najpierw troche o sniegu.
otoz ja uwielbiam snieg i mroz (taki do -15 stopni). w poniedzialek sypnelo bardzo obficie, co ucieszylo tak mnie, jak i mojego psa. w pracy siedzialam do pozna, ale nic to, wrocilam do domu, wzielam bube i kube pod pachy, i poszlismy szalec w sniegu. przez caly dzien mialam cholerna ochote na czekolade. doczlapalismy sie do stacji benzynowej i zazartowalam 'haha, a teraz sie okaze, ze koti nie wziela pieniedzy!' i naprawde swiecie wierzylam, ze to bedzie udany dowcip. niechcacy wyszedl z tego czarny humor, bo rzeczywiscie - pieniadze zostawilam w drugiej kurtce... ale udawanie sanek i tak sie odbylo i zrekompensowalo brak czoko.
we wtorek i srode rowniez rozkoszowalam sie bialym puchem lazac z psem po zaspach.
az do dzisiaj, pierwszego czwartku, a drugiego dnia grudnia dwa tysiace dziesiec, wkurzalo mnie bardzo intensywne wyrazanie (czesto wielce niekulturalne) swojej dezaprobaty przez mieszkancow warszawy w stosuku do stanu odsniezenia ulic. poniewaz dzisiaj po raz pierwszy wyszlam na spacer z mlodym. w wozku. samochod odsniezony, ale jak ja to jasnej anielki mam wywlec wozek z dzieckiem na chodnik? zeby zobrazowac - wozek jest w samochodzie. samochod stoi przodem do chodnika. wyciagam wozek z bagaznika, nie mam jak nim przejechac obok auta, wiec bobo wkladam do niego rowniez od strony ulicy. no i jade kawalek ulica. jeszcze ujdzie. wjezdzam na chodnik i zaczyna sie masakra. uklepana warstwa sniegu jest bardzo waska, starcza na jedna osobe. a ja zapieprzam pchajac wozek. przejscie przez jezdnie to kolejny koszmar. najlepiej, gdyby wozek byl malym poduszkowcem albo mial funkcje LEWITACJA bo przez niektore nieuprzatniete zaspy-waly nie dalam fizynie rady przebrnac. w efekcie chodzilam z mlodym przez pol godziny w te i z powrotem po jedynym odsniezonym kawalku chodnika na przeciwko domu. jea.
mimo tego moja pozycja wobec pogody za oknem sie nie zmienila jakos radykalnie. nadal snieg jest mega, a ludzie marudza, bo tak maja zakodowane w genach, przynajmniej w naszej szerokosci geograficznej.
czwartek, 2 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz