to jest ten moment, kiedy (odpukac w niemalowane) gorzej byc nie moze. tzn (odpukac w niemalowane vol.2) moglabym stracic prace (tfu tfu tfu), ale mam cicha nadzieje, ze to sie nie stanie.
w takich wlasnie chwilach pt 'gorzej byc nie moze' jest juz po prostu tak zle, ze siadam na podlodze, mam wszystko w dupie i zaczynam sie z tego smiac. troche przez lzy, ale smiac. przestaje mnie obchodzic, co bedzie z x czy co sobie pomysli, co bedzie z ojcem, z mieszkaniem, ze wszystkim. leze, gapie sie w sufit i jest mi blogo. malo konstruktywnie? owszem, w pozycji horyzontalnej nic materialnego nie powstaje, ale czy zeby cos ZROBIC czy STWORZYC musze moc to dotknac i zobaczyc? nie.
mezczyzni sa jak dzieci. nic jednak nie zmienia faktu, ze mam cholerna ochote na czekolade.
ide w koncu na 'wyjscie przez sklep z pamiatkami'. mialam isc tydzien temu, ale dzisiaj sie nadarzyla okazja. i to w jakze zacnym towarzystwie...
poniedziałek, 22 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz