czwartek, 7 października 2010

trzeci dzien pod rzad po wplywem mojego wzroku nastapila kolizja samochodow. niesamowite.

motyl przetrwal beze mnie jeden dzien. dzisiaj bylam go odwiedzic - zwinal czolki i wyzional ducha. bedzie zyl wiecznie za moim uchem, bedzie mi podszeptywal rozwiazania do klasowki.

gdzie ja mam glowe?
podczas spaceru wzielam z kazimierzowskiej rzeczy na silownie. zostawilam je na dole w samochodzie, bo nie chcialo mi sie ich wnosic razem z mlodym na gore, bo i tak musialabym je za jakis czas zniesc. przyszla kama, ruszylysmy w kierunku silowni. ale droga na miejsce nie jest wcale taka prosta, jak to sie moze wydawac. w swoje sidla zlapal nas lumpex, w ktorym kupilam genialne zielone spodnie, bardzo optymistyczne. kama niestety nic nie znalazla dla siebie. idziemy dalej i kolejna pulapka - sklep charytatywny! z ubraniami, pluszakami, ksiazkami i doslownie wszystkim. upolowalam pluszowego kurczaka wypchanego grochem i dwie czapki - jedna fioletowa, delikatna i niesmieszna, druga w chrakterystycznym dla mnie oczojebnym rozu w pixelowate wzorki. jest do pasa, zakonczona wielkim, rownie rozowym pomponem. wiec wczoraj wygladalam, jakby ktos wyrzygal na mnie wiadro skittlesow. w koncu dotarlysmy na utskniona silke. tak, dopiero w przebieralni dostalam ataku smiechu, bo co? bo tak! zapomnialam wziac ciuchow rekreacyjnych! to potrafie tylko ja. pogadalam chwile z maciejkiem, klepnelam kame w tylek na szczescie i poszlam. po drodze zastanawialam sie, czemu nie wzielam stroju i co mnie w zwiazku z tym czeka. bo o wzieciu go z auta pamietalam jeszcze wychodzac z klatki schodowej. i tak, wiedzialam, ze go spotkam i spotkalam. chociaz to moze za duzo powiedziane. szlam druga strona ulicy specjalnie po to, zeby sie na niego bezposrednio nie natknac. zobaczylam go po przeciwnej stronie, na rowerze.

jadac do domu tramwajem nastroj poprawil mi pewien Pan, ktory wtoczyl sie do wagonu z ogromnym, naprawde ogromniastym odkurzaczem. wygladal troche jak pojemnik na duchy z wiadomego filmu. tzn odkurzacz, nie Pan. ale przejechali jeden przystanek i wysiedli. papa..! potem zaczelam sie mimo woli przysluchiwac rozmowie dwoch dziewczyn, na oko w moim wieku. rozmawialy o tym, jakie mieszkanie im rodzice kupia, i ze no fajnie, 120 metrow, ale w wilanowie? oni mysla, ze bede autobusem sie tluc? to powiedzieli, ze i samochod mi kupia, ale ja to nie wiem, wolalabym gdzies w centrum. na to druga - no, ja to chce takie dwupokojowe, jakies 70 metrow mi wystarczy i bede zupelnie szczesliwa, ech... (westchnienie swiadczace o wysokiej randze problemu i zaznaczajace, jak bardzo zycie jej nie oszczedza). rany, chcialabym miec takie problemy!

a potem, potem spedzilam mily wieczor w towarzystwie wymienionego kilka dni temu wina, buby i obu czesci brygidy jones. i nie myslalam o niczym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz