wczoraj. mialam na koncie mniej funduszy niz myslalam. weszlam do sklepu, za gotowke kupilam wino w najbardziej kiczowatej butelce, jaka znalazlam (jak zwykle). wrzucilam do koszyka kilka innych niezbednych do zycia produktow jak chipsy, czekolada, puszka skondensowanego mleka i zupki chinskie, costam do tego jeszcze. poszlam do kasy. odrzucilo mi karte po raz pierwszy. wiec ja odrzucilam kilka produktow. odrzucilo karte po raz drugi, pani kasjerka zrobila sie niemila. odrzucilam reszte zakupow. poszlam do bankomatu nieopodal, by dowiedziec sie, w czym rzecz. pomyslalam - dobra, wiem juz, ile mam na koncie, to pojde do innego sklepu po cos do zarcia, do tamtego juz nie zdaze. i tak najwazniejszy produkt spozywczy mam w plecaku. i tak weszlam do innego sklepu, ale cos mnie tknelo. czy aby na pewno mam wszystko, co miec powinnam? no pewnie, ze nie. po co. zaginely w akcji male zakupy kosmetyczne z drogerii, wiec biegne do sklepu numer jeden, po drodze malo sie dwa razy nie zabijajac na lodzie, no bo po co sobie zawracac glowe posypaniem chodnika. juz nie mowie nawet odsniezeniem, zebraniem calej lodo-pluchy z niego. zwykly piasek. na szczescie zdazylam i wszystko skonczylo sie happy endem.
a na przystanku nie chcialo mi sie wsiadac w tramwaj. nie mialam ochoty. stalam obok slupa z rozkladem jazdy i patrzylam sie na platek sniegu. byl naprawde duzy i tak ladnie blyszczal. nie moglam od niego oderwac wzroku i zastanawialam sie, czy ktos jeszcze procz mnie go widzi. czy wszyscy chca sie po prostu stloczyc jak sardynki w jakims cholernym wagonie. czy ktos tego platka zaraz nie zdepcze. i jakas pani nadepnela go wkrotce potem obcasem. nie zastanawiajac sie, gdzie stawia noge.
i mialam boski wieczor. to niesamowite, ze w koncu cos odciagnelo moja uwage od majki i lezenia godzine w wannie. ogladalam serial, tarmosilam psa za uszy, pilam wino - caly czas majac na glowie kretynska papierowa czapeczke w stylu dzieciecych przyjec. oczywiscie rozowa. i oczywiscie zapomnialam, ze mam ja na glowie. przypomnialam sobie o niej dopiero w lazience, kiedy spojrzalam w lustro. nie byl do dobry widok i mialam ochote wszystkie lustra w domu rozpieprzyc w drobny mak. czasem po prostu brakuje kamieni.
acha, i jeszcze siostra powiedziala, ze matka znowu sie na mnie obrazila i, ze tak powiem, swiat nie bedzie. bo ona sie ze mna nie umawiala. przykro to mowic, ale fochy moich rodzicow sa chyba ostatnia rzecza, jaka sie w zyciu przejmuje.
środa, 22 grudnia 2010
poniedziałek, 20 grudnia 2010
mozna ja schowac w kieszeni, zamknac w znaczku pocztowym. nie zmiesci sie w dloniach, nawet tych wielkosci chleba. jej portret zobaczysz w koraliku z modeliny, poczujesz zapach w kilku sosnowych iglach. czasem chowa sie i udaje, ze jej nie ma. sprawi, ze sloneczny dzien bedzie jeszcze bardziej slonecznym dniem, a podkowka na ustach odwroci sie, tworzac literke u. ale nie zapamietasz jej, nie nauczysz sie i nie powiesz nigdy 'tak, znam ja dobrze'. lubi robic niespodzianki, czasem bardziej a czasem mniej mile. bo humorzasta bywa. jest kobieta rubensa - im wieksza, tym lepsza. no, bez przesady. prowadzi cie za reke przez labirynt ciemny i pelen pulapek, i sprawdza jak bardzo jej ufasz. w finalowej rundzie obsypie cie pocalunkami albo wpakuje kulke w naiwny kark, suka. ale spokojnie, masz kilka zyc.
piątek, 17 grudnia 2010
środa, 15 grudnia 2010
postanowilam wczoraj sprawic sobie niewiarygodna przyjemnosc, jaka miala byc jazda autobusem. po zasniezonej drodze w godzinach szczytu - zeby sprawdzic, na co miezkancy warszawy tak narzekaja. long story short: polacy chyba po prostu niemilosierne zrzedzenie maja we krwi. wysysaja je z mlekiem matki. wszystko wiecznie zle, wszystko nie pasuje, zawsze, ZAWSZE jak cos jest nie po ich mysli to NA PEWNO jest swiadome dzialanie innego czlowieka, zlosliwe, z pelna premedytacja, wrogie, zle i w ogole. rzygac sie chce od tego. zamiast sie usmiechnac, zeby bylo milej, to nie - kwasna mina i krzyki.
wtorek, 14 grudnia 2010
jedzac mieszanke studencka zawsze najpierw wyjadam rodzynki (jakkolwiek by to nie zabrzmialo). dopiero potem biore sie za orzechy.
natomiast moja nienawisc do poczty polskiej wzrosla. juz wczoraj czulam sie nieciekawie, ale zobaczylam, ze w koncu przyszla oczekiwana przesylka. wzielam awizo, na ktorym jak byk W DNIU OTRZYMANIA AWIZO W GODZINACH 18.00-20.00. i poszlam. czekalam 15 minut, mimo ze nie bylo kolejki. panie na poczcie bardzo lubia sie opierdalac i udawac, ze robia miliard innych wazniejszych rzeczy, oraz uwielbiaja mowic 'czego?', coz za kultura. troche sie juz slaniajac na nogach odstalam swoje, podchodze do okienka i slysze, ze 'a to awizo dzisiejsze, to dopiero jutro'. czy tak trudno poprosic listonosza, zeby skreslil jedna linijke tekstu z awizo?
natomiast moja nienawisc do poczty polskiej wzrosla. juz wczoraj czulam sie nieciekawie, ale zobaczylam, ze w koncu przyszla oczekiwana przesylka. wzielam awizo, na ktorym jak byk W DNIU OTRZYMANIA AWIZO W GODZINACH 18.00-20.00. i poszlam. czekalam 15 minut, mimo ze nie bylo kolejki. panie na poczcie bardzo lubia sie opierdalac i udawac, ze robia miliard innych wazniejszych rzeczy, oraz uwielbiaja mowic 'czego?', coz za kultura. troche sie juz slaniajac na nogach odstalam swoje, podchodze do okienka i slysze, ze 'a to awizo dzisiejsze, to dopiero jutro'. czy tak trudno poprosic listonosza, zeby skreslil jedna linijke tekstu z awizo?
poniedziałek, 13 grudnia 2010
jakas plaga. wszyscy zakladaja sobie wzajemnie dziwne metalowe koleczka na palce. nie, zebym miala cos przeciwko temu - jak chca, dobrze im zycze. ale sie jakis wysyp zrobil, a ja poczulam sie staro. to juz TEN moment, kiedy duza czesc znajomych formalizuje swoje sparowanie. i bylam na imprezie zareczynowej, gdzie byly same pary/zareczeni/zonkosie + kilka szczesliwych przyszlych matek. nie moge jednak nie docenic owego zlotu ludzi mniej lub bardziej mi znanych, gdyz skosztowalam po raz pierwszy w zyciu piwa z sokiem... fiolkowym. mniam. tzn syrop slodki jak kazdy inny, ale sama mysl, ze 'moje piwo pachnie fiolkami' byla taka.. budujaca.
tak jak sobie obiecalam, wyspalam sie znakomicie tak w sobote, jak i w niedziele. w sobote dotrzymalam danego sobie slowa i pojechalam po raz kolejny obejrzec imitacje Morrisona na deskach teatru Rampa. Im bardziej zaglebiam sie w ten spektakl, tym bardziej wydaje mi sie on gowniany. okaleczone teksty (przeklad jest koszmarny), zdarzenia srednio chronologicznie, gra aktorow... no dlugo by mozna jeszcze pisac. ale mam przez te 2h choc imitacje wrazenie, ze przenioslam sie w czasie. w ogole aktora grajacego Morrisona mogliby zmienic - jest juz troche za stary na te role. cialo ma niezle, ale troche juz wylysial. i udaloby mi sie dopiac swego, gdyby mu sie kabel nie splatal.
w kazdym razie moj plan odwiedzenia Père Lachaise nabral realnych ksztaltow. w lipcu.
i chce harmonijke ustna.
wczoraj tez bylam w teatrze, La M.ort na 'Rosencrantz i Guildenstern nie żyją', ale chyba jestem za glupia, zeby to zrozumiec. spektakl bylprzegadany - zdominowany przez monologi i dialogi wystrzeliwane z predkoscia swiatla; dodatkowo widownia nieco psula klimat: jeden pan sie dusil (katar? gruzlica jakas?) i co chwila potrzasal pudeleczkiem z drazetkami (co brzmialo jak tic-tac'i), smarkal i pociagal nosem, i sapal jak lokomotywa. obok niego jakis znudzony pan czytal czasopismo, a jego zawstydzona znajoma zwracala mu bezskutecznie uwage, ze tak sie w teatrze nie przystoi zachowywac, chociazby sztuka byla mega nudna. sama nie byla gorsza, bo co chwila z niewiadomych przyczyn wybuchala smiechem. doprawdy.
caly weekend bardzo tworczy wbrew pozorom. swiatly takze i pouczajacy.
tak jak sobie obiecalam, wyspalam sie znakomicie tak w sobote, jak i w niedziele. w sobote dotrzymalam danego sobie slowa i pojechalam po raz kolejny obejrzec imitacje Morrisona na deskach teatru Rampa. Im bardziej zaglebiam sie w ten spektakl, tym bardziej wydaje mi sie on gowniany. okaleczone teksty (przeklad jest koszmarny), zdarzenia srednio chronologicznie, gra aktorow... no dlugo by mozna jeszcze pisac. ale mam przez te 2h choc imitacje wrazenie, ze przenioslam sie w czasie. w ogole aktora grajacego Morrisona mogliby zmienic - jest juz troche za stary na te role. cialo ma niezle, ale troche juz wylysial. i udaloby mi sie dopiac swego, gdyby mu sie kabel nie splatal.
w kazdym razie moj plan odwiedzenia Père Lachaise nabral realnych ksztaltow. w lipcu.
i chce harmonijke ustna.
wczoraj tez bylam w teatrze, La M.ort na 'Rosencrantz i Guildenstern nie żyją', ale chyba jestem za glupia, zeby to zrozumiec. spektakl bylprzegadany - zdominowany przez monologi i dialogi wystrzeliwane z predkoscia swiatla; dodatkowo widownia nieco psula klimat: jeden pan sie dusil (katar? gruzlica jakas?) i co chwila potrzasal pudeleczkiem z drazetkami (co brzmialo jak tic-tac'i), smarkal i pociagal nosem, i sapal jak lokomotywa. obok niego jakis znudzony pan czytal czasopismo, a jego zawstydzona znajoma zwracala mu bezskutecznie uwage, ze tak sie w teatrze nie przystoi zachowywac, chociazby sztuka byla mega nudna. sama nie byla gorsza, bo co chwila z niewiadomych przyczyn wybuchala smiechem. doprawdy.
caly weekend bardzo tworczy wbrew pozorom. swiatly takze i pouczajacy.
wtorek, 7 grudnia 2010
nie lubie miec takich snow, jak ten dzisiejszy. snilo mi sie, ze gonily mnie dinozaury. cos w stylu parku jurajskiego, bylam w jakims lesie z grupa ludzi i gonily nas jakies zielone, szybkie, niewielkie acz wyglodniale i drapiezne stworzenia. oczywiscie nie same dinozaury mnie przerazaly, tylko smierc. wiedzialam, ze za kilka chwil zgine, ze nie mam sie gdzie ukryc i zaraz ktorys z nich mnie dopadnie i rozerwie na strzepy. balam sie smierci. ostatnio ten motyw dosc czesto przewija sie w moich snach.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
mlody dobral sie do mojego kapcia. odpuscilam, zdjelam ocieplacz na stope z lewej nogi. ale malo mu, bo porzucil go i teraz dobiera sie do nogi lewej. i zuje zapamietale ow kapec. wchodzi pod stol i bardzo sie dziwi, zemu go boli glowa kiedy probuje sie podniesc bedac jeszcze pod blatem. chwile potem sciaga wszystkie scierki z drzwiczek od kuchenki gazowej i pelza z nimi po calej podlodze. stara sie wdrapac mi na kolana. ziewa. klade go do lozeczka, co konczy sie strasznym placzem (2 minuty... 5 minut... 10 minut... cisza), ale co zrobic, dziecko sie musi uczyc samodzielnosci. i tego, ze nie bede go bujac przez poltorej godziny w lezaczku-bujaczku. zasypia, moge w koncu zrobic sobie herbate, moze nawet zdaze sie wysikac. kiedy zaczynam czytac ksiazke, jasniepan budzi sie i znowu placze. glowa mi peka, ale usmiecham sie do niego dzielnie, w koncu to tylko dziecko. kicham, znowu placze. tak, kiedy kicham on placze, a kiedy ja placze - on sie smieje. nauczyl sie juz troche 'gadac' - jego gadanie polega na wykszykiwaniu onomatopei na caly glos, niekiedy prosto w moje biedne ucho. pora karmienia to sprawdzian dla cierpliwosci. w piatek na moich wlosach wyladowaly buraczki - nie mam zielonego pojecia w jaki sposob, ale takie sa fakty mili panstwo.
czwartek, 2 grudnia 2010
najpierw troche o sniegu.
otoz ja uwielbiam snieg i mroz (taki do -15 stopni). w poniedzialek sypnelo bardzo obficie, co ucieszylo tak mnie, jak i mojego psa. w pracy siedzialam do pozna, ale nic to, wrocilam do domu, wzielam bube i kube pod pachy, i poszlismy szalec w sniegu. przez caly dzien mialam cholerna ochote na czekolade. doczlapalismy sie do stacji benzynowej i zazartowalam 'haha, a teraz sie okaze, ze koti nie wziela pieniedzy!' i naprawde swiecie wierzylam, ze to bedzie udany dowcip. niechcacy wyszedl z tego czarny humor, bo rzeczywiscie - pieniadze zostawilam w drugiej kurtce... ale udawanie sanek i tak sie odbylo i zrekompensowalo brak czoko.
we wtorek i srode rowniez rozkoszowalam sie bialym puchem lazac z psem po zaspach.
az do dzisiaj, pierwszego czwartku, a drugiego dnia grudnia dwa tysiace dziesiec, wkurzalo mnie bardzo intensywne wyrazanie (czesto wielce niekulturalne) swojej dezaprobaty przez mieszkancow warszawy w stosuku do stanu odsniezenia ulic. poniewaz dzisiaj po raz pierwszy wyszlam na spacer z mlodym. w wozku. samochod odsniezony, ale jak ja to jasnej anielki mam wywlec wozek z dzieckiem na chodnik? zeby zobrazowac - wozek jest w samochodzie. samochod stoi przodem do chodnika. wyciagam wozek z bagaznika, nie mam jak nim przejechac obok auta, wiec bobo wkladam do niego rowniez od strony ulicy. no i jade kawalek ulica. jeszcze ujdzie. wjezdzam na chodnik i zaczyna sie masakra. uklepana warstwa sniegu jest bardzo waska, starcza na jedna osobe. a ja zapieprzam pchajac wozek. przejscie przez jezdnie to kolejny koszmar. najlepiej, gdyby wozek byl malym poduszkowcem albo mial funkcje LEWITACJA bo przez niektore nieuprzatniete zaspy-waly nie dalam fizynie rady przebrnac. w efekcie chodzilam z mlodym przez pol godziny w te i z powrotem po jedynym odsniezonym kawalku chodnika na przeciwko domu. jea.
mimo tego moja pozycja wobec pogody za oknem sie nie zmienila jakos radykalnie. nadal snieg jest mega, a ludzie marudza, bo tak maja zakodowane w genach, przynajmniej w naszej szerokosci geograficznej.
otoz ja uwielbiam snieg i mroz (taki do -15 stopni). w poniedzialek sypnelo bardzo obficie, co ucieszylo tak mnie, jak i mojego psa. w pracy siedzialam do pozna, ale nic to, wrocilam do domu, wzielam bube i kube pod pachy, i poszlismy szalec w sniegu. przez caly dzien mialam cholerna ochote na czekolade. doczlapalismy sie do stacji benzynowej i zazartowalam 'haha, a teraz sie okaze, ze koti nie wziela pieniedzy!' i naprawde swiecie wierzylam, ze to bedzie udany dowcip. niechcacy wyszedl z tego czarny humor, bo rzeczywiscie - pieniadze zostawilam w drugiej kurtce... ale udawanie sanek i tak sie odbylo i zrekompensowalo brak czoko.
we wtorek i srode rowniez rozkoszowalam sie bialym puchem lazac z psem po zaspach.
az do dzisiaj, pierwszego czwartku, a drugiego dnia grudnia dwa tysiace dziesiec, wkurzalo mnie bardzo intensywne wyrazanie (czesto wielce niekulturalne) swojej dezaprobaty przez mieszkancow warszawy w stosuku do stanu odsniezenia ulic. poniewaz dzisiaj po raz pierwszy wyszlam na spacer z mlodym. w wozku. samochod odsniezony, ale jak ja to jasnej anielki mam wywlec wozek z dzieckiem na chodnik? zeby zobrazowac - wozek jest w samochodzie. samochod stoi przodem do chodnika. wyciagam wozek z bagaznika, nie mam jak nim przejechac obok auta, wiec bobo wkladam do niego rowniez od strony ulicy. no i jade kawalek ulica. jeszcze ujdzie. wjezdzam na chodnik i zaczyna sie masakra. uklepana warstwa sniegu jest bardzo waska, starcza na jedna osobe. a ja zapieprzam pchajac wozek. przejscie przez jezdnie to kolejny koszmar. najlepiej, gdyby wozek byl malym poduszkowcem albo mial funkcje LEWITACJA bo przez niektore nieuprzatniete zaspy-waly nie dalam fizynie rady przebrnac. w efekcie chodzilam z mlodym przez pol godziny w te i z powrotem po jedynym odsniezonym kawalku chodnika na przeciwko domu. jea.
mimo tego moja pozycja wobec pogody za oknem sie nie zmienila jakos radykalnie. nadal snieg jest mega, a ludzie marudza, bo tak maja zakodowane w genach, przynajmniej w naszej szerokosci geograficznej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)