lays prosto z pieca o smaku ziol prowansalskich - w pytkie!
hmm.. to byl dosc dziwny dzien.
w pracy mlody troche przynudzal, ale przyszedl tez jego starszy brat i dzien bardzo milo uplynal. szkoda, ze jest o 11 lat mlodszy ode mnie. tzn nie jakies lowelasowe zapedy, po prostu mamy sporo wspolnego, fajnie mi sie z nim gada, jest naprawde bystrym facetem. i oby tego nie spieprzyl. nie pozwole! nawet mi dzisiaj graffiti narysowal. pamietal, ze uwielbiam Waitsa. wiec jutro kupuje antyrame i wieszam rysunek w pokoju. nawet bedzie sie komponowal, bo jest na zoltej kartce.
po pracy nie mialam sily isc na streczing. buba zjadla mojego kurczaka-wiatraczek i troche suplementow zawierajacych kofeine, wiec mozna sobie wyobrazic, jaki mialam sajgon. pogadalam z martyna, wspollokaorka, nazarlam sie lodow. to lepsze niz jakies tam idiotyczne pocenie sie w rytm muzyki.
na 20.00 umowilam sie z x do kina. to byl zajebisty wieczor! zaliczylismy trzy kina (z czego na zadne sie nie zdecydowalismy: 'nie, nie ma juz biletow', 'nie chce isc na pile' i 'nie ma nic ciekawego') oraz billard (okazalo sie, ze knajpe zlikwidowali), a potem na deser po poltoragodzinnym spacerze... najlepsze wino ever, sliwkowe ze sliwkami w srodku, w megaswietnej butelce, chociaz owo opakowanie lepiej opisuje 'babciny sloik'. i tak z winem pod pacha poszlismy pic pod chmurke. uwielbiam ludzi, ktorzy na dzien dobry nie stawiaja jakiejs sztucznej bariery wokol siebie. co prawda nie wszystko rozumialam (przyspieszacz elektronow), ale to nie znaczy, ze nie bylo ciekawie.
zadzwonilam do olki i zapytalam sie czy pamieta, ze bog tak umilowal swiat, ze syna swego jednorodzonego dal, na co sie rozesmiala i powiedziala, ze jutro sie widzimy. to bardzo upraszcza cala sytuacje, jesli i niedziela sie powiedzie. moze wtedy dotre do kina.
chcialabym byc w permanentnym stanie upojenia alkoholowego pod wzgledem emocjonalno-umyslowym. wtedy wszystko jest takie proste i latwe, nie mysli sie o niczym albo ma sie wszystko po prostu w dupie. a ja jestem tylko zalosnym kobietonem, ktory umie donosnie bekac i boi sie wlasnego cienia. boje sie zrobic cokolwiek. i jeszcze - najpierw organiczny ryz Gallo, potem wino Gallo. nie bede ani sluchac, ani ogladac Gallo. co ja takiego w poprzednim zyciu nabroilam, ze teraz musze sie z tym wszystkim bujac? kolejne ze zlotych powiedzonek mojej mamy - nerwy to w konserwy i na eksport. cos w tym jest! a zazdrosc na bocznice i niech sie chrzani.
jednak doszlam do zaskakujacego wniosku, ze narzute na lozko mozna wykorzystac jako dodatkowa zaslone na okna, a recznik swietnie posluzy do zasloniecia okna w drzwiach.
no more raaaaain, no more rooooses
i wanna walk away, start over again
dlaczego w MTV w programie 'my own..' jeszcze nie bylo 'my own TOM WAITS'? moglby byc starym chlejusem, ale gdyby mi TAK spiewal znioslabym wszystko. ciekawe, jak jego zona dala sobie rade bo wiem, ze i on dawal do wiwatu. nic juz nie mowie. przeciez juz dwa razy to przerabialam, czemu za trzecim to mnie az tak dziwi?
sobota, 6 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz