jakas plaga. wszyscy zakladaja sobie wzajemnie dziwne metalowe koleczka na palce. nie, zebym miala cos przeciwko temu - jak chca, dobrze im zycze. ale sie jakis wysyp zrobil, a ja poczulam sie staro. to juz TEN moment, kiedy duza czesc znajomych formalizuje swoje sparowanie. i bylam na imprezie zareczynowej, gdzie byly same pary/zareczeni/zonkosie + kilka szczesliwych przyszlych matek. nie moge jednak nie docenic owego zlotu ludzi mniej lub bardziej mi znanych, gdyz skosztowalam po raz pierwszy w zyciu piwa z sokiem... fiolkowym. mniam. tzn syrop slodki jak kazdy inny, ale sama mysl, ze 'moje piwo pachnie fiolkami' byla taka.. budujaca.
tak jak sobie obiecalam, wyspalam sie znakomicie tak w sobote, jak i w niedziele. w sobote dotrzymalam danego sobie slowa i pojechalam po raz kolejny obejrzec imitacje Morrisona na deskach teatru Rampa. Im bardziej zaglebiam sie w ten spektakl, tym bardziej wydaje mi sie on gowniany. okaleczone teksty (przeklad jest koszmarny), zdarzenia srednio chronologicznie, gra aktorow... no dlugo by mozna jeszcze pisac. ale mam przez te 2h choc imitacje wrazenie, ze przenioslam sie w czasie. w ogole aktora grajacego Morrisona mogliby zmienic - jest juz troche za stary na te role. cialo ma niezle, ale troche juz wylysial. i udaloby mi sie dopiac swego, gdyby mu sie kabel nie splatal.
w kazdym razie moj plan odwiedzenia Père Lachaise nabral realnych ksztaltow. w lipcu.
i chce harmonijke ustna.
wczoraj tez bylam w teatrze, La M.ort na 'Rosencrantz i Guildenstern nie żyją', ale chyba jestem za glupia, zeby to zrozumiec. spektakl bylprzegadany - zdominowany przez monologi i dialogi wystrzeliwane z predkoscia swiatla; dodatkowo widownia nieco psula klimat: jeden pan sie dusil (katar? gruzlica jakas?) i co chwila potrzasal pudeleczkiem z drazetkami (co brzmialo jak tic-tac'i), smarkal i pociagal nosem, i sapal jak lokomotywa. obok niego jakis znudzony pan czytal czasopismo, a jego zawstydzona znajoma zwracala mu bezskutecznie uwage, ze tak sie w teatrze nie przystoi zachowywac, chociazby sztuka byla mega nudna. sama nie byla gorsza, bo co chwila z niewiadomych przyczyn wybuchala smiechem. doprawdy.
caly weekend bardzo tworczy wbrew pozorom. swiatly takze i pouczajacy.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz