niedziela, 24 października 2010

stapam po puchatym, mieciutkim dywanie, koloru wrzosowego. za te przyjemnosc place bileterowi siedzacemu w budce przed dywanem. musi mu sie strasznie nudzic, dlubie z namaszczeniem przy dawno nieobcinanych paznokciach. zamykam oczy i zamieniam sie w stope, cala soba chlone miekkosc, chce sie w ten dywan po prostu zapasc, otulic sie nim, zamieszkac. schodze po schodach, na dole czeka hustawka, bujam sie na niech chwile, ale mnie nudzi, wiec ide do piaskownicy. ktos przede mna zostawil swoje foremki. zawsze takie rzeczy zabieralam do domu jako trofea, ale tym razem nie pakuje ich do kieszeni. moze i ktos po mnie bedzie chcial sie pobawic. ide dalej, szara brudna ulica, na chodniku kawalki potluczonych butelek, rozklapciane gumy do rzucia, ptasie gowna i inne smieci. jedno ptasie gowno wyglada jak rozjechana zaba, albo jak jakis bozek. kto wie, co ptak chcial nam przekazac? pelno lisci. zagubione buty nie do pary, kawalek za nimi cala masa skarpet, dziurawych. staram sie zaplesc sobie warkocz, ale mam chyba za krotkie wlosy i nie udaje mi sie. zakladam po prostu czapke, zeby ukryc ten burdel. w glowie, na glowie. chce przejsc przez ulice, ale ilekroc tylko stawiam stope na jezdni, swiatlo zmienia sie na czerwone. tak jak z automatycznymi drzwiami, tylko na odwrot - fotokomorka zamiast otwierac je, zamyka. jakis blad systemu. chociaz mowia, ze wszystko okej i mozna wejsc tylnymi drzwiami, dla personelu. na polkach pustki, znalazlam tylko make. trudno, z niej tez cos ulepie, jesli z kranu poplynie woda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz