środa, 22 grudnia 2010

wczoraj. mialam na koncie mniej funduszy niz myslalam. weszlam do sklepu, za gotowke kupilam wino w najbardziej kiczowatej butelce, jaka znalazlam (jak zwykle). wrzucilam do koszyka kilka innych niezbednych do zycia produktow jak chipsy, czekolada, puszka skondensowanego mleka i zupki chinskie, costam do tego jeszcze. poszlam do kasy. odrzucilo mi karte po raz pierwszy. wiec ja odrzucilam kilka produktow. odrzucilo karte po raz drugi, pani kasjerka zrobila sie niemila. odrzucilam reszte zakupow. poszlam do bankomatu nieopodal, by dowiedziec sie, w czym rzecz. pomyslalam - dobra, wiem juz, ile mam na koncie, to pojde do innego sklepu po cos do zarcia, do tamtego juz nie zdaze. i tak najwazniejszy produkt spozywczy mam w plecaku. i tak weszlam do innego sklepu, ale cos mnie tknelo. czy aby na pewno mam wszystko, co miec powinnam? no pewnie, ze nie. po co. zaginely w akcji male zakupy kosmetyczne z drogerii, wiec biegne do sklepu numer jeden, po drodze malo sie dwa razy nie zabijajac na lodzie, no bo po co sobie zawracac glowe posypaniem chodnika. juz nie mowie nawet odsniezeniem, zebraniem calej lodo-pluchy z niego. zwykly piasek. na szczescie zdazylam i wszystko skonczylo sie happy endem.

a na przystanku nie chcialo mi sie wsiadac w tramwaj. nie mialam ochoty. stalam obok slupa z rozkladem jazdy i patrzylam sie na platek sniegu. byl naprawde duzy i tak ladnie blyszczal. nie moglam od niego oderwac wzroku i zastanawialam sie, czy ktos jeszcze procz mnie go widzi. czy wszyscy chca sie po prostu stloczyc jak sardynki w jakims cholernym wagonie. czy ktos tego platka zaraz nie zdepcze. i jakas pani nadepnela go wkrotce potem obcasem. nie zastanawiajac sie, gdzie stawia noge.

i mialam boski wieczor. to niesamowite, ze w koncu cos odciagnelo moja uwage od majki i lezenia godzine w wannie. ogladalam serial, tarmosilam psa za uszy, pilam wino - caly czas majac na glowie kretynska papierowa czapeczke w stylu dzieciecych przyjec. oczywiscie rozowa. i oczywiscie zapomnialam, ze mam ja na glowie. przypomnialam sobie o niej dopiero w lazience, kiedy spojrzalam w lustro. nie byl do dobry widok i mialam ochote wszystkie lustra w domu rozpieprzyc w drobny mak. czasem po prostu brakuje kamieni.

acha, i jeszcze siostra powiedziala, ze matka znowu sie na mnie obrazila i, ze tak powiem, swiat nie bedzie. bo ona sie ze mna nie umawiala. przykro to mowic, ale fochy moich rodzicow sa chyba ostatnia rzecza, jaka sie w zyciu przejmuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz