środa, 13 października 2010

kiedy juz myslalam, ze w moim sercu zapanowala namiastka, poczatek spokoju, dostalam niespodziewany telefon. zwykle nie odbieram zastrzezonych. odebralam. zadzwonil moj kumpel z wiochy (nazwa jak najbardziej pieszczotliwa) z czasow gimnazjum z wiadomoscia, ze nasz wspolny stary przyjaciel zginal w wypadku. czy to juz ten czas, kiedy moi znajomi gina w wypadkach? trafil mnie piorun. jakies pol roku temu byl w warszawie i chcial sie spotkac, ale nie mialam czasu. a teraz? teraz jest juz za pozno. jest naprawde za pozno i to ostatecznie. trzepnelo mna o sciane. za pozno. koniec. pamietam, jak ze zlamanym sercem ucieklam z domu i pojechalam do niego. pamietam jego dom - drzwi zawsze otwarte, pokoje niewykonczone. pamietam, jak schalalam sie wtedy tanim winem i zasnelam na kanapie, jak rano sie trzeslam, a on przykryl mnie wszystkimi mozliwymi kurtkami. i jak w sylwestra odprowadzal mnie i przyjaciolke do domu. ach, tylko to sylwester na podlasiu, czyli -25 stopni, a odprowadzenie to nie dwa przystanki, tylko 10km do mnie, kolejne 6km do przyjaciolki. nocna przechadzka przez zasniezone pola i lasy, doslownie. w nocy bylo rownie jasno co za dnia.

nie chodzi o to, co sie stalo. jak sie stalo. nie chodzi o to, zeby teraz oceniac jakim byl czlowiekiem. zrobil cos dobrego w moim zyciu, ale tez i nie w tym rzecz. nienawidze sentencji 'carpe diem' w potocznym rozumieniu tych slow - kojarzy mi sie z lafiryndami obciagajacymi lalusiom w kiblach dyskotek, bo w koncu 'zyj dniem, no nie?'. a jednak. po prostu chcialabym byc szczesliwa przy boku mezczyzny, ktorego kocham. te krotkie dni, ktore spedzam na ziemi wypelnic sloncem. nie prosic o nic, nic nie wymagac. nie umiem grac. jestem czysta, mozna mnie przejrzec na wskros. nie umiem udawac, marna ze mnie aktorka. smierc, wiadomosc o niej jest jak szlaczek podkreslajacy temat w zeszycie pierwszoklasisty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz