piątek, 26 listopada 2010

szlam chodnikiem, patrzylam uwaznie pod nogi. przeskakiwalam popekane plytki i stawalam tylko na tych calych. miedzy tymi plytkami rosnie trawa, wystaja male zielone kepki. w malych zielonych kepkach trawy mieszkaja male slimaki bez skorupek, wloczace sie po swiecie. to tu, to tam; zostawiaja za soba glutowate slady. szlam sobie dalej, ale wiekszosc chodnikow ma to do siebie, ze raz na jakis czas wystepuje na nich wysoki, klockowany kraweznik, ktory tylko czeka, zeby kogos przewrocic. dlatego tez omijalam wszystkie krawezniki mniej lub bardziej szerokim lukiem. w koncu zorientowalam sie, ze chodze w kolko. wydeptalam w chodniku wzlobienie. jesien i deszcz. zaczela sie tam zbierac woda, a ja w tych samych zdartych trampkach robilam kolejne okrazenie. buty przemokly, rozklapcialy sie do reszty, a ja przeziebilam. cala zime przelezalam pod sniegiem, otulona ze wszystkich stron starymi gazetami i rozmoklymi kartonami. na wiosne zaczely wypadac mi wlosy, wypadaly calymi kepami przy kazdym lzejszym podmuchu wiatru. cieplego, pachnacego wiatru. z tych moich kepek wlosow gniazda robily sobie male biale ptaszki. utykaly je miedzy galeziami na drzewach, by za chwile moscic sie w nich wygodnie. w lecie z jajek wykluly sie porosniete szczecina miniaturowe bezglowe niemowleta, machaly raczkami we wszystkie strony. w lecie zwiedly wszystkie kwiaty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz