poniedziałek, 6 grudnia 2010

mlody dobral sie do mojego kapcia. odpuscilam, zdjelam ocieplacz na stope z lewej nogi. ale malo mu, bo porzucil go i teraz dobiera sie do nogi lewej. i zuje zapamietale ow kapec. wchodzi pod stol i bardzo sie dziwi, zemu go boli glowa kiedy probuje sie podniesc bedac jeszcze pod blatem. chwile potem sciaga wszystkie scierki z drzwiczek od kuchenki gazowej i pelza z nimi po calej podlodze. stara sie wdrapac mi na kolana. ziewa. klade go do lozeczka, co konczy sie strasznym placzem (2 minuty... 5 minut... 10 minut... cisza), ale co zrobic, dziecko sie musi uczyc samodzielnosci. i tego, ze nie bede go bujac przez poltorej godziny w lezaczku-bujaczku. zasypia, moge w koncu zrobic sobie herbate, moze nawet zdaze sie wysikac. kiedy zaczynam czytac ksiazke, jasniepan budzi sie i znowu placze. glowa mi peka, ale usmiecham sie do niego dzielnie, w koncu to tylko dziecko. kicham, znowu placze. tak, kiedy kicham on placze, a kiedy ja placze - on sie smieje. nauczyl sie juz troche 'gadac' - jego gadanie polega na wykszykiwaniu onomatopei na caly glos, niekiedy prosto w moje biedne ucho. pora karmienia to sprawdzian dla cierpliwosci. w piatek na moich wlosach wyladowaly buraczki - nie mam zielonego pojecia w jaki sposob, ale takie sa fakty mili panstwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz