piątek, 26 listopada 2010

szlam chodnikiem, patrzylam uwaznie pod nogi. przeskakiwalam popekane plytki i stawalam tylko na tych calych. miedzy tymi plytkami rosnie trawa, wystaja male zielone kepki. w malych zielonych kepkach trawy mieszkaja male slimaki bez skorupek, wloczace sie po swiecie. to tu, to tam; zostawiaja za soba glutowate slady. szlam sobie dalej, ale wiekszosc chodnikow ma to do siebie, ze raz na jakis czas wystepuje na nich wysoki, klockowany kraweznik, ktory tylko czeka, zeby kogos przewrocic. dlatego tez omijalam wszystkie krawezniki mniej lub bardziej szerokim lukiem. w koncu zorientowalam sie, ze chodze w kolko. wydeptalam w chodniku wzlobienie. jesien i deszcz. zaczela sie tam zbierac woda, a ja w tych samych zdartych trampkach robilam kolejne okrazenie. buty przemokly, rozklapcialy sie do reszty, a ja przeziebilam. cala zime przelezalam pod sniegiem, otulona ze wszystkich stron starymi gazetami i rozmoklymi kartonami. na wiosne zaczely wypadac mi wlosy, wypadaly calymi kepami przy kazdym lzejszym podmuchu wiatru. cieplego, pachnacego wiatru. z tych moich kepek wlosow gniazda robily sobie male biale ptaszki. utykaly je miedzy galeziami na drzewach, by za chwile moscic sie w nich wygodnie. w lecie z jajek wykluly sie porosniete szczecina miniaturowe bezglowe niemowleta, machaly raczkami we wszystkie strony. w lecie zwiedly wszystkie kwiaty.
slucham i dochodze do wniosku, ze kobong nie ma tekstow, kobong to po prostu poezja spiewana. chcialabym cos kobongowego wrzucic, ale musialabym zaspamic bloga chyba wszystkimi utworami. wiec prosze sluchac i trawic.

czwartek, 25 listopada 2010

mialam isc wczoraj na koncert. wysiadlam z metra, poszlam w kierunku klubu i... odechcialo mi sie. wrocilam spacerem do domu. przyszla mi na mysl wizja, ze za 20 lat bede juz pewnie kobieta sukcesu po rozwodzie, kryzys wieku sredniego w pelni. pojde do pubu wyrywac mlodszych factow, zeby udowodnic sobie, ze nadal jestem atrakcyjna. wtedy podejdzie do mnie jakis mlodzian, zacznie zarywac i przedstawi sie: czesc, jestem Hipolit. ja mu odpowiem: i masz na nazwisko X-sinski? on na to: tak, skad wiedzialas? a ja: zmienialam Ci pieluchy, kiedy miales niecaly rok. dokladnie tak to bedzie wygladac.

w koncu poszlam na silownie. dieta skladajaca sie z czekolady, lodow, chipsow i wina dala o sobie niestety znac. chociaz tlumacze to zima, z reszta idzie mroz, musze miec wieksza warstwe tluszczyku. w drodze do domu weszlam do warzywniaka, zachcialo mi sie bowiem warzyw i czegos nieslodkiego. zapachnialo ogorkami konserwowymi, poprosilam o dwie sztuki. zadowolona z siebie wdrapalam sie ledwo do swojej jaskini. mmm, ogoraski... gowno nie ogoraski. napompowane balaski. probowalam ugryzc ogorka, ale zrobil pffffff i wylecialo z niego mnostwo piany, smak byl po prostu koszmarny. ale tak jest zawsze. jak mam na cos ogromna ochote, to tego nigdy albo nie ma, albo jest obrzydliwe. tak wlasnie bylo z ciastem cytrynowym, ale to zupelnie inna historia.

wena tworcza opuscila mnie wczorajszego wieczora, wiec postanowilam dokonczyc ksiazke. zeby nie bylo zbyt pieknie, pies sie czegos nazarl (hm, nie wiem, moze to byl olowek, a moze miekka pileczka, obie te rzeczy skonsumowala wczesniej pod moja nieobecnosc) i miala sranie pol nocy. w zwiazku z tym musialam latac z nia co dwie godziny na dwor, bo nie dawala mi spac.

John! John!
Rano we mnie! Rano we mnie! 
Kolorów dzwony 
BIM, w przerażeniu, urodzenie, BIM, Bam Bum.

środa, 24 listopada 2010

prawie kazdy czlowiek musi czasem stawic czola sprawom, ktore go przerastaja, podjac jakies decyzje... dzisiaj padlo na mnie. zmierzylam sie z prasowaniem koszul... nie umiem tego robic! ale dalam rade, jestem z siebie dumna.
no tak. tyle czasu chodze w butach z niezawiazanymi sznurowkami, ale nigdy sie nie wypieprzylam (jak na razie). kobieta przypal jednak nie spi, ona czuwa, wiec wczoraj postanowila potknac sie o... klamke w drzwiach do wlasnego pokoju. dokladnie tak. dla tych, ktorzy nie wiedzą - owe drzwi otwieraja sie mniej wiecej do polowy, za drzwiami stoi stolik-burdelopochlaniacz, ten ze szklanym blatem. niestety, nie jest  on okragly, ma za to cztery ostre kanty. jeden z tych kantow wbil mi sie dotkliwie w udo, kiedy na nim ladowalam. mam dziurawa noge.

a po drugie, jakis czas temu z rakowieckiej zniknela jedna apteka. obok apteki roslo drzewo, a na drzwie caly rok wisial neonowy mikolaj w saniach z reniferem. tylko ten, kto nie zaznal tego widoku nie bedzie wiedzial, jak bardzo sie za takimi idiotyzmami teskni w szary poranek, kiedy po raz kolejny zaspalo sie do pracy i biegnie sie do tramwaju.

wtorek, 23 listopada 2010

Poszlam wczoraj na pakernie zapytac sie, co ma biedna Kama zrobic, bo zgubila portfel, a w nim karte na silownie. mila pani wydala mi dla niej nowa karte. cudownie. dzisiaj ja zgubilam swoja. dzisiaj rowniez obiecalam sobie, ze wezme do pracy jakies zarcie i owszem, wzielam. sama sucha bulke, bo zapomnialam wlozyc do torby miesiwa (Kama -> wole sopocka!). tak naprawde nie wiem, co sie z nim stalo, pamietam moment wyjmowania z lodowki, a potem... film mi sie urwal. im wczesniej wstaje, tym pozniej wychodze z domu.

babcia smierc czatowala dzis od rana. wychodze z psem na spacer, widze uchylone drzwi do jej mieszkania. zbiegam szybko bo schodach, katem oka rejestruje, ze pojawila sie w progu i zerka na dol. uf, udalo sie. spacer zaliczony, trzeba jakos dosc niepostrzezenie przemknac sie do domu. to tez sie udaje, zanim sasiadka mnie dopada, jestem za progiem, bezpieczna. jeszcze tylko wyjsc do pracy. obylo sie bez problemow, lecz nie bez strachu. zastanawiam sie tylko, czy biedna Martyna miala nalot.

x wlasnie podsunal mi genialny pomysl - by przepuscic to co powstaje spod mych paluchow przez tlumacza googla w cyklu hiszpanski->angielski->sua-hili->angielski->hiszpanski->polski. odczytalam przed chwila jeden akapit i wiem juz, jaka rozrywke bede miala dzisiaj po pracy... to bedzie COS..!

poniedziałek, 22 listopada 2010

to jest ten moment, kiedy (odpukac w niemalowane) gorzej byc nie moze. tzn (odpukac w niemalowane vol.2) moglabym stracic prace (tfu tfu tfu), ale mam cicha nadzieje, ze to sie nie stanie.

w takich wlasnie chwilach pt 'gorzej byc nie moze' jest juz po prostu tak zle, ze siadam na podlodze, mam wszystko w dupie i zaczynam sie z tego smiac. troche przez lzy, ale smiac. przestaje mnie obchodzic, co bedzie z x czy co sobie pomysli, co bedzie z ojcem, z mieszkaniem, ze wszystkim. leze, gapie sie w sufit i jest mi blogo. malo konstruktywnie? owszem, w pozycji horyzontalnej nic materialnego nie powstaje, ale czy zeby cos ZROBIC czy STWORZYC musze moc to dotknac i zobaczyc? nie.

mezczyzni sa jak dzieci. nic jednak nie zmienia faktu, ze mam cholerna ochote na czekolade.

ide w koncu na 'wyjscie przez sklep z pamiatkami'. mialam isc tydzien temu, ale dzisiaj sie nadarzyla okazja. i to w jakze zacnym towarzystwie...

niedziela, 21 listopada 2010

dzizas... weekend moznaby podzielic na dwie czesci. sobota - zajebista. i wizyta u mamuski, i potem babski wieczor (panow pewnie piekly uszy) z Natka i Asia, megapozytywny, megaprzyjemny, fajny i oby takich wiecej..! natomiast dzisiaj... jakas porazka. generalnie dzien mialam zaplanowany - ojciec, randevu z x, kolacja u sisterki. jednak wizyta u ojca zmasakrowala mnie psychicznie totalnie. poczulam, ze wszystkiego we mnie jest juz za duzo, wszystko na raz spierdolilo mi sie na glowe. nie wytrzymalam jego idiotycznego usmieszku pt. 'jestem najlepszym tatusiem na swiecie, nie mam sobie nic do zarzucenia ty glupia smarkulo'. czlowiek, ktory znecal sie nade mna fizycznie i psychicznie, urzadzil z domu komende gestapo. cos po prostu peklo. pieprze kase i mieszkanie, wybieram swoje zdrowie psychiczne.
strasznie mnie ta sytuacja zalamala. jeszcze bardziej przybilo chyba to, ze tak bardzo chcialam zobaczyc y, tak bardzo chcialam do niego napisac, odezwac sie, przytulic i wyplakac w rekaw. ale nie moglam. i nie zrobilam tego.

oczyiwscie z x sie nie spotkalam, zadzwonilam do siostry, zeby mnie zgarnela. troche sie uspokoilam, ale coz, niesmak pozostal.

a w tej wlasnie chwili doszlam do wniosku, ze ciazy nade mna fatum perkusistow.

piątek, 19 listopada 2010

dzisiaj slodko-gorzko. oczywiscie nie sa to moje prace, zapraszam na blog barwy.

nauka jest niesamowita. wlasnie odkrywam, ze jedna rzecz moze byc czarna i biala jednoczesnie. i nie wychodzi z tego szary, a szkoda. zamykam jedno oko - widze na bialo, zamykam drugie - widze na czarno. otwieram jedno i drugie - dostaje pieprzonego oczoplasu, a na slepo chodzic sie nie da.

wybieram sie po prostownice do zycia. moze w koncu sie dowiem, skad u mnie sklonnosc do debilizmu i jak sie z tego wyleczyc.


czwartek, 18 listopada 2010

mialam zalozyc kolejnego bloga, zeby jak najbardziej anonimowo wylewac w swiatlowody zale. kto wie, moze nawet zalozylam? ale chyba wole napisac ksiazke. nikt z was sie o niej nie dowie, wydam ja pod pseudonimem i nie uzyje w niej zadnych imion.

nie potrafie siedziec w ciszy, cisza mnie przeraza. nawet teraz mam wlaczone radio - nie slychac prawie nic, ale czuje sie lepiej, kiedy cokolwiek szumi gdzies tam w tle.

nie przestane wlewac w siebie wody, dopoki nie bede zupelnie pusta.



takm gdzie konczy sie rozum
sa niewydeptane sciezki
porosniete mchem trawa i mleczami
pelne rozwidlen
bezkresne nieprzetarte szlaki
pachnace strachem i motylami
ruchome piaski z wykrzyknikami

środa, 17 listopada 2010

moge tylko siedziec na widowni i obserwowac spektakl. czasem klaszcze, czasem podpieram reka glowe w zadumie, czasami sie wzrusze. moge byc widzem.

rownie dobrze moge wyjsc.

wtorek, 16 listopada 2010

bede monotematyczna, ale nie moge sie powstrymac. im bardziej zaglebiam sie w postac morrisona, tym bardziej mnie zachwyca.

“I see myself as a huge fiery comet, a shooting star. Everyone stops, points up and gasps "Oh look at that!" Then - whoosh, and I'm gone...and they'll never see anything like it ever again... and they won't be able to forget me- ever.”

“I like people who shake other people up and make them feel uncomfortable.”

“That's what real love amounts to - letting a person be what he really is. Most people love you for who you pretend to be. To keep their love, you keep pretending - performing. You get to love your pretence. It's true, we're locked in an image, an act.”

“Where's your will to be weird?”

“Being drunk is a good disguise. I drink so I can talk to assholes. This includes me.”
 
“Some of the worst mistakes of my life have been haircuts.” (!!!!!!!!!!!!!)

“Actually I don't remember being born, It must have happened during one of my black outs.”

mistrz  
postanowilam urzadzic mala posiadowe przed dzisiejszym koncertem. zaprosilam troche luda, ale nie spodziewalam sie, ze odzew bedzie tak duzy i teraz zastanawiam sie, gdzie ja wszystkich pomieszcze. ja, ludzie i pies. to bedzie jakas masakra. dodam, ze w ciagu niecalej godziny bede musiala sie jeszcze wykapac i doprowadzic do stanu uzywalnosci. planowalam tez zrobic jakis obiad i podrzucic to-skomplikowane do domu, zeby po koncercie nie chodzil glodny (ostatnio jest milutki, niech ma), ale chyba na samych planach sie skonczy. wyjdzie w praniu.

zaspalam dzisiaj do pracy. zwracam martynie honor, niech halasuje ile chce wstajac rano. gdyby nie to, kimalabym pewnie dalej w najlepsze. snilo mi sie, ze mialam chemioterapie jakas stara maszyna, a po tej chemii tanczylam dancehall na szkolnej stolowce.

za to wczoraj po pracy wpadla do mnie panna karolina i lepilysmy mini-cycki, moj specjal. bedzie to wersja zmodyfikowana - jako ze wielu jest chetnych, zrobilam male cycuszki. beda bez sutkow (zelki colowe), bo kto by chcial delektowac sie piersia, ktorej sutek jest wiekszy niz cala reszta? krolik doswiadczalny stwierdzil, ze sa pyszne i to wystarczy. dwa pudelka pysznych kuleczek, mmm....

poza tym buba chyba zlapala dola. nieopatrznie zostawilam lusterko na parapecie, musiala zobaczyc swoje odbicie i to sprowokowalo ja to uzycia moich kosmetykow, natomiast ograniczone zdolnosci manualne spowodowaly uzycie pyska i zebow, co zaowocowalo zezarciem dwoch tuszy do rzes, dwoch pomadek oraz podkladu. i pal licho, to tylko rzeczy, ale upierdzielila koncertowo bezowy dywan, ktory nie jest moja wlasnoscia. plus (hm, czy aby na pewno plus?) jest taki, ze spierajac plamy odkrylam, ze dywan jest jasniejszy niz myslalam, i teraz zamiast plam ze szminki i tuszu mam dwie wyraznie jasniejsze plamy na tle brudnego dywanu. tak zle i tak niedobrze.

a poza tym jest bosko. otwieraja mi sie kolejne klapki i zakamarki umyslu, negatywne myslenie idzie mi wyjatkowo oporne (chyba ze sie postaram, a staram sie nie starac), pozytywne za to calkiem niezle. chcialabym miec dyktafono-aparat-fotograficzny w umysle, zeby na biezaco rejestrowac swoje mysli wraz z obrazami, ktore je wywolaly i w dowolnej chwili moc do tego wrocic. moze kiedys wynajda taki bajer.

poniedziałek, 15 listopada 2010

testuje, co dzieje sie z 9-miesiecznym dzieckiem, kiedy w tle leciec bedzie Bong-Ra. mlody smieje sie, dostal czkawki, a ja zabawiam go pluszowa krowa z atakiem epilepsji. bo najwazniejsze to widziec usmiech na buzi malucha..!


sobota, 13 listopada 2010

ale takie sny to lubie, chodz sa mocno poschizowane. zaczne od tego, ze wczoraj na spotkaniu z x rozmawialismy miedzy innymi o horyzontach zdarzen (piekna nazwa), osobliwosciach i pieknych kwarkch. potem rozmowa zeszla na bardziej banalny temat, jakim sa podroze w czasie. te podroze w czasie tak bardzo wryly mi sie w beret, ze snilo mi sie, ze jakims cudem na krotki czas przenioslam sie 43 lata do tylu. oczywiscie na swojej drodze napotkalam szanownego pana morrisona, i czym predzej sie w sobie zakochalismy. on rzucil pamele, a ja w ogole zapomnialam o istnieniu to-skomplikowane (to jest idealne odwzorowanie sytuacji. owe zapomnienie mogloby nastapic dopiero, gdy w moje zycie wkroczylby morrison, ale nie pociaga mnie nekrofilia, wiec chyba jestem zgubiona). spedzalismy ze soba mnostwo czasu, pisal mi wiersze i tak dalej; jednak musialam mu powiedziec prawde - nie bede w jego czasach zbyt dlugo, musze wracac, ale jeszcze sie bede do niego teleportowac i moze wtedy zostane. po powrocie do teraznieszosci sprawdzalam teksty doorsow i ksiazki na ich temat; losy grupy, zwlaszcza morrisona potoczyly sie zupelnie inaczej niz w oryginale. powiedzialam to-skomplikowane o zaistnialej sytuacji i ze niebawem wracam na stale do roku 1967 - byl, lagodnie mowiac, bardzo niepocieszony tym faktem. niestety, w momencie kiedy mialam sie przenosic do ukochanego obudzili mnie wiezniowie na spacerniaku. znajac wszakze zycie dzisiejszy sen zapowiada caly cykl takowych z udzialem dawnego bozyszcza nastolatek.

a wracajac do osadzonych, bylo mega. slyszalam rozmowe jednego z nich z jakas panna, byc moze jego kobieta. nie wiem, jakim cudem moglam to slyszec - tak jakby rozmawiali przez mur albo krzyczeli do siebie z okien. w kazdym razie ta pani wlasnie mu oswiadczyla, ze maja druga corke. dalej nie pamietam, jakis belkot, ale konwersacja trwala pare chwil.

lekkiej depresji ciag dalszy. robie porzadek w pokoju, taki mega ogar. sporo pierdol wrzucilam do smietniskowej walizki (tzn. nie na smieci, nie wiem czy pisalam, ale znalazlam swietna walizne na smietniku), bo rozstawac sie z nimi nie chce (rzeczy -> wspomnienia. wspomnienia lubie, a za chwile nie lubie. czemu tego po prostu nie wypieprze?), a i ukladac gdzies na polkach na razie tez nie, poki nie zwioze wszystkich rzeczy od to-skomplikowane. wiec na polkach taki oto widok:
- polka wyzej - kurczak tanczacy polke (popsuty), kadzidelka, swieczki, zdjecie czlonka rosyjskiej mafii, trzy butelki po winie (w jednej suszone kwiaty).
- polka nizej - filcowy humbak od Kamy, osmiorniczka-pacynka na palec, maly sponge bob, dinozaur ukradziony z jakiejs knajpy, zasuszony motyl w pudelku po medalu, kolejna butelka po winie (a w niej dwa pluszowe usmiechniete kwiatki i balonik ze sponge bobem), pierdoly na szyje, lampka. biorac pod uwage to, ze na kanapie leza kolejne pluszaki, w kanapie lezy rozowa posciel, a na stoliku stoi lampka nadajaca sie do pokoju dzieciecego, dodatkowo w kolejce do powieszenia na scianie czekaja dwa usmiechniete wieloryby - pytam siebie, ile ja mam lat? niekiedy czuje sie na max 15, pod wzgledem wpierdolu od losu na co najmniej 30. suma daje 45, podzielone na dwa (bo niby dwie osoby we mnie mieszkaja) daje idealnie 22,5 czyli dokladnie ile mam teraz. wszystko jest pojebane.
nim zapomne - pani ekspedientka w sklepie nocnym miala laptop, odpalona przegladarke ze skorka... ze sponge bobem! sponge bob uber alles!

maly dal mi dzisiaj niezle w kosc. caly dzien plakal, ale tak strasznie strasznie, chyba mu zeby rosna.

znowu mialam cos napisac i znowu wydaje mi sie to zbyt osobiste. z jednej strony mam ochote i swego rodzaju potrzebe podzielenia sie tym ze swiatem, z drugiej strony to jest takie MOJE.

piątek, 12 listopada 2010

niech bedzie, powiem pare slow.
zabraklo mi szafy. tak, smiejcie sie, zabraklo mi miejsca na ubrania. to bylo do przewidzenia. najgorsze jest to, ze absolutnie nie umiem pozbywac sie ubran, a malo tego - uwielbiam ciagle znosic jakies nowe. tzn nowe dla mnie, bo 99% pochodzi z odzysku. w kazdym razie jest cienko. zwiozlam procz tego troche pierdol.

mam mega nostalgiczny nastroj, usmiecham sie do swoich mysli i znowu wyjelam z szuflady rozowe okulary. tak czy siak, zycie zapowiada sie calkiem przyjemnie.

czwartek, 11 listopada 2010

wczorajszy dzien byl co najmniej dziwaczny. po pracy mialam zalatwic 4 sprawy - bilety na Hair, odebrac polecony z poczty, zrobic jakies zakupy, no bo swieto oraz odwiezc pracodawczyni pozyczony w gwizdku internet. na szczescie Justyna sie zlitowala i powiedziala, zebym przywiozla go w piatek do pracy po prostu. okej, pojechalam do kongresowej - bilety o 50zl drozsze niz twierdzila informacja na stronie, wiec dupa. pojechalam zatem na poczte, ale przede mna bylo 28 osob... jak latwo sie mozna domyslic, zrezygnowalam i z tej przyjemnosci. zostaly mi wiec zakupy! jea, szoping, czyli to co niewatpliwie kocham. w markecie kolejka taka, ze... sie odechcialo wszystkiego. na szczescie kasa alkoholowa jest osobna, wiec zaopatrzylam sie sowicie, moze jeszcze na weekend starczy. w koncu nie musze nic jesc. weszlam rowniez do rossmanna po duze worki na smieci, zeby miec dzisiaj w co pakowac ubrania. wyszlam z plynem do prania i pilingiem. bez workow. i bez stania w kolejce, bo usmiechnelam sie do pani z kasy kosmetycznej (dla tych, ktorzy nie wiedza jak to w rossmannie wyglada - przy wyjsciu sa kasy do ktorych stoi sie godzine, przy kolorowych babskich mazidlach jest osobna kasa. wepchnelam sie do niej z Lenorem Spring, bez udzialu kosmetykow). zakupy jako takie zrobilam w sklepie pod domem. ach, i mialam ochote na jajecznice dzisiaj rano, ale co? tak, zapomnialam kupic jajek. cos mam z glowa.
w kazdym razie mialam jechac do Marty, poniewaz kolejny przedstawiciel podrzednego gatunku meskiego okazal sie zlamanym chujem. niewiele z tego planu wyszlo, zapukala bowiem sasiadka obok, ze umiera i czy nie moglabym z nia posiedziec. wielkiego wyboru nie mialam, poszlam do sasiadki. w ciagu 1,5h zdazyla opowiedziec mi historie swojego zycia i zwierzyc sie, ze corka chciala ja otruc, a ziec pewnie wynajal jakichs zbirow, zeby ktorys ja palnal w leb jak wyjdzie z domu. nie wiem, ile w tym jest prawdy, ale kobiecina samotna jak palec. musi sie czlowiek czasem wygadac, wtedy sie lzej robi.
kiedy juz wrocilam do domu, zdazylam jeno usiasc, a rozdzwonil sie telefon - x, pracoholik, o 22.34 skonczyl prace i podjedzie na herbatke. niestety, stracil wiele punktow kiedy zaczal sie przechwalac swoim bujnym zyciem seksualnym oraz podbojami starszych kobiet pt 'co to nie on'. nie lubie takich pierdol. z serii 'zlote mysli mojej mamy' - krowa, ktora duzo ryczy, malo mleka daje. z reszta, co mnie to obchodzi. moze ludzilam sie, z x okaze sie fajnym facetem, jakim zapamietalam go z dziecinstwa, na razie jednak stwarza wrazenie chlejusa erotomana. jea!
i tak sie oto bardzo milo zaczal dzien niepodleglosci. na sniadanie marcepanowa czekolada na goraco. nie mam juz w domu slodyczy, ale grycan do 20.00 otwarty.

wtorek, 9 listopada 2010

na dachu wierzowca szczeka pies. wracam do domu, nie moge sie doczekac, kiedy zapadne sie w wielka gabke, wyjme zebami korek ze smuklej szyjki przezroczystej butelki i pociagne duzy lyk; kiedy wezme do reki zapalniczke, przyloze do szklanej rurki, odchyle glowe do tylu i wypuszcze dym powoli, powoli, napawajac sie jego widokiem na tle sufitu. nie bede musiala udawac, ze moj wzrok nie jest pusty; moje oczy sa tam gdzie ich nie ma. w nieobecnych oczach idealne bialko, ani jednej cienkiej czerwonej zylki. jakas kobieta idzie ulica. mrugam, i juz jej nie ma. jasna dluga kurtka, jasny kaptur zniknely. chodnik marszczy sie pod moimi butami, male czerwone pajaczki chodza po scianach, scigaja sie, wpadaja sobie pod maluskie, obwite pod wzgledem ilosci nozki. wszedzie pelno papierow kolorowych z rolek srajtasmy, zuzytej na tylek jakiegos grubasa. papiery toaletowe z zyciorysami wszystkich ludzi na ziemi, rozpuszczaja sie w sciekach. w historii ludzkosci plawia sie szczury, rozmnazaja karaluchy. sowy pohukuja gdzies na ksiezycu. ktos zdejmuje plecak z moich ramion, ktos chce mi pomoc, niewidzialna reka pozbawia ciezaru. plyne. spadochron przygotowany pod pacha, czeka na kolejna gore, z ktorej bede mogla beztrosko spadac.

siedze w zamrazarce
wale z calych sil w drzwiczki, ale nikt mnie nie slyszy
dretwieja mi palce
trace czucie w dloniach i stopach
moje cialo robi sie sine
serce zwalnia
zwalnia
nie slychac krzyku
kolejna porcja miesa
gotowa
czeka
na jakies wazne swieto

mam taka jedna urne z trupem, mam ochote jebnac nia o sciane, chce, zeby ten pieprzony, szary pyl pokryl podloge centymetrowa warstwa smiechu.

widzisz niebo, ale nie spojrzysz sie prosto w ten bezkresny blekit. dlaczego? bo slonce moze cie oslepic. bo moze lunac deszcz. bo mozesz zobaczysz, jak piorun w ciebie trafia. bo ptak moze nasrac Ci na glowe. zakladasz swoj smutny szklany sztormiak, do reki bierzesz smutna szklana parasolke i zamykasz sie pod smutnym szklanym kloszem. widzisz niebo doskonale, ale nigdy go nie doswiadczysz.

poniedziałek, 8 listopada 2010

poprosilam o zwykla czarna herbate. z czterech stron swiata dostalam najrozniejsze herbaty: jasminowa, owocowa, zielona, orientalna pachnaca cynamonem. a ja chcialam czarna, w swoim starym wyszczerbionym kubku.

sobota, 6 listopada 2010

lays prosto z pieca o smaku ziol prowansalskich - w pytkie!

hmm.. to byl dosc dziwny dzien.

w pracy mlody troche przynudzal, ale przyszedl tez jego starszy brat i dzien bardzo milo uplynal. szkoda, ze jest o 11 lat mlodszy ode mnie. tzn nie jakies lowelasowe zapedy, po prostu mamy sporo wspolnego, fajnie mi sie z nim gada, jest naprawde bystrym facetem. i oby tego nie spieprzyl. nie pozwole! nawet mi dzisiaj graffiti narysowal. pamietal, ze uwielbiam Waitsa. wiec jutro kupuje antyrame i wieszam rysunek w pokoju. nawet bedzie sie komponowal, bo jest na zoltej kartce.

po pracy nie mialam sily isc na streczing. buba zjadla mojego kurczaka-wiatraczek i troche suplementow zawierajacych kofeine, wiec mozna sobie wyobrazic, jaki mialam sajgon. pogadalam z martyna, wspollokaorka, nazarlam sie lodow. to lepsze niz jakies tam idiotyczne pocenie sie w rytm muzyki.

na 20.00 umowilam sie z x do kina. to byl zajebisty wieczor! zaliczylismy trzy kina (z czego na zadne sie nie zdecydowalismy: 'nie, nie ma juz biletow', 'nie chce isc na pile' i 'nie ma nic ciekawego') oraz billard (okazalo sie, ze knajpe zlikwidowali), a potem na deser po poltoragodzinnym spacerze... najlepsze wino ever, sliwkowe ze sliwkami w srodku, w megaswietnej butelce, chociaz owo opakowanie lepiej opisuje 'babciny sloik'. i tak z winem pod pacha poszlismy pic pod chmurke. uwielbiam ludzi, ktorzy na dzien dobry nie stawiaja jakiejs sztucznej bariery wokol siebie. co prawda nie wszystko rozumialam (przyspieszacz elektronow), ale to nie znaczy, ze nie bylo ciekawie.

zadzwonilam do olki i zapytalam sie czy pamieta, ze bog tak umilowal swiat, ze syna swego jednorodzonego dal, na co sie rozesmiala i powiedziala, ze jutro sie widzimy. to bardzo upraszcza cala sytuacje, jesli i niedziela sie powiedzie. moze wtedy dotre do kina.

chcialabym byc w permanentnym stanie upojenia alkoholowego pod wzgledem emocjonalno-umyslowym. wtedy wszystko jest takie proste i latwe, nie mysli sie o niczym albo ma sie wszystko po prostu w dupie. a ja jestem tylko zalosnym kobietonem, ktory umie donosnie bekac i boi sie wlasnego cienia. boje sie zrobic cokolwiek. i jeszcze - najpierw organiczny ryz Gallo, potem wino Gallo. nie bede ani sluchac, ani ogladac Gallo. co ja takiego w poprzednim zyciu nabroilam, ze teraz musze sie z tym wszystkim bujac? kolejne ze zlotych powiedzonek mojej mamy - nerwy to w konserwy i na eksport. cos w tym jest! a zazdrosc na bocznice i niech sie chrzani.

jednak doszlam do zaskakujacego wniosku, ze narzute na lozko mozna wykorzystac jako dodatkowa zaslone na okna, a recznik swietnie posluzy do zasloniecia okna w drzwiach.

no more raaaaain, no more rooooses
i wanna walk away, start over again

dlaczego w MTV w programie 'my own..' jeszcze nie bylo 'my own TOM WAITS'? moglby byc starym chlejusem, ale gdyby mi TAK spiewal znioslabym wszystko. ciekawe, jak jego zona dala sobie rade bo wiem, ze i on dawal do wiwatu. nic juz nie mowie. przeciez juz dwa razy to przerabialam, czemu za trzecim to mnie az tak dziwi?

piątek, 5 listopada 2010

drodzy moi, zawieszam na razie dzialalnosc bloga.
powod prosty, kiedy ktos pyta 'co u Ciebie' a ja zaczynam opowiadac, zbyt czesto pada 'aaa, czytalam/czytalem na blogu'. jesli ktos jest zainteresowany ekskluzywnym newsletterem z pikantnymi szczegolami mojego jakze fascynujacego zycia prywatnego proszony jest o zamieszczenie komentarza ze swoim mailem. a jak ktos ma czas, zapraszam na jakis cieply/zimny plyn i inne frykasy do moich siedmiu scian.
drodzy moi, zawieszam na razie dzialalnosc bloga.
powod prosty, kiedy ktos pyta 'co u Ciebie' a ja zaczynam opowiadac, zbyt czesto pada 'aaa, czytalam/czytalem na blogu'. jesli ktos jest zainteresowany ekskluzywnym newsletterem z pikantnymi szczegolami mojego jakze fascynujacego zycia prywatnego proszony jest o zamieszczenie komentarza ze swoim mailem. a jak ktos ma czas, zapraszam na jakis cieply/zimny plyn i inne frykasy do moich siedmiu scian.

czwartek, 4 listopada 2010

jak sie okazuje, morrison pisal nie tylko o jaszczurkach i koniach. ten wiersz jest niesamowicie prosty jak budowa cepa, przy okazji delikatny. plastyczny. kosmiczny.

james douglas morrison - just thinking of you
watching whitecaps roll into the ocean of blue
with a smile on my face just thinking of you
the sweet memories, the tender moments we've shared
they caress me like the soft breeze that fills the air
the loving feeling I get when I hold your hand
the summer night when we walked in the sand
waves splashing on the rocks along the shoreline
brings tears to my eyes knowing that your mine
sharing a love like ours my happy heart sighs
watching the violet clouds carelessly floating by
obudzil mnie slon. o 6.00 rano. myslalam, ze cos rozpieprze. oczy mi sie kleja. najpierw trzaskanie drzwiami, potem krecenie sie w kuchni, ktora mam za sciana. moze za sciana to za duzo powiedziane, bo od kuchni oddziela mnie raczej duze okno zasloniete roleta. tak wiec przy zapaleniu swiatla wali mi ono nieco po oczach. nie mozna tez wziac pod uwage, ze druga osoba nie wstaje o 6.00 i starac sie nie walic naczyniami, bo po co. no nic, poprosze ja, zeby byla nieco ciszej, moze uda mi sie czyms zakleic okno i drzwi.

starsi ludzie pragna od mlodszych szacunku, ale na jakiej podstawie? wylacznie z racji wieku? nie ma mowy. nie bede szanowala osoby, ktora rzuca we mnie miesem dlatego, ze nie przepuscilam jej w drzwiach. najpierw sie wychodzi, potem sie wchodzi. ale nie. jak stare, to sie nalezy wszystko i jeszcze droge pozamiatac przed szanownymi nogami.

najchetniej wyjechalabym gdzies na tydzien. w gory.
dobra, nie bede psioczyc na wspollokatorke. jest sympatyczna i kontaktowa, moglo byc o wiele gorzej.

nie chce mi sie spac. slucham muzyki, koi wszystkie moje zmysly i umysly, powodujac jednoczesnie, ze mam ochote sie przytulic. przez chwile miec w glowie pustke, wdychac zapach zelu pod prysznic polaczonego z wonia cieplego ciala, przylozyc glowe do serca i uslyszec jak bije, i chciec, zeby to serce bilo zawsze, zeby nigdy sie nie zatrzymalo. nie wiedziec, co zrobic z prawa reka i w koncu ulozyc ja jakos nienaturalnie i niewygodnie, bedzie dretwiec, ale to w tej chwili nie mialoby najmniejszego znaczenia. poczuc tiki towarzyszace zasypianiu. w koncu uslyszec chrapanie albo bredzenie przez sen. i byc brutalnie skopana i zepchnieta na kraniec materaca, by rano uslyszec 'naprawde?'. takie chwile sa bezcenne. banalne, rzewne, przereklamowane, pretensjonalne i bezcenne.

mialam isc na billarda z x, ale odpuscilam, nawet silownia nie zniwelowala niecheci do otaczajacego mnie swiata. wrecz przeciwnie, stado lalusiowatych kogucikow, ktorzy gapia sie na babskie tylki kiedy mysla, ze kobiety tego nie widza.
wolalam ciastko orzechowo-pistacjowe, kajmakowe i tiramisu popite bialym slodkim winem w zaciszu czterech katow. wolalam juz sie bardziej nie wkurwiac, tzn zaoszczedzic tego innym ludziom, zwlaszcza tym, ktorych lubie. wolalam gapic sie na deszcz i sluchac, jak stuka o parapet. ale nie, nie w emo stylu, raczej takiej cieplej, milej melancholii.

kazdego dnia mam nowe mysli, kazdego dnia cos nowego mnie zaskakuje. dzisiaj odkrylam, ze moj prawy profil jest lepszy. nawet od tego na fb.

środa, 3 listopada 2010

przypalone tortellini z serem smakuje wysmienicie. uwielbiam, jak cos jest przypalone - nalesniki, pierogi, lekko zjarane ciasto.

z okna obserwuje samoloty. swiatelka migaja, przemieszczaja sie. mam wrazenie, ze to gwiazdy kraza jak sepy w te i z powrotem nad jakims celem. nad kims urodzonym pod szczesliwa gwiazda, jak to sie mowi. gowno prawda, kazdy jest urodzony pod szczesliwa gwiazda. tylko niektorzy sa zrzedami i nie chce im sie tego wykorzystac.

czytam wywiad ze skolimowskim. procz checi obejrzenia 'essential killing' mam ochote zapoznac sie z reszta jego filmow. a najbardziej ujal mnie zdaniem 'wiem, kiedy cos sknocilem, a kiedy cos jest dobre. moje samopoczucie nie zalezy od opinii innych', co - jak sam przyznal - robi z niego 'kompletnego zadufka'. nawiazujac do tego, co pisalam kilka dni temu, znajomosc wlasnej wartosci postrzegana jest obecnie jako zadufanie. wole byc zadufkiem niz kims, kto potyka sie o wlasne sznurowki.

haha, to zdanie wyszlo spontanicznie, a wlasnie przypomnialam sobie, ze zadko kiedy owe sznorowki wiaze. w duchu smieje sie, ze jestem mistrzynia chodzenia w niezawiazanych butach. moze cos w tym jest?

w koncu wrocila moja sublokatorka. dostalam opieprz za burdel. myslalam, ze parskne smiechem. wiem, ze potrafie zostawic po sobie syf, ale na litosc boska. zostawilam garnek i miske w zlewie. 'przerazilam sie, taki balagan' - bedzie wesolo. 'myslalam, ze pies bedzie mniejszy', hehehe.
wczoraj. bylam u ojca i znalazlam rzecz, o ktorej myslalam ostatnio intensywnie, mianowicie skorzana kurtke zwana potocznie ramoneska. wygladam w niej jak chlop, topornie i ciezko. ale sentyment jest, mam ja od jakichs 7 lat. troche mi przeszkadza, ze to skora.

dzisiaj z cyklu - zdrowe sniadanie z koti: galaretka malinowa. jest naprawde zdrowa, dobrze wplywa na stawy. galaretka zostanie za chwile zagryziona krazkiem ryzowym ze sledziem. mniam!

snilo mi sie, ze chcialam zawiesic jakies ciezsze zaslony na wieksze okno, bo rano jest za jasno. nie no, swietnie, ze jest wrazenie slonecznego dnia, ale jednak wole jak jest nieco ciemniej gdy rano dogorywam w poscieli. jednak okazalo sie, ze nie moge dobrych zaslon nigdzie dostac, wiec kupije taka opaske na oczy do spania. chodzilam po calym rossmannie (bo gdziezby indziej) i szukalam, i szukalam, i nie moglam znalezc. w koncu znalazlam caly kosz, ale wszystkie byly za male. potem siedzialam u fryzjera (ja i fryzjer!!!), nagle podszedl do mnie jakis znany aktor i zaproponowal wspolny obiad pod postacia kebaba na rogu. zgodzilam sie, ale kiedy fryzjer skonczyl znecac sie nad moja glowa okazalo sie, ze nie mam nic na koncie. jakos sie wymigalam z zaplaty i poszlam z tym panem na kebaba. wzial na wynos (mi nie zaproponowal, mimo ze wiedzial, ze nie mam kasy. co za burak) i jadl ten kebab w autobusie, ktory nie zatrzymal sie na przystanku na zadanie i jakas babcia, ktora na niego machala strasznie sie wkurzyla, krzyczala i machala swoja laska.

bylo juz o owulacji, teraz bedzie o PMS. jak bylam mlodsza, na dziewczece zarzuty, ze to wlasnie plec piekna ma okres, a chlopcy nie, pani od biologi jak zdarta plyta powtarzala zawsze to samo 'dziewczynki maja miesiaczke, ale chlopcy musza sie golic codziennie'. teraz, kiedy juz jestem w miare duza, uwazam to za najwiekszy bullshit ever. po pierwsze facet wcale nie musi golic sie codziennie, ba, wyglada o niebo lepiej, kiedy w ogole zaniecha tej procedury. a baba? pal licho okres, da sie to przezyc bez wiekszej szkody. ale PMS? nastroje i emocje jak na rollercoasterze, od blogosci do maksymalnego wkurwu szybciej niz hayabusa do setki (mmmm, haya...) oczywiscie tylko wtedy, jesli cos innego niz wkurw ma prawo bytu. i nie, nie pomoze seks, nie pomoze silownia, nie pomoze medytacja, nic. to trzeba przecierpiec. wtedy najlepiej schowac sie do szafy i nie pokazywac swiatu na oczy. inna dziewczyna to zrozumie, ale panowie reaguja roznie - jeden machnie reka i stwierdzi 'ocho, te dni', inny tez sie wkurwi, jeszcze inny zamknie sie w swoim swiecie przestraszony babiszona miotajacego gromami. panowie, najlepiej olac. usmiechnac sie, nie stosowac taryfy ulgowej i olac, bo nam za pare dni przejdzie. mozna ewentualnie zaserwowac masaz stop i podac goraca czekolade.

przy okazji PMS pojawia sie rowniez znieksztalcona wizja swiata i sklonnosc do nadinterpretowania wszelkich zjawisk oraz rozdzielania je na czesci pierwsze. co madrzejsza kobieta doskonale wie, ze nie ma po co tego robic i sama tylko sobie szkodzi, ale tylko uber-kobiety potrafia oprzec sie pokusie przy PMS. staram sie nie kminic, nie rozmyslac nad rzeczami bzdurnymi, zwlaszcza takimi, ktore - z racji tego ze wykonane przez mezczyzne - moga miec zupelnie inne przyczyny, niz ja to sobie wymysle. wiec tym razem do kobiet apel: nie myslcie zbyt duzo. nie wkrecajcie sie same w jakies idiotyczne spirale spisku. wieksza szansa na to, ze same sobie wszystko wymyslilyscie, gdy tak naprawde nie bylo sie czym przejmowac. mala szansa na to, ze rzeczywiscie jest tak, jak wasze mozdzki odebraly rzeczywistosc. ale to i tak najlepiej przejmowac sie dopiero po fakcie, nigdy na zapas.

a statham niestety chowa sie do czarnej dziury przy morrisonie. to byl facet wszech czasow - i, ze tak powiem kulturalnie, z nienaganna prezencja, i swietnie pisal, i swietnie spiewal. te wszystkie zle, okropne narkotyki da sie przeskoczyc. dokument o nim co prawda nie wniosl do zasobu wiedzy nic nowego, ale jest calkiem ciekawy i na pewno polece kazdemu fanowi, i nie fanowi w sumie tez. moze sie przekona. ale to co jeszcze mi przyszlo do glowy: to-skomplikowane ma w sobie cos z morrisona. moze nie tyle z urody, ile z charakteru. jest nieuchwytny, nie mozna go wcisnac w zadne ramy. ma swoj swiat, do ktorego trzeba sie dostosowac, jesli chce sie w nim egzystowac. zdecydowanie, wielkie umysly sa popieprzone. czy utozsamiam sie z pamela w niektorych aspektach? albo z innej beczki z gala dali? stawianie za wzor to moze zbyt duzo powiedziane, ale tak, sadze, ze mamy cos wspolnego.

patrze przez okno na wielkie kloce, 12- czy 15-pietrowe bloki. pamietam, co mowisz zawsze kiedy obok nich przechodzimy. pamiec przekleta i blogoslawiona. takie rzeczy jednak dodaja zyciu smaczku. pies ciagle rzuca mi pod nogi jezyka.

wtorek, 2 listopada 2010

pomaranczowe rolety maja wielki wielki plus. mianowicie wystarczy, ze na dworzu jest po prostu w miare jasno, a kiedy otwieram oczy i na owe rolety patrze wydaje mi sie, ze za nimi na pewno swieci slonce.

kaloryfery ledwie grzeja. ale pod piekna koldra od Kamy bylo mi cieplo. na poduszkie nie mialam poszewki, wiec ubralam ja w koszulke santany. bardzo dobrze sie spalo. sny pamietam (mama mowila, zeby pamietac sny z pierwszej nocy spedzonej w nowym miejscu), ale ich nie ujawnie. wstyd. wstyd i hanba!

wczoraj mialysmy z dziewczynami mini-parapetowke (dostalam hm... serwetki, ktore przypominaja niedokonczone moherowe berety, sa w pytke; buba dostala pomaranczowego piszczacego jezyka. bardzo sie z niego cieszy, ja nieco mniej) z jasonem stathamem i dla kontrastu vanilla icem. rozmowy toczyly sie niemal do switu (nie Kama, metro juz dawno nie jezdzi), wiele bardzo celnych spostrzezen zostalo zawartych w pouczajacych dyskusjach.

teraz wchlaniam sniadanie. dosc pozne, ale jednak. zimna herbata z wczoraj, rozklapciane, rozmoczone prawie prawdziwe muesli, kawalek ciasta czekoladowo-marchwiowego. musze sie pochwalic, ze wczoraj po wyjsciu malych chlorow bylam jeszcze na sile pozmywac! dzisiaj pierwsze co zrobilam, to zlozenie lozka i odkurzenie. mam w pokoju wzgledny porzadek (na tyle, na ile pozwalaja walizy). jestem boska, tak, wiem. ach, no i jakby co zapraszam wszystkich chetnych, prosze tylko wczesniej sie zaanonsowac coby w szafce nie brakowalo earl greya i biszkoptow.

przy rozpakowywaniu klamotow natknelam sie na przypinke 'dobrze znow cie widziec', ktora dostalam od x. wyczulam mocny przekaz podprogowy, gdyz przypinka ta sygnowana byla przez vodke bols. nie mniej jedna bardzo dziekuje za nia, jest boska.

poniedziałek, 1 listopada 2010

kradne internet. zeby nie napierdzielac bez potrzeby notek, te edytuje - jest prosty sposob, zeby zlagodzic gorne swiatlo, ktore niemilosiernie wali po oczach. wykrecic zarowki. przy okazji starajac sie nie skrecic sobie karku balansujac na rozkladanym krzeselku.

musze tez opanowac sztuke uzywania kuchenki gazowej, na razie nie chce ze mna wspolpracowac i siedze z pustym brzuchem. kaloryfer tez moglby sie nie buntowac. na razie jest zimny. moze mnie nie lubi..?

mam tutaj bardzo sprytny stolik z podwojnym blatem, tzn jest jeden blat, scianki z dwoch stron i drugi blat. wiec moze panowac na tymze stoliczku pierdolnik i porzadek jednoczesnie! czyz to nie wspaniale?

mam tez swoj teczowy imbryczek i filizaneczke. mam fajny widok z okien - z jednego widze drzewa, a w oddali stare kamienice, z drugiego omawiany wczesniej spacerniak (i wiem, ze w strozowce jest archaiczny czerwony telefon, taki co trzeba bylo krecic takim kolkiem, zeby wybrac numer). co smieszniejsze, z czwartego pietra widze rowniez stary dom. wszystko widze. jeszcze troche a ulozesobie poduchy na parapecie i bede obserwowac wszystko jak stara baba.

nie moge sie doczekac, kiedy maszyna do pisania przyjedzie. mam tyle rzeczy do wystukania.
nostalgicznie.
wczoraj przewalilam czesc rzeczy od x na nowy kwadrat. zdazylam nawet wypakowac i w ogole. widok na spacerniak jest mistrzowski - dzisiaj mili panowie osadzeni robili mi soundtrack do przemeblowania. teraz dopakowuje reszte rzeczy u x i tak mnie na wspomnienia naszlo. pamietam 'zyciorys' kazdej rzeczy, skad sie wziela i dlaczego. jakie uczucia jej towarzysza. a i tak usmiechnelam sie, kiedy wpadla w rece mi skarpetka to-skomplikowane, ktora wskoczyla mi jakims cudem do ciuchow, kiedy sie od niego wyprowadzalam. teraz tylko sprzatam po sobie pokoj, w ktorym przez jakis czas pomieszkiwalam. zapewne o wiele trudniej bedzie mi zabrac cala reszte z poprzedniego mieszkania. z domu. troche mi smutno, kiedy o tym mysle, tamto miejsce uwazalam wlasnie za swoj dom, sporo serca wlozylam, zeby bylo tam jak bylo. ale trudno! tak musi byc i nie ma sie co z tym sprzeczac. sama urzadze swoj dom tak, by nic nie mialo wplywu na to czy on jest czy go nie ma. stworze swoje wlasne fundamenty, zeby na nich budowac - sama czy z kims. jest dobrze. nowe wnioski, nowe nauki codziennie wplywaja do mojego mozdzku. lecze problemy sercowe kolezanek, co daje mi wielka szanse na to, zeby przy okazji anotowac swoje wlasne rysy, wpisac je do kajeciku i pracowac nad tym, zeby zniknely.

nie zdazylam wczoraj wyprobowac, jak sie spi w nowym mieszkaniu, wiem jednak, ze kanapo-lozko jest nieco rozpieprzone i sa problemy z przejsciem z jednego stanu w drugi.

gdybym mogla napisac tak wszystko wszystko... bede nudna, ale przepelnia mnie spokoj, radosc, milosc. chec zmian, chec poprawy. kiedy widze, ile pracy przede mna, cieszy mnie to tak naprawde. cieszyc sie bede z efektow. kiedy widze, ze moja definicja szczescia nie koniecznie musi byc ta jedyna i sluszna, kiedy potrafie ja nagiac do potrzeb drugiej osoby. nie chce nic w zamian. jesli dostane, bede szczesliwa; sam fakt dzielenia sie z druga osoba pewnymi rzeczami, chwilami, myslami jest wystarczajaco zajebisty. zdaje sie, ze jestem szalenczo zakochana w zyciu. swietne uczucie, polecam.

i dziekuje, ze moglam to zauwazyc.