ale takie sny to lubie, chodz sa mocno poschizowane. zaczne od tego, ze wczoraj na spotkaniu z x rozmawialismy miedzy innymi o horyzontach zdarzen (piekna nazwa), osobliwosciach i pieknych kwarkch. potem rozmowa zeszla na bardziej banalny temat, jakim sa podroze w czasie. te podroze w czasie tak bardzo wryly mi sie w beret, ze snilo mi sie, ze jakims cudem na krotki czas przenioslam sie 43 lata do tylu. oczywiscie na swojej drodze napotkalam szanownego pana morrisona, i czym predzej sie w sobie zakochalismy. on rzucil pamele, a ja w ogole zapomnialam o istnieniu to-skomplikowane (to jest idealne odwzorowanie sytuacji. owe zapomnienie mogloby nastapic dopiero, gdy w moje zycie wkroczylby morrison, ale nie pociaga mnie nekrofilia, wiec chyba jestem zgubiona). spedzalismy ze soba mnostwo czasu, pisal mi wiersze i tak dalej; jednak musialam mu powiedziec prawde - nie bede w jego czasach zbyt dlugo, musze wracac, ale jeszcze sie bede do niego teleportowac i moze wtedy zostane. po powrocie do teraznieszosci sprawdzalam teksty doorsow i ksiazki na ich temat; losy grupy, zwlaszcza morrisona potoczyly sie zupelnie inaczej niz w oryginale. powiedzialam to-skomplikowane o zaistnialej sytuacji i ze niebawem wracam na stale do roku 1967 - byl, lagodnie mowiac, bardzo niepocieszony tym faktem. niestety, w momencie kiedy mialam sie przenosic do ukochanego obudzili mnie wiezniowie na spacerniaku. znajac wszakze zycie dzisiejszy sen zapowiada caly cykl takowych z udzialem dawnego bozyszcza nastolatek.
a wracajac do osadzonych, bylo mega. slyszalam rozmowe jednego z nich z jakas panna, byc moze jego kobieta. nie wiem, jakim cudem moglam to slyszec - tak jakby rozmawiali przez mur albo krzyczeli do siebie z okien. w kazdym razie ta pani wlasnie mu oswiadczyla, ze maja druga corke. dalej nie pamietam, jakis belkot, ale konwersacja trwala pare chwil.
lekkiej depresji ciag dalszy. robie porzadek w pokoju, taki mega ogar. sporo pierdol wrzucilam do smietniskowej walizki (tzn. nie na smieci, nie wiem czy pisalam, ale znalazlam swietna walizne na smietniku), bo rozstawac sie z nimi nie chce (rzeczy -> wspomnienia. wspomnienia lubie, a za chwile nie lubie. czemu tego po prostu nie wypieprze?), a i ukladac gdzies na polkach na razie tez nie, poki nie zwioze wszystkich rzeczy od to-skomplikowane. wiec na polkach taki oto widok:
- polka wyzej - kurczak tanczacy polke (popsuty), kadzidelka, swieczki, zdjecie czlonka rosyjskiej mafii, trzy butelki po winie (w jednej suszone kwiaty).
- polka nizej - filcowy humbak od Kamy, osmiorniczka-pacynka na palec, maly sponge bob, dinozaur ukradziony z jakiejs knajpy, zasuszony motyl w pudelku po medalu, kolejna butelka po winie (a w niej dwa pluszowe usmiechniete kwiatki i balonik ze sponge bobem), pierdoly na szyje, lampka. biorac pod uwage to, ze na kanapie leza kolejne pluszaki, w kanapie lezy rozowa posciel, a na stoliku stoi lampka nadajaca sie do pokoju dzieciecego, dodatkowo w kolejce do powieszenia na scianie czekaja dwa usmiechniete wieloryby - pytam siebie, ile ja mam lat? niekiedy czuje sie na max 15, pod wzgledem wpierdolu od losu na co najmniej 30. suma daje 45, podzielone na dwa (bo niby dwie osoby we mnie mieszkaja) daje idealnie 22,5 czyli dokladnie ile mam teraz. wszystko jest pojebane.
sobota, 13 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz