wtorek, 26 października 2010

od rana obiecywalam sobie, ze cos napisze. a jestem tak padnieta, ze.... ale dobra. niech bedzie.

wczoraj bylam matka teresa, dzisiaj jestem koktajlem molotowa. ostatecznie, w lagodniejszej wersji - lawalampa.

sprawa pierwsza. poranna obserwacja, co ludzie robia z rekoma kiedy ida do pracy? wiekszosc osob, ktore mijalam byla plci pieknej (przynajmniej w teorii): przewaznie jedna reka na pasku od torby przewieszonej przez ramie, w drugiej siatka z zakupami, telefon lub zwyczanie spoczywala w kieszeni. mezczyzni mieli przewaznie jedna reke w kieszeni, druga machali w rytm krokow. ja mialam dzisiaj w jednej rece jablko, druga w kieszeni plaszcza. tak wiec przynajmniej jedna reka w wiekszosci przypadkow jest w kieszeni. ciekawe dlaczego. ciekawe co w tych kieszeniach ludzie maja.

w tramwaju pachnialo wyperfumowana kupa. nie zlokalizowalam zrodla tegoz zapachu, jednak dokladnie tak to mi sie skojarzylo. czlowiek-kupa, ktory wylal na siebie caly flakon taniej wody toaletowej. byc moze takiej z rezerwuaru faktycznego kibla.

w tramwaju byl rowniez pan z dwiema czapkami. jedna czapkie mial na glowie, druga miedlil w rekach. to byl dziwny widok.

po wyjsciu z tramwaju za to uderzyl mnie po nosie naprawde mily aromat. przez chwile zastanawialam sie, czy to nie jest zwykle powietrze, ale sprawia mi taka blogosc, bo wyszlam z wagonu-szambiarki. ale chyba nie.

najwazniejszy moral dnia dzisiejszego (i ten fragment dedykuje Kamie w imie 'jak Koti robi z siebie pajaca') - lepiej nie testowac kosmetykow jesli nie ma sie pewnosci, ze w poblizu NA PEWNO jest dobre mleczko do demakijazu. zachcialo mi sie zobaczyc, jak bym wygladala w ciemnej szmince. szminka byla w plynie z mala gabeczka do nakladania. byla jej juz resztka, nierowno rozlozyla mi sie na ustach + gdzieniegdzie wyjechalam ta gabeczka za bardzo. jak to ja, mistrzyni makijazu. na szczescie zeby oszczedzilam. popatrzylam chwile na swoje boskie odbicie w lustrze. starczy, trzeba zetrzec. hmm... czemu nie schodzi... fcuk. w lazience znalazlam jakis plyn do demakijazu, ale byl zbyt slaby. efekt byl taki, ze rozmazalam sobie ten skondensowany sok jagodowy wokol ust i wygladalam dokladnie, dokladnie jak Jocker... oczywiscie Hipo mial z tego najwiekszy ubaw. a potem szorowalam, szorowalam usta, zeby to cholerstwo zetrzec, i po jakichs 5 minutach mi sie udalo. naprawde, nie probujcie tego w domu.

kolejna istotna sprawa jest moja milosc. pojelam, ze kocham do szalenstwa Hipcia - nie dosc, ze cieszy sie, kiedy growluje przez wuwuzele, to jeszcze bardzo bawi go kiedy bekam. ktory mezczyzna by docenil te niewatpliwe atuty mojej osobowosci? szkoda tylko, ze jest ode mnie o 22 lata mlodszy. kocham, poczekam. i wychowam na dobrego mezczyzne.

obierajac jablka zawsze staram sie zrobic to w ten sposob, zeby byla tylko jedna, megadluga obiera, po czym robie sobie z niej naszyjnik.

wyczytalam dzis takze, ze mozg Jima Carreya 'po prostu' wytwarza za malo dopaminy i serotoniny. moze moj mozg, czy cokolwiek tam jest, wytwarza tych zwiazkow za duzo? i stad mam takiego pierdolca?

ach, no i bylam dzisiaj w fabryce testosteronu. baaaardzo, bardzo mila niespodzianka w postaci jest-na-czym-oko-zawiesic. moj zmysl estetyczny zostal dopieszczony (i to w takim miejscu! kto by pomyslal). do tego pan mial bardzo ladnego septuma. a ja jestem umeczona, spocona i pachne ziemniakami (ni cholery nie wiem dlaczego).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz