam ergo tempo z jakim pozbywam sie kolejnych kilogramow (zeby nie bylo, wcale mnie to tak nie cieszy. gdzie moje cycki, gdzie moje biodra?) to z kolei zostanie malo ze mnie. ale to w sumie dobrze!
dzisiaj za to ide na medytacje, ktora na szczescie nie wymaga zbytniej aktywnosci fizycznej. tak, szczerze mowiac licze na jakies cudowne efekty, dzieki ktorym odnajde w opcji MYSLENIE funkcje OFF. a jak juz znajde, to wcisne guziczek i go jakos zablokuje, by nie przelaczal sie na ON. myslenie przeszkadza w zwyklym cieszeniu sie zyciem. najpiekniej jest po prostu czuc, nie zastanawiajac sie nad kazdym aspektem danego zjawiska czy rzeczy, po prostu sie tym delektowac. myslenie jest dobre w matematyce, zeby rozpisac na kilka stron dowod na dzialanie '2+2=4'.
tak! tak, dzisiaj tez jest rocznica, kolejna, i tez trzecia! rowniez bardzo osobista, przypominajaca o tym, ze w zyciu dzieja sie rozne dziwne rzeczy, cuda tez sie zdarzaja. pierdolne frazesem - zeby pamietac o swoich marzeniach i o tym, ze sie spelniaja. dokladnie tak! boskoooo! lewituje 5cm nad ziemia.
dzisiaj za to rozmyslam nad tym, co bede jesc. tzn tak ogolnie, na przestrzeni czasu. skad te watpliwosci? zapowiada sie, ze czekaja na mnie kolejne dwa (jesli nie trzy) kursy tanca, zastanawiam sie tez nad joga. do tego dalej silownia. w portfelu moze cos zostanie, ale porownujac zuzycie energii do ilosci jedzenia, jakie ostatnio w siebie wmuszam ergo tempo z jakim pozbywam sie kolejnych kilogramow (zeby nie bylo, wcale mnie to tak nie cieszy. gdzie moje cycki, gdzie moje biodra?) to z kolei zostanie malo ze mnie. ale to w sumie dobrze!
dzisiaj za to ide na medytacje, ktora na szczescie nie wymaga zbytniej aktywnosci fizycznej. tak, szczerze mowiac licze na jakies cudowne efekty, dzieki ktorym odnajde w opcji MYSLENIE funkcje OFF. a jak juz znajde, to wcisne guziczek i go jakos zablokuje, by nie przelaczal sie na ON. myslenie przeszkadza w zwyklym cieszeniu sie zyciem. najpiekniej jest po prostu czuc, nie zastanawiajac sie nad kazdym aspektem danego zjawiska czy rzeczy, po prostu sie tym delektowac. myslenie jest dobre w matematyce, zeby rozpisac na kilka stron dowod na dzialanie '2+2=4'.
tak! tak, dzisiaj tez jest rocznica, kolejna, i tez trzecia! rowniez bardzo osobista, przypominajaca o tym, ze w zyciu dzieja sie rozne dziwne rzeczy, cuda tez sie zdarzaja. pierdolne frazesem - zeby pamietac o swoich marzeniach i o tym, ze sie spelniaja. dokladnie tak! boskoooo! lewituje 5cm nad ziemia.
wtorek, 19 października 2010
mialam pisac, ale nie napisze. dzisiaj wszystko zostanie w glowie, az wyjdzie mi uszami, nosem, oczami, ustami i reszta dziur, jakie popelnilam w twarzy. bedzie ze mnie sciekac wielobarwna mazia, na podlodze zamieni sie w czarna, czarna smole i bedzie kipiec, po czym nagle wyparuje. bedzie miec przyjemny zapach, zapach wszystkich minionych por roku.
niedobrze mi sie robi od ilosci ludzi, ktorzy przywdziewaja maski i w dodatku robia to nieumiejetnie. ale okej, niech sobie robia co im sie zywnie podoba. w koncu zyjemy w wolnym kraju. wolnosc! a ja maski nie zaloze, bo nie umiem.
niedobrze mi sie robi od ilosci ludzi, ktorzy przywdziewaja maski i w dodatku robia to nieumiejetnie. ale okej, niech sobie robia co im sie zywnie podoba. w koncu zyjemy w wolnym kraju. wolnosc! a ja maski nie zaloze, bo nie umiem.
male sprostowanie co do wczorajszych wypocin. prosze nie doszukiwac sie sensu tam, gdzie go nie ma.
czasem (w sumie to czesciej niz czasem) pisze dla pisania. niekiedy ma to sens, niekiedy ma to tylko dzwiek, niekiedy tylko wyglad ciagu liter. niekiedy wciskam mysli miedzy slowa, niekiedy nie. tzn sadze ze gdyby jakis analityk to przeczytal na pewno mialby cos do powiedzenia, ale to tyle.
note to self - nie sluchac babskiego gadania. w wiekszosci. jak to moja siostra powiedziala 'w problemach damsko-meskich caly klopot w tym, ze baby gadaja z babami, faceci z facetami i nic z tego nie wynika'. dlatego bardzo dziekuje za damsko-meskie rozmowy wprowadzajace spokoj do mojego umyslu. moze inaczej. rozmowa z kobieta wprowadza tylko dodatkowy zamet (mimo zapewne jak najlepszych intencji rozmowczyni), rozmowa z mezczyzna pozwala wsluchac mi sie w to, co mowie i zweryfikowac. z kobieta sie gdyba, z facetem omawia problem, z ktorego wynika, ze - za starym przyslowiem - nie ma takiego gowna, ktorego nie przeskoczysz. czasem wystarczy wypowiedziec cos na glos czy napisac to, zeby odrzec temat z emocji i przetrawic go na pusty zoladek.
codziennie pije ziola na grype i zauwazam pozytywne skutki tegoz procederu - moja odpornosc wzrasta. nie kaszle, nie kicham, nie daje sie zadnym zdradzieckim infekcjom. szybko je zwalczam i wydalam z organizmu w tej czy innej postaci (nie odpowiadam za bad mental image).
z innej beczki - ostatnio moja sytuacja mieszkaniowa znow przybrala dosc niefortunny obrot, postanowilam wiec wyprzedzic podbodke z reka w nocniku i, wymeczona, nie czekajac na rozwoj wydarzen poszukalam juz teraz jakiegos dachu nad glowa, bo a to kumpel sie nie odezwie, a to kawalerka na pradze jest nie na moja kieszen, a zyczliwosci x nie chce juz naduzywac. tym sposobem natrafilam na pokoj marzen - budynek obok mojego obecnego miejsca koczowania (czyli super), 4. pietro bez windy (dodatkowy fitness), pies mile widziany, a teraz najlepsze - spelnilo sie moje pragnienie, czyli widok z okna na spacerniak mokotowskiego wiezienia! powaznie, ilekroc przechodzilam kolo wiezienia i patrzylam na sciete sciany budynkow, ktorych okna wychodza wlasnie na spacerniak myslalam sobie - rany, fajnie by bylo tak to obserwowac. i mam co chcialam! cena za ten pokoj to inna sprawa, moglaby byc nieco nizsza, ale nie wybrzydzam. ulubiony mokotow, wszedzie blisko, wszystkich mam pod nosem. powinnam sie z tymi ochami achami wstrzymac az do momentu przeprowadzki, kiedy odkryje jakies haczyki, ale co tam. jestem dzieckiem szczescia, wiec czemu te radosc mialabym tlumic w sobie?
ciesze sie niezmiernie, w koncu rusze z edukacja na powaznie, zajme sie soba i lepieniem penisow z masy papierowej. chcialabym isc do jakiegos lekarza i zapytac sie, czemu jako ulubiony ksztalt obralam sobie wlasnie fallusa, niekoniecznie z podtekstem erotycznym, po prostu uwazam, ze fiuty sa ladne.
dzien ma za malo godzin, za malo czasu ma czas. mam tyle ksiazek do przeczytania, zaczynam kilka na raz i chcialabym kilka na raz czytac, w tym samym momencie, najlepiej kazdym okiem inna ksiazke wertowac. i jeszcze do tego kilka rzeczy na raz robic. a jutro pojde popelnic to, co inni moga nazwac przepierdalaniem czasu, a mowa o medytacji. tak, wiem, medytowac kazdy moze i nie trzeba zadnego przeszkolenia, ale w kupie razniej! i moze znajde pierscionek, bo gdzies sie zapodzial.
czasem (w sumie to czesciej niz czasem) pisze dla pisania. niekiedy ma to sens, niekiedy ma to tylko dzwiek, niekiedy tylko wyglad ciagu liter. niekiedy wciskam mysli miedzy slowa, niekiedy nie. tzn sadze ze gdyby jakis analityk to przeczytal na pewno mialby cos do powiedzenia, ale to tyle.
note to self - nie sluchac babskiego gadania. w wiekszosci. jak to moja siostra powiedziala 'w problemach damsko-meskich caly klopot w tym, ze baby gadaja z babami, faceci z facetami i nic z tego nie wynika'. dlatego bardzo dziekuje za damsko-meskie rozmowy wprowadzajace spokoj do mojego umyslu. moze inaczej. rozmowa z kobieta wprowadza tylko dodatkowy zamet (mimo zapewne jak najlepszych intencji rozmowczyni), rozmowa z mezczyzna pozwala wsluchac mi sie w to, co mowie i zweryfikowac. z kobieta sie gdyba, z facetem omawia problem, z ktorego wynika, ze - za starym przyslowiem - nie ma takiego gowna, ktorego nie przeskoczysz. czasem wystarczy wypowiedziec cos na glos czy napisac to, zeby odrzec temat z emocji i przetrawic go na pusty zoladek.
codziennie pije ziola na grype i zauwazam pozytywne skutki tegoz procederu - moja odpornosc wzrasta. nie kaszle, nie kicham, nie daje sie zadnym zdradzieckim infekcjom. szybko je zwalczam i wydalam z organizmu w tej czy innej postaci (nie odpowiadam za bad mental image).
z innej beczki - ostatnio moja sytuacja mieszkaniowa znow przybrala dosc niefortunny obrot, postanowilam wiec wyprzedzic podbodke z reka w nocniku i, wymeczona, nie czekajac na rozwoj wydarzen poszukalam juz teraz jakiegos dachu nad glowa, bo a to kumpel sie nie odezwie, a to kawalerka na pradze jest nie na moja kieszen, a zyczliwosci x nie chce juz naduzywac. tym sposobem natrafilam na pokoj marzen - budynek obok mojego obecnego miejsca koczowania (czyli super), 4. pietro bez windy (dodatkowy fitness), pies mile widziany, a teraz najlepsze - spelnilo sie moje pragnienie, czyli widok z okna na spacerniak mokotowskiego wiezienia! powaznie, ilekroc przechodzilam kolo wiezienia i patrzylam na sciete sciany budynkow, ktorych okna wychodza wlasnie na spacerniak myslalam sobie - rany, fajnie by bylo tak to obserwowac. i mam co chcialam! cena za ten pokoj to inna sprawa, moglaby byc nieco nizsza, ale nie wybrzydzam. ulubiony mokotow, wszedzie blisko, wszystkich mam pod nosem. powinnam sie z tymi ochami achami wstrzymac az do momentu przeprowadzki, kiedy odkryje jakies haczyki, ale co tam. jestem dzieckiem szczescia, wiec czemu te radosc mialabym tlumic w sobie?
ciesze sie niezmiernie, w koncu rusze z edukacja na powaznie, zajme sie soba i lepieniem penisow z masy papierowej. chcialabym isc do jakiegos lekarza i zapytac sie, czemu jako ulubiony ksztalt obralam sobie wlasnie fallusa, niekoniecznie z podtekstem erotycznym, po prostu uwazam, ze fiuty sa ladne.
dzien ma za malo godzin, za malo czasu ma czas. mam tyle ksiazek do przeczytania, zaczynam kilka na raz i chcialabym kilka na raz czytac, w tym samym momencie, najlepiej kazdym okiem inna ksiazke wertowac. i jeszcze do tego kilka rzeczy na raz robic. a jutro pojde popelnic to, co inni moga nazwac przepierdalaniem czasu, a mowa o medytacji. tak, wiem, medytowac kazdy moze i nie trzeba zadnego przeszkolenia, ale w kupie razniej! i moze znajde pierscionek, bo gdzies sie zapodzial.
dobry dzien to byl i udany. ale pisac mi sie nie chce.
cycki mi zmalaly, a wraz z nimi chyba i rozum. nie, wroc, rozumu to ja nigdy za duzo nie mialam. ale mialam przynajmniej czym nadrabiac. teraz to ani tego, ani tego. uuuu, chowam sie do swojej skorupki, wystawiam czolki, ustawiam odpowiednia czestotliwosc i hibernuje sie na 150 lat. chce zobaczyc, jak bedzie wygladal swiat dlugo po tym, kiedy powinnam byla umrzec. to takie, takie ciekawe. wiecej ego, mniej alter, wiecej centrum, mniej prowincji. zolta filizanka i fioletowy spodek stanowia zgrany zespol, dlatego tez rozpieprzylam je elegancko o wschodnia sciane, patrzac z satysfakcja, jak maciupkie odlamki porcelany opadaja na podloge. ale jak posprzatac ten niewyobrazalny balagan? niby male drobinki, a jakze upierdliwe. niby maluszki, ale z dywanu trudno zebrac je bez odkurzacza. cala noc sleczec bede z penseta i wydlubywac je spomiedzy wlokien. ja i nieja. zla lza. zolza.
cycki mi zmalaly, a wraz z nimi chyba i rozum. nie, wroc, rozumu to ja nigdy za duzo nie mialam. ale mialam przynajmniej czym nadrabiac. teraz to ani tego, ani tego. uuuu, chowam sie do swojej skorupki, wystawiam czolki, ustawiam odpowiednia czestotliwosc i hibernuje sie na 150 lat. chce zobaczyc, jak bedzie wygladal swiat dlugo po tym, kiedy powinnam byla umrzec. to takie, takie ciekawe. wiecej ego, mniej alter, wiecej centrum, mniej prowincji. zolta filizanka i fioletowy spodek stanowia zgrany zespol, dlatego tez rozpieprzylam je elegancko o wschodnia sciane, patrzac z satysfakcja, jak maciupkie odlamki porcelany opadaja na podloge. ale jak posprzatac ten niewyobrazalny balagan? niby male drobinki, a jakze upierdliwe. niby maluszki, ale z dywanu trudno zebrac je bez odkurzacza. cala noc sleczec bede z penseta i wydlubywac je spomiedzy wlokien. ja i nieja. zla lza. zolza.
poniedziałek, 18 października 2010
gapie sie w te wirtualna biala kartke i mam mentalna biala kartke wiszaca na sznureczku w puszce miedzy uszami.
dobra, ale przede wszystkim - dzien zaczal sie mega przyejmnie, gdyz od mojego ulubionego kolportera METRA dostalam prezent :) uprzedzil mnie, bo sama chcialam mu cos dac, ale nie mam pojecia co. zastanawiam sie nad lizakiem albo czyms innym smiesznym. ale to bylo taaaakie mile, ze nie sposob sie nie usmiechac.
mam dzis swoje male prywatne swieto. lubie takie niuanse zycia codziennego, nadajace mu slodko-gorzki posmak. chociaz jestem w tak swietnym nastroju, ze chyba nic dzisiaj nie bedzie gorzkie. po silowni pojde do grycana, kupie tiramisu i ciastko karmelowe, naleje wina do kieliszka (tak, od wczoraj po burzujsku jest), wlacze muzyke i pomedytuje nad zyciem.
zaczynam dostrzegac rzeczy, ktorych nie widzialam wczesniej, jakby jakas kurtyna spadla mi z oczu, albo jakbym odkryla, ze obecnie telewizja ma troche wiecej programow niz tvp1, tvp2 i polonia1. stres i strach przed utrata czegos/kogos bardzo waznego motywuje do myslenia. nie, nie obwiniania siebie i szukania w sobie odpowiedzi na pytanie 'dlaczego?', ale do tego zeby - kiedy te przykre emocje opadna - usiasc, pomyslec i przede wszystkim obserwowac, przy czym zwykle widzi sie rzeczy, towarzyszy mysl 'jestem debilem'. na razie zaobserwowalam u siebie pare takich spraw, ktorych pewnie nie zauwazylabym albo zignorowala i nie chciala sie do nich przyznac sama przed soba (a popracowanie nad nimi to juz w ogole!), gdyby nie obecna sytuacja. staram sie ze wszystkiego czerpac jakies nauki, wyciagac wnioski. tak, realna mozliwosc utraty napedza, by jednak przestac myslec 'ja mam zawsze racje' i spojrzec na sprawe z innej perspektywy. i nawet jesli naprawde sie cos/kogos straci, to i tak zostaja owe obserwacje i to, co z nich wyniknelo. no i mozliwosc pracy nad soba to cos rewelacyjnego. o, ze tak metaforycznie powiem - przestac rzucac kamieniami, spojrzec w lustro i zastanowic sie, czy ma sie prawo tymi kamieniami dalej miotac.
zycie jest cudowne.
dobra, ale przede wszystkim - dzien zaczal sie mega przyejmnie, gdyz od mojego ulubionego kolportera METRA dostalam prezent :) uprzedzil mnie, bo sama chcialam mu cos dac, ale nie mam pojecia co. zastanawiam sie nad lizakiem albo czyms innym smiesznym. ale to bylo taaaakie mile, ze nie sposob sie nie usmiechac.
mam dzis swoje male prywatne swieto. lubie takie niuanse zycia codziennego, nadajace mu slodko-gorzki posmak. chociaz jestem w tak swietnym nastroju, ze chyba nic dzisiaj nie bedzie gorzkie. po silowni pojde do grycana, kupie tiramisu i ciastko karmelowe, naleje wina do kieliszka (tak, od wczoraj po burzujsku jest), wlacze muzyke i pomedytuje nad zyciem.
zaczynam dostrzegac rzeczy, ktorych nie widzialam wczesniej, jakby jakas kurtyna spadla mi z oczu, albo jakbym odkryla, ze obecnie telewizja ma troche wiecej programow niz tvp1, tvp2 i polonia1. stres i strach przed utrata czegos/kogos bardzo waznego motywuje do myslenia. nie, nie obwiniania siebie i szukania w sobie odpowiedzi na pytanie 'dlaczego?', ale do tego zeby - kiedy te przykre emocje opadna - usiasc, pomyslec i przede wszystkim obserwowac, przy czym zwykle widzi sie rzeczy, towarzyszy mysl 'jestem debilem'. na razie zaobserwowalam u siebie pare takich spraw, ktorych pewnie nie zauwazylabym albo zignorowala i nie chciala sie do nich przyznac sama przed soba (a popracowanie nad nimi to juz w ogole!), gdyby nie obecna sytuacja. staram sie ze wszystkiego czerpac jakies nauki, wyciagac wnioski. tak, realna mozliwosc utraty napedza, by jednak przestac myslec 'ja mam zawsze racje' i spojrzec na sprawe z innej perspektywy. i nawet jesli naprawde sie cos/kogos straci, to i tak zostaja owe obserwacje i to, co z nich wyniknelo. no i mozliwosc pracy nad soba to cos rewelacyjnego. o, ze tak metaforycznie powiem - przestac rzucac kamieniami, spojrzec w lustro i zastanowic sie, czy ma sie prawo tymi kamieniami dalej miotac.
zycie jest cudowne.
niedziela, 17 października 2010
bardzo udany koncert, musze przyznac. co prawda mozna by go smialo nazwac najmniejszym koncertem swiata, poniewaz mimo ze przyszlam juz po 20.00 bylam chyba druga czy trzecia osoba nie wliczajac ekipy. ogolnie bylo okolo 30 osob, ale mialo to swoj urok, przynajmniej nie bylo siekiery i bylo w miare dobrze wszystko widac i slychac. w sumie co do tego slychac - piekne dziewcze z mikrofonem z poczatku zdawalo sie byc jeno ozdoba widowiska, bo usta otwierala, a dzwieku zadnego nie wydawala. jednak z czasem sie rozkrecila i dodala swoim wokalem calkiem niezlego klimatu. bylo tak jak lubie - bez wielkiego opoznienia, bez supportow, bardzo wkrecajaco i hipnotyzujaco. wizualki tez niczego sobie.
no ale zeby by bylo zbyt fajnie - zorientowalam sie, ze zapomnialam kluczy, a lukasz wstaje jutro do pracy o 4.00 i pewnie by chcial sie polozyc spac wczesniej... zla na siebie musialam wyjsc przed koncem koncertu. zdarza sie. wieczor super.
i szlam ciemna noca, buty stukaly o ziemie, stukot odbijal sie od scian budynkow, walil mnie w uszy kijem bejsbolowym - obezwladniajaco, rytmicznie, az poczulam zawroty glowy.
no ale zeby by bylo zbyt fajnie - zorientowalam sie, ze zapomnialam kluczy, a lukasz wstaje jutro do pracy o 4.00 i pewnie by chcial sie polozyc spac wczesniej... zla na siebie musialam wyjsc przed koncem koncertu. zdarza sie. wieczor super.
i szlam ciemna noca, buty stukaly o ziemie, stukot odbijal sie od scian budynkow, walil mnie w uszy kijem bejsbolowym - obezwladniajaco, rytmicznie, az poczulam zawroty glowy.
ja: no i oddalam mocz. tak, oddalam mocz do skupu moczu.
x: moze otworzymy skup moczu?
ja: i czym bedziemy placic ludziom?
x: wlosami lonowymi, albo takimi z nog. albo zelkami. ekonomicznymi zelkami haribo z biedronki. pseudo-haribo.
ja: i co potem zrobimy z tym moczem?
x: bedziemy sprzedawac firmom farmaceutycznym po hurtowych cenach.
x: moze otworzymy skup moczu?
ja: i czym bedziemy placic ludziom?
x: wlosami lonowymi, albo takimi z nog. albo zelkami. ekonomicznymi zelkami haribo z biedronki. pseudo-haribo.
ja: i co potem zrobimy z tym moczem?
x: bedziemy sprzedawac firmom farmaceutycznym po hurtowych cenach.
banki to jednak jedno wielkie zlodziejstwo. za prowadzenie konta zezarli mi 20zl i dodatkowo jeszcze po 7zl za lipiec i sierpien. z jakiej paki ja sie pytam?
dzien przywitalam herbatka w moim nowym pieknym zestawie herbatkowym (w ktoego sklad wchodzi jeszcze solniczka/pieprzniczka i dwa pojemniczki nie wiem na co, ale tez sa kolorowe i dla oka bardzo przyjemne. przynajmniej dla mojego). powinnam jechac do ojca, ale dzisiaj jest jeden z tych dni, kiedy absolutnie mi sie nic nie chce. siedzialabym i czytala, ogarnela troche facjate, poszla z psem na spacer.
w zasadzie nowych spostrzezen na swiat jak na razie nie mam. dzisiaj trzymam w reku bilet na dowolny pociag: wsiade, do ktorego zechce, pojade tam, gdzie zechce. tylko sama nie wiem, czy wole w gory czy nad morze, a moze gdzies za granice? tak naprawde wszystko jest kuszace. ale za granice o tak troche daleko, nad morzem chyba troche wieje, wiec cos mi sie wydaje, ze wybiore bieszczady. napale w kominku, rozwale sie w fotelu, bede podziwiac widoki za oknem i delektowac sie zapachem drewna. poczekam, az deszcz przestanie padac i pojde na spacer.
A oto wymieniony wyzej wielce optymistyczny zestaw herbatkowy. wyglada jak ja, jakby go ktos obrzygal wiadrem skittlesow. niech zyja kolorki!
dzien przywitalam herbatka w moim nowym pieknym zestawie herbatkowym (w ktoego sklad wchodzi jeszcze solniczka/pieprzniczka i dwa pojemniczki nie wiem na co, ale tez sa kolorowe i dla oka bardzo przyjemne. przynajmniej dla mojego). powinnam jechac do ojca, ale dzisiaj jest jeden z tych dni, kiedy absolutnie mi sie nic nie chce. siedzialabym i czytala, ogarnela troche facjate, poszla z psem na spacer.
w zasadzie nowych spostrzezen na swiat jak na razie nie mam. dzisiaj trzymam w reku bilet na dowolny pociag: wsiade, do ktorego zechce, pojade tam, gdzie zechce. tylko sama nie wiem, czy wole w gory czy nad morze, a moze gdzies za granice? tak naprawde wszystko jest kuszace. ale za granice o tak troche daleko, nad morzem chyba troche wieje, wiec cos mi sie wydaje, ze wybiore bieszczady. napale w kominku, rozwale sie w fotelu, bede podziwiac widoki za oknem i delektowac sie zapachem drewna. poczekam, az deszcz przestanie padac i pojde na spacer.
A oto wymieniony wyzej wielce optymistyczny zestaw herbatkowy. wyglada jak ja, jakby go ktos obrzygal wiadrem skittlesow. niech zyja kolorki!
nie chce mi sie spac. edukuje sie muzycznie, probuje zapanowac nad rozbrykanym burdelem w pokoju, znowu wyladowalam na kazimierzowskiej, taki ze mnie juz nomada. coz, brak stalego punktu zaczepienia w zyciu czasem przeszkadza. trzeba przywyknac.
nastroj mam jakis dziwny, jakis pomieszany z poplatanym. nowe, czasem nieco dziwne rzeczy rodza sie w glowie i domagaja stanowczo zrealizowania, czym predzej. boje sie, ale zeby przestac bac sie ciemnosci, trzeba wyjsc w czarna noc, usiasc samemu na lawce i po prostu przestac sie bac. bo w koncu ile mozna trzasc sie ze strachu? strach mozna tylko zepchnac w jakis kat umyslu, ale poki nie stawi sie mu czola, on bedzie tylko narastal i swiecil swoimi wielkimi, zoltymi oczami. bedzie rosl. tak, dokladnie, trzeba sie z nim zmierzyc.
dzien spedzilam na pakowaniu sie i sprzataniu mieszkania, do ktorego prawdopodobnie i tak za dwa tygodnie wroce. a potem nianczylam dwojke dzieci - jedno (Hipo) spalo, z drugiam (Kama) gralam w pchelki i grzybobranie, z czego mialysmy jedna wielka polewe. bez alkoholu, za to z mrozona pizza i laciata czekolada. tak umiemy tylko my. potem czytalam, za co skazuje sie na kare smierci w panstwach wschodnich i ciesze sie, ze mieszkam w Polsce. ciesze sie bardzo, ze mimo wszystko mam wybor jaka wiare wyznaje, z kim sypiam i czy robie to przed slubem etc.
tak naprawde ciesze sie ze wszystkiego i wszystkim. ciesze sie, ze mam fajna prace, ze mam zajebistych przyjaciol, ktorym moge pomarudzic i ktorzy moga pomarudzic mi. ciesze sie z upierdliwej psicy, ktora wlazi mi na kolana i kaze sie glaskac po brzuchu. ciesze sie z tego, ze mam wszystkie konczyny i ze sa one sprawne, ze moge robic tyle rzeczy, ktore sa codziennym wyzwaniem dla ludzi niepelnosprawnych. ciesze sie, ze liscie pospadaly z drzew, tworzac wielobarwny dywan na chodnikach i ze sa jeszcze miejsca, w ktorych tych lisci nikt nie sprzata. ciesze sie ze snu i snow, z mnostwa zycia wokol, z mnostwa pozytywnej energii, milosci, radosci, jakie wypelniaja mnie po brzegi. ciesze sie nawet z tej sytuacji, jaka w tej chwili jest - zmusza do myslenia, pozwala uczyc sie nowych rzeczy i rozwijac sie. kurna, wszystko mnie cieszy! i wszystko mnie bawi. zycie jest cudowne.
nastroj mam jakis dziwny, jakis pomieszany z poplatanym. nowe, czasem nieco dziwne rzeczy rodza sie w glowie i domagaja stanowczo zrealizowania, czym predzej. boje sie, ale zeby przestac bac sie ciemnosci, trzeba wyjsc w czarna noc, usiasc samemu na lawce i po prostu przestac sie bac. bo w koncu ile mozna trzasc sie ze strachu? strach mozna tylko zepchnac w jakis kat umyslu, ale poki nie stawi sie mu czola, on bedzie tylko narastal i swiecil swoimi wielkimi, zoltymi oczami. bedzie rosl. tak, dokladnie, trzeba sie z nim zmierzyc.
dzien spedzilam na pakowaniu sie i sprzataniu mieszkania, do ktorego prawdopodobnie i tak za dwa tygodnie wroce. a potem nianczylam dwojke dzieci - jedno (Hipo) spalo, z drugiam (Kama) gralam w pchelki i grzybobranie, z czego mialysmy jedna wielka polewe. bez alkoholu, za to z mrozona pizza i laciata czekolada. tak umiemy tylko my. potem czytalam, za co skazuje sie na kare smierci w panstwach wschodnich i ciesze sie, ze mieszkam w Polsce. ciesze sie bardzo, ze mimo wszystko mam wybor jaka wiare wyznaje, z kim sypiam i czy robie to przed slubem etc.
tak naprawde ciesze sie ze wszystkiego i wszystkim. ciesze sie, ze mam fajna prace, ze mam zajebistych przyjaciol, ktorym moge pomarudzic i ktorzy moga pomarudzic mi. ciesze sie z upierdliwej psicy, ktora wlazi mi na kolana i kaze sie glaskac po brzuchu. ciesze sie z tego, ze mam wszystkie konczyny i ze sa one sprawne, ze moge robic tyle rzeczy, ktore sa codziennym wyzwaniem dla ludzi niepelnosprawnych. ciesze sie, ze liscie pospadaly z drzew, tworzac wielobarwny dywan na chodnikach i ze sa jeszcze miejsca, w ktorych tych lisci nikt nie sprzata. ciesze sie ze snu i snow, z mnostwa zycia wokol, z mnostwa pozytywnej energii, milosci, radosci, jakie wypelniaja mnie po brzegi. ciesze sie nawet z tej sytuacji, jaka w tej chwili jest - zmusza do myslenia, pozwala uczyc sie nowych rzeczy i rozwijac sie. kurna, wszystko mnie cieszy! i wszystko mnie bawi. zycie jest cudowne.
piątek, 15 października 2010
dotarlo do mnie dzisiaj, ze za dwa miesiace znowu swieta, a potem znowu sylwester. jak w tym roku bedzie to wygladalo? ciekawi mnie, ciekawi.
moje cwiczenia nad samoopanowaniem, nienakrecaniem sie negatywnie, dystansem i cierpliwoscia przynosza efekty i dobrze sie z tym czuje. probuje wyrzucic z siebie neurotycznosc i histerie odziedziczone po mamie oraz 'ma-byc-jak-ja-chce' po tatusiu.
jednak 4h snu to zdecydowanie za malo. a czeka mnie jeszcze wizyta u ojca i ogarnianie mieszkania (ponowne pakowanie & sprzatanie), i jak o tym mysle, to mi sie odechciewa wszystkiego. tylko wanna i spac. i troche winka.
moje cwiczenia nad samoopanowaniem, nienakrecaniem sie negatywnie, dystansem i cierpliwoscia przynosza efekty i dobrze sie z tym czuje. probuje wyrzucic z siebie neurotycznosc i histerie odziedziczone po mamie oraz 'ma-byc-jak-ja-chce' po tatusiu.
jednak 4h snu to zdecydowanie za malo. a czeka mnie jeszcze wizyta u ojca i ogarnianie mieszkania (ponowne pakowanie & sprzatanie), i jak o tym mysle, to mi sie odechciewa wszystkiego. tylko wanna i spac. i troche winka.
czwartek, 14 października 2010
na dzien dobry
ja: w poniedzialek beda 3 lata odkad jebnela mnie strzala amora
x: amor w tym wypadku uzyl balisty
ja: bazooki?
x: haubicy, LADUNKU TERMONUKLEARNEGO!!!oneone
pan z jezykiem. zaczepil mnie przedwczoraj, kiedy wracalam z wieczornego spaceru z psem. opowiedzial mi, ze jezyka znalazl i nie chce, zeby zamarzl, wiec wzial go do domu. nakarmil mlekiem, kielbasa i smazona ryba. troche sie zdziwilam, ale pan jakis tez nieco ekscentryczny, to moze wiele tlumaczyc. nastepnego dnia, wczoraj, wychodzac do pracy znowu spotkalam tego pana z jezykiem na reku. tym razem chcialam sie zwierzakowi przyjrzec, zerknelam wiec na jego pyszczek. tak jak przypuszczalam, byl martwy, a jego stan wskazywal na to, ze martwym pozostaje juz od dluzszego czasu. oczodoly wyschniete, wszystko juz nadgryzione rozkladem. widok dosc makabryczny. ale panu nic nie powiedzialam, jesli on ze swoim jezykiem jest szczesliwy to czemuz to niszczyc?
po pracy pojechalam po bilety na dwa (mam nadzieje) dobre koncerty i pare ksiazek. moja karta platnicza sie przeterminowala, jeeee! ale to nic, to nic. doczlapalam sie w koncu na silownie. w miedzyczasie stalam 20 minut w kolejce do kasy. nie opuszczal mnie stoicki spokoj. ale cwiczyc tez mi sie za bardzo nie chcialo. posiedzialam nieco krocej niz myslalam, przebralysmy sie z moja dzielna lama i wyszlosmy. a potem, potem nie wierze w zbiegi okolicznosci, tak nachalne, ale przy okazji bardzo sympatyczne. spedzilam bardzo mily wieczor w towarzystwie bardzo milego to-skomplikowane. mam tylko nadzieje, ze pies mi to wybaczy.
ranek zaczal sie i dobrze i zle i dobrze. dobrze, bo jakim prawem mialby zaczac sie zle? spalam co prawda moze jakies 5h, ale za to wyspalam sie bardzo bardzo. spojrzalam na trawnik pod balkonem, caly zasypany jesiennymi liscmi. na balkonie tez ich pelno. a wiec znowu jesien..? potem zle, poniewaz mimo skupienia calej uwagi na wypatrzeniu w razie czego kanarow moj system ostrzegawczy zawiodl. tym razem mialam sile sie posprzeczac, powiedzialam, ze nie mam portfela. na szczescie jakis pan za mna tez nie mial biletu, wiec kanar skupil sie na nim, chcial mnie zatrzymac, ale mu ucieklam :) wiec tak, mamy dzisiaj piekny dzien!
ja: w poniedzialek beda 3 lata odkad jebnela mnie strzala amora
x: amor w tym wypadku uzyl balisty
ja: bazooki?
x: haubicy, LADUNKU TERMONUKLEARNEGO!!!oneone
pan z jezykiem. zaczepil mnie przedwczoraj, kiedy wracalam z wieczornego spaceru z psem. opowiedzial mi, ze jezyka znalazl i nie chce, zeby zamarzl, wiec wzial go do domu. nakarmil mlekiem, kielbasa i smazona ryba. troche sie zdziwilam, ale pan jakis tez nieco ekscentryczny, to moze wiele tlumaczyc. nastepnego dnia, wczoraj, wychodzac do pracy znowu spotkalam tego pana z jezykiem na reku. tym razem chcialam sie zwierzakowi przyjrzec, zerknelam wiec na jego pyszczek. tak jak przypuszczalam, byl martwy, a jego stan wskazywal na to, ze martwym pozostaje juz od dluzszego czasu. oczodoly wyschniete, wszystko juz nadgryzione rozkladem. widok dosc makabryczny. ale panu nic nie powiedzialam, jesli on ze swoim jezykiem jest szczesliwy to czemuz to niszczyc?
po pracy pojechalam po bilety na dwa (mam nadzieje) dobre koncerty i pare ksiazek. moja karta platnicza sie przeterminowala, jeeee! ale to nic, to nic. doczlapalam sie w koncu na silownie. w miedzyczasie stalam 20 minut w kolejce do kasy. nie opuszczal mnie stoicki spokoj. ale cwiczyc tez mi sie za bardzo nie chcialo. posiedzialam nieco krocej niz myslalam, przebralysmy sie z moja dzielna lama i wyszlosmy. a potem, potem nie wierze w zbiegi okolicznosci, tak nachalne, ale przy okazji bardzo sympatyczne. spedzilam bardzo mily wieczor w towarzystwie bardzo milego to-skomplikowane. mam tylko nadzieje, ze pies mi to wybaczy.
ranek zaczal sie i dobrze i zle i dobrze. dobrze, bo jakim prawem mialby zaczac sie zle? spalam co prawda moze jakies 5h, ale za to wyspalam sie bardzo bardzo. spojrzalam na trawnik pod balkonem, caly zasypany jesiennymi liscmi. na balkonie tez ich pelno. a wiec znowu jesien..? potem zle, poniewaz mimo skupienia calej uwagi na wypatrzeniu w razie czego kanarow moj system ostrzegawczy zawiodl. tym razem mialam sile sie posprzeczac, powiedzialam, ze nie mam portfela. na szczescie jakis pan za mna tez nie mial biletu, wiec kanar skupil sie na nim, chcial mnie zatrzymac, ale mu ucieklam :) wiec tak, mamy dzisiaj piekny dzien!
środa, 13 października 2010
dorwalam osho 'bliskosc', oooch, balsam, balsam dla duszy! moze zbytnio sobie schlebiam, ale jestem na dobrej drodze do Szczescia. prawdziwego, czystego Szczescia, bo jestem miloscia, jestem energia i swiatlem, jestem dobrem i chcialabym sie tym dzielic z ludzmi. i nie, nic nie bralam. po prostu czuje, jak tli sie we mnie kaganek z (chyba) niemozliwym do zgaszenia plomyczkiem.
doszlam dzisiaj do wniosku pewnego. odstaje od wiekszosci spoleczenstwa, od sporej grupy otaczajacych mnie ludzi. ciesze sie zyciem jak dziecko, w ogole ze wszystkiego ciesze sie jak dziecko. ubieram sie kolorowo, kupuje w lumpeksach maskotki i czapki z wielkimi rozowymi pomponami. gadam do psa na spacerze. patrzac przez pryzmat zwyklego kowalskiego, moge wydawac sie po prostu nienormalna. i tak, musze sama siebie zapytac, czy chce byc prawdziwa i szczera wobec samej siebie, nie bac sie wysmiania czy dziwnych spojrzen na ulicy (do ktorych w sumie juz przywyklam), czy tez dla swietego spokoju tlumic siebie w sobie i odkrywac sie tylko w gronie najblizszych, nie narazajac sie tym samym na nieprzyjemnosci? pewnie wiele osob powiedzialoby od razu - olej ludzi! ale ilu takich krzykaczy jest na tyle odwaznych, by powiedziec w danej chwili co mysli, nie owijajac w bawelne?
zyje dla siebie. nie bede zakladac sterty masek. daje sie porywac emocjom, jestem impulsywna, jestem wulkanem radosci i energii. jestem prawdziwa.
i polecam sushi SATORI. jest najlepsze w miescie ever i w ogole. kocham ich.
doszlam dzisiaj do wniosku pewnego. odstaje od wiekszosci spoleczenstwa, od sporej grupy otaczajacych mnie ludzi. ciesze sie zyciem jak dziecko, w ogole ze wszystkiego ciesze sie jak dziecko. ubieram sie kolorowo, kupuje w lumpeksach maskotki i czapki z wielkimi rozowymi pomponami. gadam do psa na spacerze. patrzac przez pryzmat zwyklego kowalskiego, moge wydawac sie po prostu nienormalna. i tak, musze sama siebie zapytac, czy chce byc prawdziwa i szczera wobec samej siebie, nie bac sie wysmiania czy dziwnych spojrzen na ulicy (do ktorych w sumie juz przywyklam), czy tez dla swietego spokoju tlumic siebie w sobie i odkrywac sie tylko w gronie najblizszych, nie narazajac sie tym samym na nieprzyjemnosci? pewnie wiele osob powiedzialoby od razu - olej ludzi! ale ilu takich krzykaczy jest na tyle odwaznych, by powiedziec w danej chwili co mysli, nie owijajac w bawelne?
zyje dla siebie. nie bede zakladac sterty masek. daje sie porywac emocjom, jestem impulsywna, jestem wulkanem radosci i energii. jestem prawdziwa.
i polecam sushi SATORI. jest najlepsze w miescie ever i w ogole. kocham ich.
kiedy juz myslalam, ze w moim sercu zapanowala namiastka, poczatek spokoju, dostalam niespodziewany telefon. zwykle nie odbieram zastrzezonych. odebralam. zadzwonil moj kumpel z wiochy (nazwa jak najbardziej pieszczotliwa) z czasow gimnazjum z wiadomoscia, ze nasz wspolny stary przyjaciel zginal w wypadku. czy to juz ten czas, kiedy moi znajomi gina w wypadkach? trafil mnie piorun. jakies pol roku temu byl w warszawie i chcial sie spotkac, ale nie mialam czasu. a teraz? teraz jest juz za pozno. jest naprawde za pozno i to ostatecznie. trzepnelo mna o sciane. za pozno. koniec. pamietam, jak ze zlamanym sercem ucieklam z domu i pojechalam do niego. pamietam jego dom - drzwi zawsze otwarte, pokoje niewykonczone. pamietam, jak schalalam sie wtedy tanim winem i zasnelam na kanapie, jak rano sie trzeslam, a on przykryl mnie wszystkimi mozliwymi kurtkami. i jak w sylwestra odprowadzal mnie i przyjaciolke do domu. ach, tylko to sylwester na podlasiu, czyli -25 stopni, a odprowadzenie to nie dwa przystanki, tylko 10km do mnie, kolejne 6km do przyjaciolki. nocna przechadzka przez zasniezone pola i lasy, doslownie. w nocy bylo rownie jasno co za dnia.
nie chodzi o to, co sie stalo. jak sie stalo. nie chodzi o to, zeby teraz oceniac jakim byl czlowiekiem. zrobil cos dobrego w moim zyciu, ale tez i nie w tym rzecz. nienawidze sentencji 'carpe diem' w potocznym rozumieniu tych slow - kojarzy mi sie z lafiryndami obciagajacymi lalusiom w kiblach dyskotek, bo w koncu 'zyj dniem, no nie?'. a jednak. po prostu chcialabym byc szczesliwa przy boku mezczyzny, ktorego kocham. te krotkie dni, ktore spedzam na ziemi wypelnic sloncem. nie prosic o nic, nic nie wymagac. nie umiem grac. jestem czysta, mozna mnie przejrzec na wskros. nie umiem udawac, marna ze mnie aktorka. smierc, wiadomosc o niej jest jak szlaczek podkreslajacy temat w zeszycie pierwszoklasisty.
nie chodzi o to, co sie stalo. jak sie stalo. nie chodzi o to, zeby teraz oceniac jakim byl czlowiekiem. zrobil cos dobrego w moim zyciu, ale tez i nie w tym rzecz. nienawidze sentencji 'carpe diem' w potocznym rozumieniu tych slow - kojarzy mi sie z lafiryndami obciagajacymi lalusiom w kiblach dyskotek, bo w koncu 'zyj dniem, no nie?'. a jednak. po prostu chcialabym byc szczesliwa przy boku mezczyzny, ktorego kocham. te krotkie dni, ktore spedzam na ziemi wypelnic sloncem. nie prosic o nic, nic nie wymagac. nie umiem grac. jestem czysta, mozna mnie przejrzec na wskros. nie umiem udawac, marna ze mnie aktorka. smierc, wiadomosc o niej jest jak szlaczek podkreslajacy temat w zeszycie pierwszoklasisty.
poniedziałek, 11 października 2010
idac dzis do pracy omijalam wszystkie pekniete plytki chodnikowe. mimowolnie.
'Według teorii rosyjskiego fizyka Igora Susłowa śmiech to błąd powstający przy przetwarzaniu informacji. Jeśli mózg przewidzi inny przebieg zdarzeń, niż ma to miejsce w rzeczywistosci, musi wyciszyć jedne neurony, a wzbudzić inne. Rozpraszanie niepotrzebnej energii odbywa się właśnie poprzez śmiech.'
'Schopenhauer porównał ludzką sytuację do jeżozwierzy, które zimą, szukajac ciepła, tulą się do siebie. Ale gdy podejdą zbyt blisko, kłują się i zadają sobie ból. Więc się od siebie oddalają, ale jest im zimno, więc znów wracają i znów się kłują. Tajemnica intymności to znaleźć odpowiedni dystans między bliskością a oddaleniem, czuć ciepło drugiego, ale nie podchodzic za blisko, zostawić partnerowi trochę przestrzeni.'
'Według teorii rosyjskiego fizyka Igora Susłowa śmiech to błąd powstający przy przetwarzaniu informacji. Jeśli mózg przewidzi inny przebieg zdarzeń, niż ma to miejsce w rzeczywistosci, musi wyciszyć jedne neurony, a wzbudzić inne. Rozpraszanie niepotrzebnej energii odbywa się właśnie poprzez śmiech.'
'Schopenhauer porównał ludzką sytuację do jeżozwierzy, które zimą, szukajac ciepła, tulą się do siebie. Ale gdy podejdą zbyt blisko, kłują się i zadają sobie ból. Więc się od siebie oddalają, ale jest im zimno, więc znów wracają i znów się kłują. Tajemnica intymności to znaleźć odpowiedni dystans między bliskością a oddaleniem, czuć ciepło drugiego, ale nie podchodzic za blisko, zostawić partnerowi trochę przestrzeni.'
czwartek, 7 października 2010
trzeci dzien pod rzad po wplywem mojego wzroku nastapila kolizja samochodow. niesamowite.
motyl przetrwal beze mnie jeden dzien. dzisiaj bylam go odwiedzic - zwinal czolki i wyzional ducha. bedzie zyl wiecznie za moim uchem, bedzie mi podszeptywal rozwiazania do klasowki.
gdzie ja mam glowe?
podczas spaceru wzielam z kazimierzowskiej rzeczy na silownie. zostawilam je na dole w samochodzie, bo nie chcialo mi sie ich wnosic razem z mlodym na gore, bo i tak musialabym je za jakis czas zniesc. przyszla kama, ruszylysmy w kierunku silowni. ale droga na miejsce nie jest wcale taka prosta, jak to sie moze wydawac. w swoje sidla zlapal nas lumpex, w ktorym kupilam genialne zielone spodnie, bardzo optymistyczne. kama niestety nic nie znalazla dla siebie. idziemy dalej i kolejna pulapka - sklep charytatywny! z ubraniami, pluszakami, ksiazkami i doslownie wszystkim. upolowalam pluszowego kurczaka wypchanego grochem i dwie czapki - jedna fioletowa, delikatna i niesmieszna, druga w chrakterystycznym dla mnie oczojebnym rozu w pixelowate wzorki. jest do pasa, zakonczona wielkim, rownie rozowym pomponem. wiec wczoraj wygladalam, jakby ktos wyrzygal na mnie wiadro skittlesow. w koncu dotarlysmy na utskniona silke. tak, dopiero w przebieralni dostalam ataku smiechu, bo co? bo tak! zapomnialam wziac ciuchow rekreacyjnych! to potrafie tylko ja. pogadalam chwile z maciejkiem, klepnelam kame w tylek na szczescie i poszlam. po drodze zastanawialam sie, czemu nie wzielam stroju i co mnie w zwiazku z tym czeka. bo o wzieciu go z auta pamietalam jeszcze wychodzac z klatki schodowej. i tak, wiedzialam, ze go spotkam i spotkalam. chociaz to moze za duzo powiedziane. szlam druga strona ulicy specjalnie po to, zeby sie na niego bezposrednio nie natknac. zobaczylam go po przeciwnej stronie, na rowerze.
jadac do domu tramwajem nastroj poprawil mi pewien Pan, ktory wtoczyl sie do wagonu z ogromnym, naprawde ogromniastym odkurzaczem. wygladal troche jak pojemnik na duchy z wiadomego filmu. tzn odkurzacz, nie Pan. ale przejechali jeden przystanek i wysiedli. papa..! potem zaczelam sie mimo woli przysluchiwac rozmowie dwoch dziewczyn, na oko w moim wieku. rozmawialy o tym, jakie mieszkanie im rodzice kupia, i ze no fajnie, 120 metrow, ale w wilanowie? oni mysla, ze bede autobusem sie tluc? to powiedzieli, ze i samochod mi kupia, ale ja to nie wiem, wolalabym gdzies w centrum. na to druga - no, ja to chce takie dwupokojowe, jakies 70 metrow mi wystarczy i bede zupelnie szczesliwa, ech... (westchnienie swiadczace o wysokiej randze problemu i zaznaczajace, jak bardzo zycie jej nie oszczedza). rany, chcialabym miec takie problemy!
a potem, potem spedzilam mily wieczor w towarzystwie wymienionego kilka dni temu wina, buby i obu czesci brygidy jones. i nie myslalam o niczym.
motyl przetrwal beze mnie jeden dzien. dzisiaj bylam go odwiedzic - zwinal czolki i wyzional ducha. bedzie zyl wiecznie za moim uchem, bedzie mi podszeptywal rozwiazania do klasowki.
gdzie ja mam glowe?
podczas spaceru wzielam z kazimierzowskiej rzeczy na silownie. zostawilam je na dole w samochodzie, bo nie chcialo mi sie ich wnosic razem z mlodym na gore, bo i tak musialabym je za jakis czas zniesc. przyszla kama, ruszylysmy w kierunku silowni. ale droga na miejsce nie jest wcale taka prosta, jak to sie moze wydawac. w swoje sidla zlapal nas lumpex, w ktorym kupilam genialne zielone spodnie, bardzo optymistyczne. kama niestety nic nie znalazla dla siebie. idziemy dalej i kolejna pulapka - sklep charytatywny! z ubraniami, pluszakami, ksiazkami i doslownie wszystkim. upolowalam pluszowego kurczaka wypchanego grochem i dwie czapki - jedna fioletowa, delikatna i niesmieszna, druga w chrakterystycznym dla mnie oczojebnym rozu w pixelowate wzorki. jest do pasa, zakonczona wielkim, rownie rozowym pomponem. wiec wczoraj wygladalam, jakby ktos wyrzygal na mnie wiadro skittlesow. w koncu dotarlysmy na utskniona silke. tak, dopiero w przebieralni dostalam ataku smiechu, bo co? bo tak! zapomnialam wziac ciuchow rekreacyjnych! to potrafie tylko ja. pogadalam chwile z maciejkiem, klepnelam kame w tylek na szczescie i poszlam. po drodze zastanawialam sie, czemu nie wzielam stroju i co mnie w zwiazku z tym czeka. bo o wzieciu go z auta pamietalam jeszcze wychodzac z klatki schodowej. i tak, wiedzialam, ze go spotkam i spotkalam. chociaz to moze za duzo powiedziane. szlam druga strona ulicy specjalnie po to, zeby sie na niego bezposrednio nie natknac. zobaczylam go po przeciwnej stronie, na rowerze.
jadac do domu tramwajem nastroj poprawil mi pewien Pan, ktory wtoczyl sie do wagonu z ogromnym, naprawde ogromniastym odkurzaczem. wygladal troche jak pojemnik na duchy z wiadomego filmu. tzn odkurzacz, nie Pan. ale przejechali jeden przystanek i wysiedli. papa..! potem zaczelam sie mimo woli przysluchiwac rozmowie dwoch dziewczyn, na oko w moim wieku. rozmawialy o tym, jakie mieszkanie im rodzice kupia, i ze no fajnie, 120 metrow, ale w wilanowie? oni mysla, ze bede autobusem sie tluc? to powiedzieli, ze i samochod mi kupia, ale ja to nie wiem, wolalabym gdzies w centrum. na to druga - no, ja to chce takie dwupokojowe, jakies 70 metrow mi wystarczy i bede zupelnie szczesliwa, ech... (westchnienie swiadczace o wysokiej randze problemu i zaznaczajace, jak bardzo zycie jej nie oszczedza). rany, chcialabym miec takie problemy!
a potem, potem spedzilam mily wieczor w towarzystwie wymienionego kilka dni temu wina, buby i obu czesci brygidy jones. i nie myslalam o niczym.
pierwsza noc z cyklu 'rodzina na (prawie) swoim' minela dosc lagodnie. spalam na podwedzonej, przechodzonej, przesyconej zapachem koszulce. mialam mile sny, chociaz budzilam sie co dwie godziny i - zmylona zpachem - bardzo sie dziwilam, gdzie tez sie znajduje. ot, takie psikusy.
dzisiaj. zaszalalam. kupilam dosc spory zestaw sushi (mily pan proponowal mi mniejszy, jednoosobowy, ale sie uparlam: 'jestem pojemna jesli chodzi o sushi', uparlam sie), pachnace plyny do kapieli. substytuty. a, i nadal nie wiem, co to sa fibroblasty, chociaz to slowo chodzi za mna od kilku dni. powiedzial, ze to fibry (???) robiace blasty. uszczesliwilam psa gora zarcia i smakolykami. jest upierdliwa, ale nie moge sie nia nacieszyc i naprawde wracajac z pracy nie moge sie doczekac, kiedy wyjdziemy na spacer.
wlaczylam TV (matko bosko! chcociaz tutaj tez nie ma kablowki), zaczelam przegladac filmy. o, '21 gram', nie ogladalam! i pac, do DVD. rozlozylam sie na kanapie z zarciem, dumna z siebie, ze cos jednak jem i ogladam ambitny film. ale przedobrzylam, przeliczylam sie, nie zmierzylam sil na zamiary, migdal pekl i bedzie para, ada wyjdzie za oskara i co tam jeszcze innego. zastanawialam sie, czy naprawde wiekszosc ludzi nie dostrzega roznicy miedzy tym filmem lub np. 'amorres perros' a polskim 'zero' czy 'matka teresa od kotow'. litosci. w sumie nie wiem nawet, co bylo takiego dolujacego w tym obrazie, ale ryczalam jak bobr, a echo nioslo sie po pustych scianach. na pewno kapiel mi pomoze. napuscilam wody (za goracej), wlalam plyn RELAKSUJACY, a potem dodalam do tego swoje cielsko. nie. dzisiaj i to nie wypali. najgorsze jest to, ze kiedy sie siedzi w wannie i spojrzy w lewo, widac wlasne odbicie, poniewaz na scianie jest duze lustro. a ja naprawde, naprawde nie mialam ochoty juz patrzec na swoje zapuchniete oczy i buraczkowe policzki. nie minelo pietnascie minut i wyszlam, wytarlam sie, umylam twarz i grzecznie wyszczotkowalam porzadnie zabki. wytarmosilam psa i zaszylam sie na antresoli. tak, jestem pania tego pokoju i patrze na niego z gory.
dzisiaj. zaszalalam. kupilam dosc spory zestaw sushi (mily pan proponowal mi mniejszy, jednoosobowy, ale sie uparlam: 'jestem pojemna jesli chodzi o sushi', uparlam sie), pachnace plyny do kapieli. substytuty. a, i nadal nie wiem, co to sa fibroblasty, chociaz to slowo chodzi za mna od kilku dni. powiedzial, ze to fibry (???) robiace blasty. uszczesliwilam psa gora zarcia i smakolykami. jest upierdliwa, ale nie moge sie nia nacieszyc i naprawde wracajac z pracy nie moge sie doczekac, kiedy wyjdziemy na spacer.
wlaczylam TV (matko bosko! chcociaz tutaj tez nie ma kablowki), zaczelam przegladac filmy. o, '21 gram', nie ogladalam! i pac, do DVD. rozlozylam sie na kanapie z zarciem, dumna z siebie, ze cos jednak jem i ogladam ambitny film. ale przedobrzylam, przeliczylam sie, nie zmierzylam sil na zamiary, migdal pekl i bedzie para, ada wyjdzie za oskara i co tam jeszcze innego. zastanawialam sie, czy naprawde wiekszosc ludzi nie dostrzega roznicy miedzy tym filmem lub np. 'amorres perros' a polskim 'zero' czy 'matka teresa od kotow'. litosci. w sumie nie wiem nawet, co bylo takiego dolujacego w tym obrazie, ale ryczalam jak bobr, a echo nioslo sie po pustych scianach. na pewno kapiel mi pomoze. napuscilam wody (za goracej), wlalam plyn RELAKSUJACY, a potem dodalam do tego swoje cielsko. nie. dzisiaj i to nie wypali. najgorsze jest to, ze kiedy sie siedzi w wannie i spojrzy w lewo, widac wlasne odbicie, poniewaz na scianie jest duze lustro. a ja naprawde, naprawde nie mialam ochoty juz patrzec na swoje zapuchniete oczy i buraczkowe policzki. nie minelo pietnascie minut i wyszlam, wytarlam sie, umylam twarz i grzecznie wyszczotkowalam porzadnie zabki. wytarmosilam psa i zaszylam sie na antresoli. tak, jestem pania tego pokoju i patrze na niego z gory.
wtorek, 5 października 2010
pakujac sie obiecalam sobie, ze nie bede brala niepotrzebnych rzeczy. chce te dwa tygodnie spedzic sama ze soba, po pracy jezdzic tutaj, czytac ksiazki i nie myslec. po prostu sie zaszyc chce. no to na co mi w takim razie tyle ciuchow? doprawdy, bycie kobieta to udreka – nie dosc, ze glupie toto niesamowicie, to jeszcze cala szafe ciuchow musi ze soba wszedzie wozic. i jeszcze na pocieche psa ze soba woze. dotelepalam sie wraz z dwiema wspoltowarzyszkami do celu, choc latwo nie bylo - ulica straszliwie pokrecona jakas taka i poprzerywana. lukasz oprowadzi po apartamencie, jest antresola! bajer, zawsze chcialam miec antresole. a przynajmniej pare razy sie na niej przespac. dziewczyny pojechaly, a ja poszlam z w/w przyjacielem do sklepu po: lody pistacjowe, chipsy, wino, wode i herbate. zestaw podstawowy. a, i danie w 5 minut. w lodowce ptasie mleczko. nie czekajac na oklaski ni na z nieba gwiazdke przystapilam do dziela - wanne umylam mleczkiem LUDWIK o zapachu perfum starej babci, tj. jakichs przeperfumowanych roz, wlalam nieco plynu do kapieli ZIAJA (pomaranczowy), odkrecilam wode WODOCIAGI WARSZAWSKIE lecacej z kranu KOLO, zapalilam swieczki, nalalam wina FRISCO do szklanki sygnowanej logo COCA-COLA, na krawedzi wanny postawilam ptasie mleczko E.WEDEL. ach, i najwazniejsze - moj dzisiejszy towarzysz, JOHNNY CASH. ta chwila, ten czas i to miejsce. tak mialo byc od poczatku, odkad pierwsze atomy zaczely sie wiazac w cos, co potem stalo sie ziemia. nie ma sensu z niczym walczyc. latwiej powiedziec, trudniej wykonac. moze mial racje, moze po prostu lepiej sie zabic, skoro ziemskie zycie, momentami tak bardzo nieprzyjemne, to tylko jeden z etapow.
siedza we mnie trzy osoby. co i rusz inna dochodzi do glosu, caly czas czuje, jak w srodku kotluja sie i piora po mordach, ktora ma racje. zupelnie jak polityka. nikt nie ma racji, wszyscy sciemniaja, jak w koncu ktos wygra to i tak ma wszystkich w dupie. i ukruszyl mi sie zab, a pod miejscem, ktore sie wykruszylo jest bardzo brzydka ciemna plama. czeka mnie wizyta u dentysty! nienawidze dentystow, boje sie wiertel. podobno matula zna dentystke, ktora leczy juz metoda laserowa. aaaa....
dzisiaj wyczytalam, ze czarny motyl jest zwiastunem smierci.
siedza we mnie trzy osoby. co i rusz inna dochodzi do glosu, caly czas czuje, jak w srodku kotluja sie i piora po mordach, ktora ma racje. zupelnie jak polityka. nikt nie ma racji, wszyscy sciemniaja, jak w koncu ktos wygra to i tak ma wszystkich w dupie. i ukruszyl mi sie zab, a pod miejscem, ktore sie wykruszylo jest bardzo brzydka ciemna plama. czeka mnie wizyta u dentysty! nienawidze dentystow, boje sie wiertel. podobno matula zna dentystke, ktora leczy juz metoda laserowa. aaaa....
dzisiaj wyczytalam, ze czarny motyl jest zwiastunem smierci.
poniedziałek, 4 października 2010
zapowiada sie chyba najciezszy okres w moim zyciu. a moze panikuje? na pewno, ale przeraza mnie wizja pustki, jaka powstanie. czuje sie, jakby ktos wydarl mi kawal serca i duszy. jakby dal mi szabelke-zabawke i kazal isc sie napieprzac na froncie i jeszcze do tego wygrac. byla sobie raz wiez laczaca dwoje ludzi i trzeba ja zniszczyc. albo ona zniszczy mnie.
jestem teraz chodzacym chaosem, chodzacym opakowaniem na cala mase sprzecznosci. zwykle slucham uczuc, tym razem juz naprawde nie moge. musze dac dojsc do glosu rozumowi, byc moze uchroni mnie od autodestrukcji.
jestem teraz chodzacym chaosem, chodzacym opakowaniem na cala mase sprzecznosci. zwykle slucham uczuc, tym razem juz naprawde nie moge. musze dac dojsc do glosu rozumowi, byc moze uchroni mnie od autodestrukcji.
piątek, 1 października 2010
wczorajszy dzien nalezal do tych bardziej udanych. dziekuje mr.africa twin, zwiastunie pomyslnosci!
po pierwsze, dostalam niespodziewanie podwyzke. szalenie mnie to ucieszylo, bo oznacza to, ze bede mogla czasem zjesc jeszcze cos innego niz tylko chinskie zupki! oczywiscie przesadzam, ale bedzie mnie stac na lekarza czy inne tego typu szalenstwa. w kazdym razie jestem wdzieczna za fajna prace, ktora naprawde bardzo lubie, i w ktorej podwyzka przychodzi nieproszona. w zamian zaproponowalam jedno gratisowe weekendowe pilnowanie mlodego w miesiacu, zeby justyna mogla sobie poimprezowac + masaz raz na tydzien w zamian za poczte pantoflowa. nie zgine.
naprawde uradowana spotkalam sie z moja kochana kama i sypiac po drodze betonami jak z rekawa ('czemu ja musze miec owulacje wlasnie w czwartki?', 'i tutaj zwykle zaczynaja sie schody. albo podjazd dla wozkow' - to takie latwiej przyswajalne) doczlapalysmy sie do dzikiej. jako ze jestem osoba niecierpliwa, czekanie na cos podwyzsza moj poziom adrenaliny. tak wiec jeszcze 1,5h czekalam na swoja kolej, ale w koncu sie doczekalam, nie mniej jednak nadal nie bylam zdecydowana, co tez tym razem chce sobie uszkodzic. i nie powiem, co uszkodzilam, slodka tajemnica. trzeba zobaczyc! ale tak, raz krzyknelam 'kurwa', bo zabolalo. ale jest bosko i mam juz plany na kolejne kolczyki. i chyba doczepie sobie znowu dreadki. taaaa...
po dzikiej poszlam z kumplem na film 'utracone piekno' otwierajacy festiwal afrykamery. dobre zarcie, troche nieudany i przegadany wstep, podczas gdy my chcielismy juz ogladac film. w koncu zaczal sie, dosc dlugo sie rozkrecal - warto bylo poczekac i nie zniechecac sie, bo byl to film z rodzaju 'sorry, musze teraz pobyc sam/a i to przetrawic', naprawde mega. ciezkie, do przemyslenia przez kilka dni i na pewno niezapomniane przezycie.
ach, no i najlepsze - zapowiada sie, ze nie bede mieszkala na takim zadupiu, jak myslalam. tak tylko zapowiadam, wszystko sie rozstrzygnie pewnie na dniach. wiec prosze po raz kolejny trzymac kciuki. bosko!
po pierwsze, dostalam niespodziewanie podwyzke. szalenie mnie to ucieszylo, bo oznacza to, ze bede mogla czasem zjesc jeszcze cos innego niz tylko chinskie zupki! oczywiscie przesadzam, ale bedzie mnie stac na lekarza czy inne tego typu szalenstwa. w kazdym razie jestem wdzieczna za fajna prace, ktora naprawde bardzo lubie, i w ktorej podwyzka przychodzi nieproszona. w zamian zaproponowalam jedno gratisowe weekendowe pilnowanie mlodego w miesiacu, zeby justyna mogla sobie poimprezowac + masaz raz na tydzien w zamian za poczte pantoflowa. nie zgine.
naprawde uradowana spotkalam sie z moja kochana kama i sypiac po drodze betonami jak z rekawa ('czemu ja musze miec owulacje wlasnie w czwartki?', 'i tutaj zwykle zaczynaja sie schody. albo podjazd dla wozkow' - to takie latwiej przyswajalne) doczlapalysmy sie do dzikiej. jako ze jestem osoba niecierpliwa, czekanie na cos podwyzsza moj poziom adrenaliny. tak wiec jeszcze 1,5h czekalam na swoja kolej, ale w koncu sie doczekalam, nie mniej jednak nadal nie bylam zdecydowana, co tez tym razem chce sobie uszkodzic. i nie powiem, co uszkodzilam, slodka tajemnica. trzeba zobaczyc! ale tak, raz krzyknelam 'kurwa', bo zabolalo. ale jest bosko i mam juz plany na kolejne kolczyki. i chyba doczepie sobie znowu dreadki. taaaa...
po dzikiej poszlam z kumplem na film 'utracone piekno' otwierajacy festiwal afrykamery. dobre zarcie, troche nieudany i przegadany wstep, podczas gdy my chcielismy juz ogladac film. w koncu zaczal sie, dosc dlugo sie rozkrecal - warto bylo poczekac i nie zniechecac sie, bo byl to film z rodzaju 'sorry, musze teraz pobyc sam/a i to przetrawic', naprawde mega. ciezkie, do przemyslenia przez kilka dni i na pewno niezapomniane przezycie.
ach, no i najlepsze - zapowiada sie, ze nie bede mieszkala na takim zadupiu, jak myslalam. tak tylko zapowiadam, wszystko sie rozstrzygnie pewnie na dniach. wiec prosze po raz kolejny trzymac kciuki. bosko!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
