piątek, 9 grudnia 2011

Wczoraj magiczne ciasteczka (masło, cukier, mąka i jajka, nic ponadto, ale nadal magiczne), dzisiaj przychodzę do małego. Na stole książka. Na okładce TO konkretne słowo. Później piszę SMSa z bramki internetowej, żeby wysłać trzeba wpisać hasło. Jako hasło znów pojawia się TO słowo. Czy to jakaś cholerna zmowa? Nie to, żebym narzekała. Ciekawe, ciekawe...

środa, 7 grudnia 2011

O matko, czuję się upośledzona, cofnięta w rozwoju jakaś. Nie mogę spać. Dwa razy pomyliłam drogę. I za dużo zjadłam.

Jutro przyjeżdża kolejny drugi pies. A, i nie jadę do Wiednia! Od ostatniego weekendu jakoś odechciało mi się tego wyjazdu, ale myślałam - umówiłam się, to pojadę. Jednak 'się samo' rozwiązało, niezależnie ode mnie. Haha, Góra wie co robi. Yeah!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zmian ciąg dalszy. Kilka centymetrów nad ziemią. Takie rzeczy przychodzą niespodziewanie, kiedy człowiek myśli - że jak to? że niby może być inaczej? A jednak.
Parę dni temu coś porządnie zatrybiło w mojej łepetynce. Jest świetnie. Banan nie schodzi mi z twarzy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wracałam do domu o 6.00 rano, wybawiona, wygadana, trochę napita, szczęśliwa. Miałam na nogach buty-rybki, jakiś miły pan w typie zadbanego kloszarda przywitał się z tymi moimi butami, zaczął karmić je orzeszkami, a potem przez dwie stacje nasze stopy się ze sobą bawiły. Nie zamieniliśmy ani słowa, ale to była tak urocza akcja, że czułam rosnące w środku ciepło.
Są ludzie. Ludzie są fajni. Znalazłam swoje miejsce do przesiadywania - zawsze mi takiego czegoś brakowało. Aaaaach... Wszystko przemija. Te złe dni zwłaszcza :)

czwartek, 17 listopada 2011

'Zło dobrem zwyciężaj' - trzy krótkie słowa, a tak trudno wcielić je w życie. Tak samo jak zwyczajne pozytywne myślenie, albo chociaż powstrzymanie się psioczenia na głos i po cichu, w myślach na osobę, która miesza. Uczę się tego. Ale gdzie są granice?

Czy odcięłam dziś kotwicę od swojego koreczka? Wierzę w to. Wierzę, że mój koreczek popłynie w końcu z prądem rzeki.

Szkoda tylko, że na miejsce jednego oddanego psa czeka 50 kolejnych. A zima idzie...

piątek, 11 listopada 2011

Jakaż zmiana zaszła niesamowita ostatnimi czasy...

Wspomniana wcześniej tableteczka nie przyniosła aż takich rezultatów, jakich się po niej spodziewałam, niejmniej jednak po jakimś czasie zwaliła mnie z nóg - niestety nie w tym momencie, co potrzeba. Mój pies dostał sraczki i musiałam wyłazić z nim na dwór co dwie godziny. To było coś w stylu półlunatykowania. Wszystko robiłam automatycznie, bez namysłu. A rano pod względem wizualnym miałam wrażenie, jakbym grała w filmie, który się zacina, tak mi się wszystko przewijało przed oczami.

Mniejsza z tym.

Na mojej drodze pojawił się Pan Prawnik, który wyznaje podobną filozofię życiową co ja - nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko ma swój sens, ze wszystkiego trzeba wyciągać wnioski, nad nami jest jakaś nieokreślona siła wyższa... Tylko ja nie mam w sobie dyscypliny i pokory, żeby to wszystko rzeczywiście wcielać w życie. Pan Prawnik ma i dzieli się tym z ludźmi. Tak więc któregoś dnia, kiedy przyszłam w sprawie o profilu typowo zawodowym usadził mnie na krześle i zabrał mi depresję, ot tak, po prostu. Nie tęsknię za nia i chociaż jeszcze przede mną jest kawałek drogi do przejścia jestem pewna, że się uda. Dzisiaj jadę pożegnać się również z innymi rzeczami, jakie gnijąc zalegają w mojej głowie. Przełom? Mam nadzieję.

A z innej beczki... Czyż można wyobrazić sobie równie dziwny dzień? Tyczy się to dnia wczorajszego. Rano wychodząc z psami ujrzałam lustro - nie pod śmietnikiem, ale oparte o drzewo na środku trawnika stało duże lustro w drewnianej ramie. W jednym kawałku, nieporysone, w sumie całkiem czyste. Hm, psy kotłując się w domu zbiły mi dwa lustra... Nie zastanawiając się długo odstawiłam kudłacze do domu, wróciłam po samotnie stojącą furniturę i zataszczyłam do domu. Dzień zamknęłam podobną abstrakcją. Zamiast - jak każdy porządny człowiek w moim wieku - iść na wieczorną imprezę, polansować się po mieście, napierdolić się zdobywając nowe, lecz ulotne wspomnienia czy po prostu czytać 'cierpnienia młodego Wertera' w jakiejś modnej knajpie (której jednak nazwy nie wymienię) postanowiłam spotkać się z przyjaciółką i pójść na nocne zakupy do Tesco. 'Wiem, co mam kupić, tylko dwie rzeczy i lecimy' - i jak to zwykle bywa w przypadku, kiedy we dwie wchodzimy do tegoż hipermarketu wszelkie wcześniejsze postanowienia są gówno warte. Zabawiłyśmy tam ze dwie godziny, nawet nie pamiętam dlaczego. Z początku wszystko szło gładko aż do momentu, kiedy weszłyśmy do działu z... ozdobami choinkowymi. Doszłam do wniosku, że w tym roku MUSZĘ mieć choinkę i gówno obchodzi mnie to, że nie ma jeszcze połowy listopada. Najmniejsze sztuczne drzewko kosztowało 7zł. Do tego nieproporcjonalnie duże bombki - ale zanim wybrałam ostateczny zestaw kilka razy upadłam na podłogę ze śmiechu. Tak, zdecydowanie, wieczory z Nią to świetna śmiechoterapia. Kiedy już opuściłysmy dział choinkowy przypomniało mi się, że koniecznie muszę kupić mopa. Żeby umyć te 0,3m2 w łazience. No i przecież miałyśmy wziąć lody. Niestety do zamrażarek szło się przez dział z kosmetykami, w którym co chwila zatrzymywałyśmy się, by powąchać perełki do kąpieli o zapachu szampana czy pokontemplować nad żelem pod prysznic z Buzzem Astralem, któremu ktoś urwał głowę. Na naszym przykładzie możnaby swobodnie zobrazować ruch jednostajnie opóźniony.

Wczorajszy dzień był przełomowy z jeszcze jednego powodu. Kołdra. Nadszedł wiekopomny dzień, dość spania i marznięcia pod śpiworem. Pomarańczowe prześcieradło, ciepła kołdra z zieloną poszewką, do kompletu rudawy koc. Spało się wybornie!

sobota, 29 października 2011

Zastanawiałam się ostatnio, czemu kobiety kochają drani. Może dlatego, że nie lubimy się mylić, przyznawać do błędów? A może dlatego, że sporo z nas ma w sobie 'syndrom matki Teresy'... Wierzy w cuda-niewidy. Z resztą jakie to ma znaczenie.

Dzisiaj planuję się wyspać. Łyknęłam sobie bardzo ładną tableteczkę, mam nadzieję, że podziała. Teraz śpię po 2-3h na dobę, jak już uda mi się zasnąć - mam koszmary. Ojciec, ktoś próbuje mnie zabić, takie fajne klimaty. Tak źle i tak niedobrze.

poniedziałek, 24 października 2011

Psy są dla mnie tym, kim dla niektórzych są dzieci. Powodem, żeby rano wstać, żeby wyjść na spacer, żeby się uśmiechnąć, pochwalić je za coś, bawić się, trenować. Wypełniają moje życie. Obawiam się, że wolę ostatnio czas spędzać z nimi niż z ludźmi, raczej wśród ludzi. W metrze dostaję jakiejś trzęsawicy, nie mogę znieść smrodu, głosów, oddechów ludzi. Idąc ulicą nie mogę na nich patrzeć. Są takie dni, właśnie teraz. Może mi za jakiś czas przejdzie i znowu będę duszą towarzystwa. Na razie klaruje mi się, czym chciałabym zająć się w życiu.

sobota, 22 października 2011

Czuję się staro. Do sklepu czynnego 24h weszłam za grupką młodzieży, wiekiem zapewne nie tak bardzo zaawansowani jak ja, lecz płeć piękna z tego towarzystwa wyglądała jak 30-stki po liftingu. W każdym razie - weszłam do monopolowego po chipsy. Nie po piwo, tanie wino czy inny tego typu bajer, ale po cholerne chipsy. A potem oglądałam z Przyjaciółką 'Pamiętniki z wakacji' popijając owocową herbatą.

Nadrobiłam w Tesco kupując pojedynczy kieliszek do wina, bo przecież wstyd pić wino z kubka.

piątek, 21 października 2011

Chodzenie spać uważam obecnie za bezsensowne. I bezsenne. Siedzę do późna, byle tylko oczy zaczęły się same zamykać ze zmęczenia, ze znużenia. Wyłączam komputer. Gaszę światło. Wskakuję w śpiwór, przykrywam się kocem. I gówno. Leżę, gapię się w sufit, w jedną ścianę, w drugą ścianę. Kaskada galopujących myśli, zagwozdek, gdybań i innych tym podobnych. Mija godzina, dwie, w końcu udaje mi się zasnąć. Często mam koszmary, a tak czy siak codziennie śni mi się On. Czasem dobrze, czasem źle. Budzę się w środku nocy - jeśli po koszmarze, to z krzykiem - przekonana, że już czas wstawać do pracy. Kilka razy zaczęłam się nawet ubierać nie zważając na zmrok panujący za oknem. Ogarniam się i kładę znowu. Mija kolejna godzina, zanim udaje mi się ponownie zasnąć. Budzik próbuje mnie wygonić z łóżka, słaniam się na nogach nieprzytomna. Wory pod oczami, kapeć w ustach. Zapominam się uczesać. Jedyne momenty, kiedy śpię w miarę dobrze to drzemki z dzieciakiem w pracy - on idzie spać, ja idę spać. Odpływam bez problemu w mgnieniu oka i żadziej mam koszmary. Lepiej też spało mi się u siostry. Może to przez mieszkanie? Naładowane złą energią... Może duch Starego jeszcze się tu pałęta..

Teraz też odwlekam chwilę odłączenia się od świata.

środa, 19 października 2011

Nie wiem, jak brzmi pękające, rozdzierane na strzępy serce, ale podejrzewam, że jest to dźwięk zbliżony do rozdeptanego na chodniku w słoneczny dzień ślimaka. A potem podeszwa robi *klap plask* i inne onomatopeje z siebie wydaje, kiedy to nieszczęsne kawałki nieboszczyka co i rusz przyklejają się do innej płytki chodnikowej.

Śnił mi się dzisiaj ojciec. Jak zwykle w negatywny sposób, wyrządzał mi krzywdę. Tym razem trzymał mnie mocno za nadgarstki i mówił 'i co, tego właśnie chciałaś smarkulo?' i śmiał się tym swoim znienawidzonym przeze mnie lekceważącym uśmieszkiem, wykrzywiającym mu twarz w równie znienawidzonym grymasie. W końcu się wyswobodziłam. Obudziłam się w momencie, kiedy w śnie walnęłam go w twarz, w rzeczywistości zaś przypierdoliłam pięścią w ścianę. Takich snów też nienawidzę.

Myślę też duzo o Kajce... Jakoś nie dociera do mnie, że skoczyła z okna, że jej nie ma. Nie byłyśmy wielkimi przyjaciółkami, ale kiedyś spędzałyśmy sporo czasu razem, zwykle tańcząc na knajpianych stołach przy GNR. Czasem w poszukiwaniu czyjegoś numeru telefonu przelatuje mi jej imię w spisie kontaktów... Mam wtedy ochotę wysłać jej SMSa 'czesc, co slychac? moze umowimy sie w koncu na piwo?', ale wiem, ze nikt nie odpisze, ze ta wiadomosc nawet do niej nie dotrze.

I znalazłam coś lepszego i tańszego niż leżenie w wannie z cieplutką wodą - prysznic a potem zakopanie się pod spiworem + kocem z termoforem na brzuchu :) Polecam każdemu zmarźluchowi. Najlepiej z toną czekolady czy innych łakoci.

sobota, 15 października 2011

Czasami słuchając piosenki, czytając wiersz czy oglądając serial czy film odnoszę wrażenie, że ktoś mnie podgląda. Przykładów jest wiele, ostatnio Osiecka oraz ostatni odcinek moich ukochanych 'Trudnych Spraw'. Wcześniej jeszcze 'Monidło' Halszki Opfer. Najlepsze jest to, że straszliwie wkurwiałam się na autorkę (będącą zarazem główną bohaterką) za brak jaj, za brak siły żeby powiedzieć NIE. A sama nie jestem lepsza, robię dokładnie to samo. Ze strachu, ze słabości. Ofiara zawsze pozostanie ofiarą. Chcę się w końcu wyplątać z tego schematu.
Z tej właśnie przyczyny w zimie pojadę do Hiszpani, wyrwę jakiegoś dzianego biznesmena i będę wiodła dostatnie, leniwe życie czytając i pisząc książki. Oraz wysyłając wam co jakiś czas zdjęcia z mojego bajecznego kurortu, w którym zawsze świeci słońce.
Chociaż po zastanowieniu chyba wyrwę jakiegoś Nowozelandczyka, przynajmniej pooglądam humbaki.

Pozbyłam się w środę jednego psa, był u mnie na tymczasie. Zrobiło mi się tak smutno, że poszłam wydać o wiele za dużo pieniędzy do empiku (książki i bilety na koncerty). To zabiło ból tylko na jakiś czas. W nocy pozwoliłam swojemu psu spać ze mną na materacu, co nie zdarza się zbyt często. Ale i to nie pomogło. W piątek przyjeżdża do mnie zmarnowany malamut, który ostatnie dwa lata spędził w przechowalni dla zwierząt pod Olsztynem. Oooo tak, od razu lepiej.

A tak w ogóle to przede wszystkim chciałam napisać o bezapelacyjnie najskuteczniejszym sposobem na zrzucenie zbędnych kilogramów. Żadne tam siłownie i diety, pocenie się i głodówki. Z całego serca polecam depresję, najlepiej połączoną z nerwicą. Jeść się definitywnie odechciewa, a jak już coś uda się wmusić, organizm natychmiat biegnie do kibla i zwraca, afiszując tym samym swoją solidarność z właścicielem. Nerwica dodatkowo zaburza sen, przez co metabolizm większość czasu jest czynny, co za tym idzie - spala więcej kalorii. Jako wady takiego systemu można zaliczyć podkrążone oczy i szarą cerę, zawroty głowy, problemy z koncentracją - ale czego my, kobiety, nie zrobimy, by wcisnąć się w spodnie xxxxxxs? Żeby tylko zawrócić w głowach tym szalonym facetom? Ach!

środa, 12 października 2011

Dzisiaj się złamałam. Cholerny empik. Dwa bilety na koncerty i trzy książki. Wydałam resztkę awaryjnej kasy na jedzenie, ale za bardzo się nie przejmuję, jeść mi się nie chce, a suszone jabłka mogę jeść w kółki.

Wizyta u psychologa niezbyt mnie pocieszyła, niezbyt postawiła na nogi, ale w jakiś sposób pomogła. Trochę wyklarowała. Sądzę, że podejmuję dobrą, acz kurewsko trudną decyzję. Pani psajko świetnie to ujęła - to tak, jakby umarł ktoś bliski. Rozpacz po stracie.

poniedziałek, 10 października 2011

Obiecałam sobie, że do końca tygodnia nie wydam ani złotówki. Tak ogólnie, na nic. Pierwszy dzień udany, portfel zostawiłam w domu. Wystarczy nie brać ze sobą pieniedzy i nagle coś-co-muszę-koniecznie-kupić nie jest wcale takie niezbędne.
Wczoraj w Tesco zrobiłam zapasy na najbliższy tydzień - suszone jabłka i krążki ryżowe z czekoladą. Powinno starczyć. Oprócz tego piżama z krową, rękawiczki i dwie płyty.

Cieszę się z tego mojego postanowienia. Od jakichś dwóch godzin kusi mnie, żeby wybrać się na żer - wielka butelka czerwonego słodkiego wina. Uwalić się w wannie z o wiele za ciepłą wodą, wypocić z siebie cały syf. Z pomalowanym trzy lata temu kieliszkiem, zapalić... Czekać, aż resztki farby poodrywają się z sufitu i spadną mi na głowę.
Ale nie powinnam pić. Nie powinnam też palić. Teoretycznie. Teoretycznie powinnam być przystosowaną społecznie jednostką, mającą za sobą maturę, kończącą studia, z ciekawą pracą w perspektywie, może nawet jakimś sensownym kolesiem u boku, czerpiącą z życia garściami. Młoda, zdolna, atrakcyjna. Mało ma się teoria do praktyki, albowiem gdyż ponieważ bo jestem po prostu w ciemnej dupie. Przystosowana zbytnio nie jestem, do nauki nie potrafię się zmobilizować, chociaż matura nie jest wielkim wysiłkiem... Pójść na przód chociaż z tą częścią mojego świata. Od ponad roku niańczę dziecko, co ostatnio zaczyna mnie irytować. Staram się wykaraskać z toksycznego związku, w którym na zmianę kocham i nienawidzę głównego bohatera, na zmianę tęsknię i chcę skopać mu dupę. Na domiar złego facet jest nietuzinkowy i inteligentny, przez co inni przedstawiciele jego rasy wypadają naprawdę słabo.

A jedyne co czerpie z życia garściami to czekoladki na wagę. Też z Tesco.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Jim Morrison jest dla mnie przede wszystkim poeta, autorem genialnych tekstow, ktore w pewnych momentach zahaczaja o kicz, jednak nigdy bezposrednio sie z nim nie stykaja. Tak jak i w Malym Ksieciu - za kazdym razem kiedy ich slucham czy czytam odnajduje cos nowego.

poniedziałek, 30 maja 2011

w przedpokoju postawilam lodowke
otworzylam drzwi na osciez
ustawilam najwieksze chlodzenie
bo troche za cieplo w tym moim domu

w lodowce jedzenie
na pozniej
teraz nie mam ochoty jesc
moze jutro
ale nie dzisiaj

wtorek, 1 lutego 2011

Zainspirowana artykułem o trendach wnetrzarskich postanowilam podzielic sie z wami swimi refleksjami. mianowicie. pomysl polaczenia lazienki z sypialnia jest calkiem fajny w moim mniemaniu, o ile rzecz jasna dysponuje sie odpowiednia powierzchnia. i jesli mieszka sie w pojedynke. no dobra, mozna sobie mieszkac slodko we dwojke (czy jak tam kto woli wieksza iloscia osob), tez bym nie miala nic przeciwko takiemu rozwiazaniu mieszkajac z samcem, ale jest jedno bardzo duze ALE. byc moze jestem staroswiecka, zasciankowa, zacofana, zupelnie nienowoczesna, jednak wizja robienia kupy w sypialni, chociazby we wglebieniu, za przepierzeniem, cokolwiek, w kazdym razie w miejscu nie oddzielonym scianami i drzwiami od pomieszczenia, w ktoym spie jest dla mnie nie do pomyslenia. a w wyzej wymienionym artykule takie rozwiazania sa (niestety, nie ma tam umieszczonych rzutow, a takowe byly w papierowym wydaniu pisma), mozna bylo zobaczyc lozeczko, nieopodal wanna, a obok wanny piekny sedes. proponuje jeszcze obok sedesu umiescic rozkladany blat, coby mozna bylo komfortowo jesc, kiedy sie wydala.



kolejna sprawa, jesli chodzi o wystroj wnetrz - po prostu obecne trendy w ogole mi sie nie podobaja. minimalistyczne, chlodne pustostany, nowoczesne i metalowe, gladkie, robotyczne wrecz, bezosobowe, ascetyczne i sterylne. nie chcialabym wracac do takiego domu, chyba ze wezme pod uwage fakt, ze pod moja dyktatura w try miga zamienilby sie w przytulny maly burdel.

środa, 26 stycznia 2011

kilka dni temu na jednym z portali spolecznosciowych* wymienialam ze znajomymi uwagi dotyczace pracy - miejsca, warunkow, wynagrodzenia, atmosfery i tym podobnych jej aspektow. bedac wyjatkowo leniwa pozwole sobie po prostu przekopiowac niektore wypowiedzi, czasem skrocone, lecz z zachowaniem ich sensu. a i tak wyjdzie dosc dlugo.

no i nie napisze, bo gdzies rozmowe wcielo. potem poszukam lub wyprodukuje swiezy towar.

*chodzi rzecz jasna o facebook. coraz bardziej irytuje mnie internet jako miejsce 'spotkan', a taki facebook (mimo ze i u mnie 'chodzi' caly czas w tle) szczegolnie. okej, fajnie jest spojrzec i zobaczyc, kto rowniez jest online, pogadac chwile lub dwie z wybrana osoba, ale mam wrazenie, ze fb przybiera powoli range life-stylowa. jakis czas temu portal inteligentnie zablokowal moje konto, bo dla zartow ustawilam sobie inne nazwisko. uznano to za podszywanie sie pod inna osobe, wprowadzanie falszywych danych i przez miesiac bylam marginesem spolecznym. mocno wtedy odczulam, jak moim znajomym fb wszedl do krwi - ilekroc sie z kims widzialam, czy to na kameralnym spotkaniu, czy wiekszej imprezie, zawsze byl poruszany temat 'a widzialas/es co X ostatnio wrzucil na fejsa?', 'kurde, chyba Z i W sie rozstali, widzialam/em, ze zmienili status zwiazku na fejsie' etc etc etc, przyklady mozna mnozyc. kiedy ktos wplatal watek fb w rozmowie ze mna, a ja odpowiadalam 'nie mam fb', zwykle nastepowala chwila milczenia, wybaluszenie oczu oraz pytanie 'ale jak to?' ano takto srakto. nagle okazalo sie, ze bez dostepu do fb ominely mnie jakies pomniejsze imprezy, spotkania, wspolne piwo, cos tam jeszcze, w kazdym razie kilka zdarzen. oprocz dwoch czy trzech osob wiekszosc znajomych zapomniala o moim istnieniu z racji tego, ze wszystko wrzucali 'na sciane na fejsie'. dlatego tez zastanawiam sie od jakiegos czasu, czy nie zlikwidowac sobie konta na tymze portalu w celu zyskania czasu, ktory zwykle trace na pierdoly oraz weryfikacji moich przyjazni i znajomosci.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

allegro powinnam miec zablokowane, bo zaczynam dzielic skore na niedzwiedziu. strasznie sie niecierpliwie i chcialabym juz teraz zaraz w tej chwili kupic kilka rzeczy. ale spokojnie, jeszcze troche.

wygrzebalam kolejna 'cudowna' diete, tym razem jest autorstwa dr Haya i polega na nielaczeniu ze soba roznych grup. grupy sa trzy: bialkowa, weglowodanowa i neutralna; nie laczy sie bialka i weglowodanow. ponoc efektem jest lepsze trawienie, a w efekcie zgubienie kilogramow. na ile to prawda, zobaczymy za jakis czas, chociaz w moim przypadku powodem eksperymentu jest raczej chec poprawienia perystaltyki jelit, anizeli odchudzanie.

wczoraj natomiast odbylam z przyjaciolka Karolina burze mozgow, bosmy wpadly na pomysl rozkrecenia w koncu wlasnego interesu, zeby robic cos, co lubimy i przy okazji miec z tego jakies pieniadze, a stanelo na szeroko pojetym rekodzielnictwie. wiem, wiem - pieknie brzmi. ale kto wie, moze sie kiedys uda. co wymyslilysmy tego na razie nie zdradze. wkrotce pewnie powstanie jakas strona www albo chociaz zaslepka z krotkim info. badz co badz zapalilam sie do tego pomyslu.

zapalilam sie rowniez do renowacji mieszkania. remont to za duze slowo, poza tym naprawde lubie stopien nackania rzeczy, jaki tam panuje. totalna rupieciarnia, lecz jedyna w swoim rodzaju. zainspirowalo mnie przytulne gniazdko Karoliny, wiec marzy mi sie wycyklinowanie i zabejcowanie podlogi, pomalowanie scian, maly retusz lazienki i kuchni (czy raczej wyrobu kuchniopodobnego, wneki, w ktorej jedna osoba ledwo moze sie obrocic. przy moim zamilowaniu do garowania to zdecydowanie upierdliwe). oczywiscie jeden z dwoch pokoi pozostawiam w nienaruszonym stanie samcowi, coby mogl chlapac farba do woli nie wywolujac wypiekow 'znowu sie ujebalo' na mojej twarzy. chociaz te ujebane sciany tez maja swoj urok. ha, bedzie sporo zabawy tak czy siak.

czekam na koniec miesiaca. w lutym juz bedzie nieco lepiej, chociaz i tak przede mna naprawa szkod wyrzadzonych przez psa w wynajmowanym pokoju, czyli zaszycie kanapy, pranie dywanu (jesli nie kupno nowego) i odkupienie rolety okiennej, bo jakims cudownym trafem ja zjadla. kozica cholerna. bede musiala tez zaladowac wszystkie swoje duperele spod szyldu 'nie mam na nie miejsca, ale mam sentyment i nie chce ich wyrzucac, choc ich nie uzywam' do pudel, tak samo z ubraniami, ograniczyc sie na razie do minimum, poki drugi pokoj bedzie pelnil role pracowni, a szafa bardziej graciarni. a potem juz z gorki - coraz cieplej, kwiatki, ptaszki, sloneczko i w ogole.

czwartek, 20 stycznia 2011

z dzieckiem przez warszawe nie jest latwo. tzn zalezy z jakim - mam na mysli 13kg klocka + pewnie 1kg ciuszki w spacerowce. w drodze na wybrzeze kosciuszkowskie 20 spacerkiem.

zrobie czarny PR dla zumi. drogie zumi - to, ze wybrzeze kosciuszkowskie 19 jest w tym a nie innym miejscu nie znaczy, ze numer 20 bedzie dokladnie po drugiej stronie. wprowadzona w blad postanowilam przejsc sie mostem poniatowskiego. z optymistyczna (jak sie okazalo - na wyrost) mysla 'na pewno bedzie jakis zjazd dla wozkow' ruszylam w droge. pierwsze, drugie, trzecie, czwarte schody - zjazdu nie ma. za chwile chodnik się kończy, widzę jakieś schody, ale zjazdu nie... coz, pewnie bede sie musiala wrocic, super. ale nie! na koncu chodnika jeszcze jedno zejscie - sa szyny na wozek, uff... co prawda nieco za szeroko rozstawione, ale to juz pikus, dam rade. zjechalam, przeszlam kawalek przejsciem. dalej schody na dol, ale juz oczywiscie bez zjazdu na wozki. bo po co. wiec albo wdrapuje sie na gore, cofam do ronda i wymyslam inna trase, albo walcze ze schodami. wybralam druga opcje - stuk stuk stuk, turlamy sie powoli po schodkach. jestesmy na dole. ide chodnikiem w lewo. ide, ide, ide... i jestem znow przy schodach. chodnik prowadzi tylko dookola filaru mostu, nie ma zadnego przejscia na druga strone ulicy. na sama mysl o tym, ze musialabym targac wozek na gore po schodach, a potem wciagac go po gownianie zrobionym podjezdzie zachcialo mi sie plakac. moglam rowniec przebiec przez ulice, co wydawalo sie dosc ryzykowne, zwlaszcza, ze dziecko nie moje, jednak zdecydowalam sie wlasnie na ten krok. po drugiej stronie rowniez nie bylo normalnego chodnika, ale moglam isc w miare spokojnie poboczem wybrzeza kosciuszkowskiego. ide, ide, ide... centrum kopernika nie widac. jest chwila luzu na jezdni, przechodze na bardziej cywilizowana strone ulicy. mijam jeden most i kolejny, swietokrzyski i w koncu docieram do celu. 'troszeczke' dalej niz wskazywalo zumi.

mialam nadzieje, ze jako nowy obiekt centrum bedzie rowniez nowoczesne, bedzie tez posiadac w miare bystry personel, ale te zyczenia rowniez byly czcze. brak drzwi automatycznych - ciezkie wrota trzeba otwierac manualnie, jednak przy przebytych znojach nie jest to już wielkim problemem. wiec nie marudze. po wejsciu witam milego pana ochroniarza i pytam, gdzie zlozyc projekty na konkurs. pan ochroniarz macha mi przed nosem prospektem informacyjnym i podaje mi go. robie do niego blagalne oczy (chociaz w duchu mysle 'chyba pana pokrzywilo...'), prosze ladnie, zeby mi po prostu odpowiedzial na pytanie. oswiadcza, ze na samej gorze jest biuro, ale nie ma windy, sa schody, no i z wozkiem to ja tam nie wejde. nie moge go tez zostawic tutaj, bo 'nie mozna'. wskazal mi droge do biura - musi pani wyjsc i tam w rogu ma pani drzwi, tam trzeba wejsc i beda schody. na sama gore trzeba wejsc. wyszlam, podeszlam do grupy pracownikow, ktorzy zrobili sobie przerwe na papieroska, a takze wybawili mnie z opresji. okazalo sie bowiem, ze wcale nie musialam wychodzic z budynku zeby wejsc do czesciu biurowej. moglam zrobic okolo 10 krokow w linii prostej z miejsca, w ktorym rozmawialam z panem ochroniarzem, a rowniez bym tam dotarla. winda tez sie znalazla! mila pani wpuscila mnie wejsciem viajpi, pojechalysmy NA SAMA GORE, tzn az na pierwsze pietro! zostawilam projekty i korzystajac z okazji, ze jestem tam za darmoszke i bez kolejki (czas oczekiwania na wejscie około godziny, koszt biletu adult 22zl) troche pozwiedzalam. wracamy, w koncu... w recepcji siedza 3 mlode dziewczyny. kolejka na setki osob. prosze, by mnie wypuscily przez wieksza bramke, ale nie slysza. prosze zatem jakiegos chlopaczka, zeby wypuscil mnie przez zwykla bramke (do wyjscia potrzebna jest specjalna karta, ktorej nie mialam z wiadomych wzgledow). udaje mi sie przepchnac polowe wozka. chlopaczek pika karta drugi raz - wozek sie blokuje. chlopaczek pika trzeci raz - wychodze bramka obok, wyjmuje mlodego i trzymajac go na jednym reku, druga reka skladam wozek i jakos wyciagam z potrzasku. calosc trwala troche dlugo - jakies 10 minut, podczas ktorych zaden ochroniach czy obsluga obiektu (chociaz kilka w/w osob widzialo, ze cos sie dzieje) nie pokwapilo sie nawet, by chociaz podejsc i sie zainteresowac sytuacja, nie mowiac juz o zaproponowaniu pomocy. energicznym krokiem poszlam na najblizszy przystanek autobusowy i zawiozlam swoj umeczony tylek do domu.

tak wiec procz stepionego sluchu i wiekszego mieszkania jako kolejny warunek zdecydowania sie na wlasnego potwora stawiam wynalezienie wozka-poduszkowca. albo helikoptera.

środa, 19 stycznia 2011

ostatni okres pokazal mi, ze warto ufac swojej intuicji (przede wszystkim jej sluchac), i nie poddawac sie. ostatnio obejrzany film (food, inc.) przypomnial mi, dlaczego nie jem miesa. ostatnie 45 minut przypomnialo mi, dlaczego nie chce miec dzieci (chyba, ze wczesniej ogluchne).

wtorek, 18 stycznia 2011

dzisiaj bedzie na slodko.

ze bloga zaniedbalam to fakt, prosze o wybaczenie, skupilam sie bowiem na slowie pisanym odrecznie bezposrednio na materiale papierowym zeszytowym. w kratke. i tam tez wszystko zostanie, uzupelniac nic nie bede w wersji internetowej. no moze procz podstawowych pozytywnych informacji - nadal mam prace i ja uwielbiam, znow jestem caloscia i tez te calosc uwiebiam. i cala calosc jest pracujaca, co jeszcze bardziej mnie cieszy. i calosc bedzie spoczywala niebawem w jednym miejscu, nierozparcelowana na czesci.

jestem tak cholernie przeszczesliwa, ze boje sie, ze zaraz wybuchne i wyleca ze mnie tysiace cukierkow, jak z jakiejs pinaty. mam mnostwo pomyslow i za malo czasu, by je wszystkie realizowac. poki nie mam jeszcze funduszy na inwestowanie w owe pomysly pozostaje mi skupic sie na spalaniu kalorii przygotowujac sie do - mam nadzieje nadchodzacej - wiosny. ostatnie kilka dni byly naprawde przyjemne, juz tak troszke cieplej, kilka stopni powyzej zera, zrzucilam welniane plaszczydlo i lazilam w polarze. od razu inaczej. chociaz paczkow jeszcze na drzewach nie widac to z utesknieniem czekam na ten dzien, kiedy zachlysne sie powietrzem i stwierdze 'tak! to juz TEN zapach, wiosna!'. uwielbiam ten dzien. jeden z przyjemniejszych w roku.

jesli ktos chcialby troche szczescia i radosci, zapraszam w moje okolice. promieniuje na kilometr.

ach, i chyba pojde w slady Morrisona wzgledem uznania moich rodzicow za martwych. coz, oni zabili mnie wczesniej, o ile w ogole kiedykolwiek bylam w ich oczach zywa istota. w dodatku mixem ich komorek. mdli mnie, kiedy o tym mysle. rest in peace mamusiu i tatusiu.

sobota, 8 stycznia 2011

centra handlowe, a zwlaszcza umieszczone w nich hipermarkety niezmiennie wzbudzaja moja agresje. moze nie tyle same w/w instytucje, co przebywanie w nich i robienie tam zakupow. z powodow czysto oszczednosciowych zmuszona bylam wczoraj do pojechania do wolskiego auchan, gdzie za zakupy na +/- tydzien na dwie osoby (nie wliczajac takich rzeczy jak woda czy bulki, po co trzeba sie przejsc do sklepu na dole, coby bylo swieze) wydalam 200zl. mrozonki, kasza, ryz, makaron, takie tam pierdoly bardziej obiadowe. ale cena, jaka przyszlo zaplacic mojej psychice byla o wiele wieksza - stada ludzi z klapkami na oczach, nie patrza gdzie ida i czy przypadkiem lub nieprzypadkiem w kogos nie wjezdzaja, tym podobne ekscesy. tragedia. jako sie jednak udalo. zyje, chociaz trauma pozostala.

środa, 5 stycznia 2011

poprzedni rok skonczyl sie pomyslnie, ten zaczal sie nie najgorzej. sylwester byl calkiem udany, przynajmniej tak mi mowiono nastepnego dnia.

w niedziele kolejny final WOSP. cel jak zawsze szczytny, ale to jest jeden z tych dni, kiedy nie wychodze z domu, jesli naprawde nie musze. wolontariusze z puszkami atakuja ludzi na kazdym kroku. zawsz chetnie wrzuce do puszki pare groszy, ale naprawde mam mozg i nogi i sama podejde do zbieracza. czasami ci ludzie kojarza mi sie z piraniami albo sepami, rzucajacymi sie na kawalek miesa.

a pondato: kasy brak, pies zjada mieszkanie, w poniedzalek czeka mnie wizyta u dentystki, wiec robie w gacie juz teraz. w ramach rekompensaty szczescie wielkie nawiedzilo me progi.