środa, 26 stycznia 2011

kilka dni temu na jednym z portali spolecznosciowych* wymienialam ze znajomymi uwagi dotyczace pracy - miejsca, warunkow, wynagrodzenia, atmosfery i tym podobnych jej aspektow. bedac wyjatkowo leniwa pozwole sobie po prostu przekopiowac niektore wypowiedzi, czasem skrocone, lecz z zachowaniem ich sensu. a i tak wyjdzie dosc dlugo.

no i nie napisze, bo gdzies rozmowe wcielo. potem poszukam lub wyprodukuje swiezy towar.

*chodzi rzecz jasna o facebook. coraz bardziej irytuje mnie internet jako miejsce 'spotkan', a taki facebook (mimo ze i u mnie 'chodzi' caly czas w tle) szczegolnie. okej, fajnie jest spojrzec i zobaczyc, kto rowniez jest online, pogadac chwile lub dwie z wybrana osoba, ale mam wrazenie, ze fb przybiera powoli range life-stylowa. jakis czas temu portal inteligentnie zablokowal moje konto, bo dla zartow ustawilam sobie inne nazwisko. uznano to za podszywanie sie pod inna osobe, wprowadzanie falszywych danych i przez miesiac bylam marginesem spolecznym. mocno wtedy odczulam, jak moim znajomym fb wszedl do krwi - ilekroc sie z kims widzialam, czy to na kameralnym spotkaniu, czy wiekszej imprezie, zawsze byl poruszany temat 'a widzialas/es co X ostatnio wrzucil na fejsa?', 'kurde, chyba Z i W sie rozstali, widzialam/em, ze zmienili status zwiazku na fejsie' etc etc etc, przyklady mozna mnozyc. kiedy ktos wplatal watek fb w rozmowie ze mna, a ja odpowiadalam 'nie mam fb', zwykle nastepowala chwila milczenia, wybaluszenie oczu oraz pytanie 'ale jak to?' ano takto srakto. nagle okazalo sie, ze bez dostepu do fb ominely mnie jakies pomniejsze imprezy, spotkania, wspolne piwo, cos tam jeszcze, w kazdym razie kilka zdarzen. oprocz dwoch czy trzech osob wiekszosc znajomych zapomniala o moim istnieniu z racji tego, ze wszystko wrzucali 'na sciane na fejsie'. dlatego tez zastanawiam sie od jakiegos czasu, czy nie zlikwidowac sobie konta na tymze portalu w celu zyskania czasu, ktory zwykle trace na pierdoly oraz weryfikacji moich przyjazni i znajomosci.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

allegro powinnam miec zablokowane, bo zaczynam dzielic skore na niedzwiedziu. strasznie sie niecierpliwie i chcialabym juz teraz zaraz w tej chwili kupic kilka rzeczy. ale spokojnie, jeszcze troche.

wygrzebalam kolejna 'cudowna' diete, tym razem jest autorstwa dr Haya i polega na nielaczeniu ze soba roznych grup. grupy sa trzy: bialkowa, weglowodanowa i neutralna; nie laczy sie bialka i weglowodanow. ponoc efektem jest lepsze trawienie, a w efekcie zgubienie kilogramow. na ile to prawda, zobaczymy za jakis czas, chociaz w moim przypadku powodem eksperymentu jest raczej chec poprawienia perystaltyki jelit, anizeli odchudzanie.

wczoraj natomiast odbylam z przyjaciolka Karolina burze mozgow, bosmy wpadly na pomysl rozkrecenia w koncu wlasnego interesu, zeby robic cos, co lubimy i przy okazji miec z tego jakies pieniadze, a stanelo na szeroko pojetym rekodzielnictwie. wiem, wiem - pieknie brzmi. ale kto wie, moze sie kiedys uda. co wymyslilysmy tego na razie nie zdradze. wkrotce pewnie powstanie jakas strona www albo chociaz zaslepka z krotkim info. badz co badz zapalilam sie do tego pomyslu.

zapalilam sie rowniez do renowacji mieszkania. remont to za duze slowo, poza tym naprawde lubie stopien nackania rzeczy, jaki tam panuje. totalna rupieciarnia, lecz jedyna w swoim rodzaju. zainspirowalo mnie przytulne gniazdko Karoliny, wiec marzy mi sie wycyklinowanie i zabejcowanie podlogi, pomalowanie scian, maly retusz lazienki i kuchni (czy raczej wyrobu kuchniopodobnego, wneki, w ktorej jedna osoba ledwo moze sie obrocic. przy moim zamilowaniu do garowania to zdecydowanie upierdliwe). oczywiscie jeden z dwoch pokoi pozostawiam w nienaruszonym stanie samcowi, coby mogl chlapac farba do woli nie wywolujac wypiekow 'znowu sie ujebalo' na mojej twarzy. chociaz te ujebane sciany tez maja swoj urok. ha, bedzie sporo zabawy tak czy siak.

czekam na koniec miesiaca. w lutym juz bedzie nieco lepiej, chociaz i tak przede mna naprawa szkod wyrzadzonych przez psa w wynajmowanym pokoju, czyli zaszycie kanapy, pranie dywanu (jesli nie kupno nowego) i odkupienie rolety okiennej, bo jakims cudownym trafem ja zjadla. kozica cholerna. bede musiala tez zaladowac wszystkie swoje duperele spod szyldu 'nie mam na nie miejsca, ale mam sentyment i nie chce ich wyrzucac, choc ich nie uzywam' do pudel, tak samo z ubraniami, ograniczyc sie na razie do minimum, poki drugi pokoj bedzie pelnil role pracowni, a szafa bardziej graciarni. a potem juz z gorki - coraz cieplej, kwiatki, ptaszki, sloneczko i w ogole.

czwartek, 20 stycznia 2011

z dzieckiem przez warszawe nie jest latwo. tzn zalezy z jakim - mam na mysli 13kg klocka + pewnie 1kg ciuszki w spacerowce. w drodze na wybrzeze kosciuszkowskie 20 spacerkiem.

zrobie czarny PR dla zumi. drogie zumi - to, ze wybrzeze kosciuszkowskie 19 jest w tym a nie innym miejscu nie znaczy, ze numer 20 bedzie dokladnie po drugiej stronie. wprowadzona w blad postanowilam przejsc sie mostem poniatowskiego. z optymistyczna (jak sie okazalo - na wyrost) mysla 'na pewno bedzie jakis zjazd dla wozkow' ruszylam w droge. pierwsze, drugie, trzecie, czwarte schody - zjazdu nie ma. za chwile chodnik się kończy, widzę jakieś schody, ale zjazdu nie... coz, pewnie bede sie musiala wrocic, super. ale nie! na koncu chodnika jeszcze jedno zejscie - sa szyny na wozek, uff... co prawda nieco za szeroko rozstawione, ale to juz pikus, dam rade. zjechalam, przeszlam kawalek przejsciem. dalej schody na dol, ale juz oczywiscie bez zjazdu na wozki. bo po co. wiec albo wdrapuje sie na gore, cofam do ronda i wymyslam inna trase, albo walcze ze schodami. wybralam druga opcje - stuk stuk stuk, turlamy sie powoli po schodkach. jestesmy na dole. ide chodnikiem w lewo. ide, ide, ide... i jestem znow przy schodach. chodnik prowadzi tylko dookola filaru mostu, nie ma zadnego przejscia na druga strone ulicy. na sama mysl o tym, ze musialabym targac wozek na gore po schodach, a potem wciagac go po gownianie zrobionym podjezdzie zachcialo mi sie plakac. moglam rowniec przebiec przez ulice, co wydawalo sie dosc ryzykowne, zwlaszcza, ze dziecko nie moje, jednak zdecydowalam sie wlasnie na ten krok. po drugiej stronie rowniez nie bylo normalnego chodnika, ale moglam isc w miare spokojnie poboczem wybrzeza kosciuszkowskiego. ide, ide, ide... centrum kopernika nie widac. jest chwila luzu na jezdni, przechodze na bardziej cywilizowana strone ulicy. mijam jeden most i kolejny, swietokrzyski i w koncu docieram do celu. 'troszeczke' dalej niz wskazywalo zumi.

mialam nadzieje, ze jako nowy obiekt centrum bedzie rowniez nowoczesne, bedzie tez posiadac w miare bystry personel, ale te zyczenia rowniez byly czcze. brak drzwi automatycznych - ciezkie wrota trzeba otwierac manualnie, jednak przy przebytych znojach nie jest to już wielkim problemem. wiec nie marudze. po wejsciu witam milego pana ochroniarza i pytam, gdzie zlozyc projekty na konkurs. pan ochroniarz macha mi przed nosem prospektem informacyjnym i podaje mi go. robie do niego blagalne oczy (chociaz w duchu mysle 'chyba pana pokrzywilo...'), prosze ladnie, zeby mi po prostu odpowiedzial na pytanie. oswiadcza, ze na samej gorze jest biuro, ale nie ma windy, sa schody, no i z wozkiem to ja tam nie wejde. nie moge go tez zostawic tutaj, bo 'nie mozna'. wskazal mi droge do biura - musi pani wyjsc i tam w rogu ma pani drzwi, tam trzeba wejsc i beda schody. na sama gore trzeba wejsc. wyszlam, podeszlam do grupy pracownikow, ktorzy zrobili sobie przerwe na papieroska, a takze wybawili mnie z opresji. okazalo sie bowiem, ze wcale nie musialam wychodzic z budynku zeby wejsc do czesciu biurowej. moglam zrobic okolo 10 krokow w linii prostej z miejsca, w ktorym rozmawialam z panem ochroniarzem, a rowniez bym tam dotarla. winda tez sie znalazla! mila pani wpuscila mnie wejsciem viajpi, pojechalysmy NA SAMA GORE, tzn az na pierwsze pietro! zostawilam projekty i korzystajac z okazji, ze jestem tam za darmoszke i bez kolejki (czas oczekiwania na wejscie około godziny, koszt biletu adult 22zl) troche pozwiedzalam. wracamy, w koncu... w recepcji siedza 3 mlode dziewczyny. kolejka na setki osob. prosze, by mnie wypuscily przez wieksza bramke, ale nie slysza. prosze zatem jakiegos chlopaczka, zeby wypuscil mnie przez zwykla bramke (do wyjscia potrzebna jest specjalna karta, ktorej nie mialam z wiadomych wzgledow). udaje mi sie przepchnac polowe wozka. chlopaczek pika karta drugi raz - wozek sie blokuje. chlopaczek pika trzeci raz - wychodze bramka obok, wyjmuje mlodego i trzymajac go na jednym reku, druga reka skladam wozek i jakos wyciagam z potrzasku. calosc trwala troche dlugo - jakies 10 minut, podczas ktorych zaden ochroniach czy obsluga obiektu (chociaz kilka w/w osob widzialo, ze cos sie dzieje) nie pokwapilo sie nawet, by chociaz podejsc i sie zainteresowac sytuacja, nie mowiac juz o zaproponowaniu pomocy. energicznym krokiem poszlam na najblizszy przystanek autobusowy i zawiozlam swoj umeczony tylek do domu.

tak wiec procz stepionego sluchu i wiekszego mieszkania jako kolejny warunek zdecydowania sie na wlasnego potwora stawiam wynalezienie wozka-poduszkowca. albo helikoptera.

środa, 19 stycznia 2011

ostatni okres pokazal mi, ze warto ufac swojej intuicji (przede wszystkim jej sluchac), i nie poddawac sie. ostatnio obejrzany film (food, inc.) przypomnial mi, dlaczego nie jem miesa. ostatnie 45 minut przypomnialo mi, dlaczego nie chce miec dzieci (chyba, ze wczesniej ogluchne).

wtorek, 18 stycznia 2011

dzisiaj bedzie na slodko.

ze bloga zaniedbalam to fakt, prosze o wybaczenie, skupilam sie bowiem na slowie pisanym odrecznie bezposrednio na materiale papierowym zeszytowym. w kratke. i tam tez wszystko zostanie, uzupelniac nic nie bede w wersji internetowej. no moze procz podstawowych pozytywnych informacji - nadal mam prace i ja uwielbiam, znow jestem caloscia i tez te calosc uwiebiam. i cala calosc jest pracujaca, co jeszcze bardziej mnie cieszy. i calosc bedzie spoczywala niebawem w jednym miejscu, nierozparcelowana na czesci.

jestem tak cholernie przeszczesliwa, ze boje sie, ze zaraz wybuchne i wyleca ze mnie tysiace cukierkow, jak z jakiejs pinaty. mam mnostwo pomyslow i za malo czasu, by je wszystkie realizowac. poki nie mam jeszcze funduszy na inwestowanie w owe pomysly pozostaje mi skupic sie na spalaniu kalorii przygotowujac sie do - mam nadzieje nadchodzacej - wiosny. ostatnie kilka dni byly naprawde przyjemne, juz tak troszke cieplej, kilka stopni powyzej zera, zrzucilam welniane plaszczydlo i lazilam w polarze. od razu inaczej. chociaz paczkow jeszcze na drzewach nie widac to z utesknieniem czekam na ten dzien, kiedy zachlysne sie powietrzem i stwierdze 'tak! to juz TEN zapach, wiosna!'. uwielbiam ten dzien. jeden z przyjemniejszych w roku.

jesli ktos chcialby troche szczescia i radosci, zapraszam w moje okolice. promieniuje na kilometr.

ach, i chyba pojde w slady Morrisona wzgledem uznania moich rodzicow za martwych. coz, oni zabili mnie wczesniej, o ile w ogole kiedykolwiek bylam w ich oczach zywa istota. w dodatku mixem ich komorek. mdli mnie, kiedy o tym mysle. rest in peace mamusiu i tatusiu.

sobota, 8 stycznia 2011

centra handlowe, a zwlaszcza umieszczone w nich hipermarkety niezmiennie wzbudzaja moja agresje. moze nie tyle same w/w instytucje, co przebywanie w nich i robienie tam zakupow. z powodow czysto oszczednosciowych zmuszona bylam wczoraj do pojechania do wolskiego auchan, gdzie za zakupy na +/- tydzien na dwie osoby (nie wliczajac takich rzeczy jak woda czy bulki, po co trzeba sie przejsc do sklepu na dole, coby bylo swieze) wydalam 200zl. mrozonki, kasza, ryz, makaron, takie tam pierdoly bardziej obiadowe. ale cena, jaka przyszlo zaplacic mojej psychice byla o wiele wieksza - stada ludzi z klapkami na oczach, nie patrza gdzie ida i czy przypadkiem lub nieprzypadkiem w kogos nie wjezdzaja, tym podobne ekscesy. tragedia. jako sie jednak udalo. zyje, chociaz trauma pozostala.

środa, 5 stycznia 2011

poprzedni rok skonczyl sie pomyslnie, ten zaczal sie nie najgorzej. sylwester byl calkiem udany, przynajmniej tak mi mowiono nastepnego dnia.

w niedziele kolejny final WOSP. cel jak zawsze szczytny, ale to jest jeden z tych dni, kiedy nie wychodze z domu, jesli naprawde nie musze. wolontariusze z puszkami atakuja ludzi na kazdym kroku. zawsz chetnie wrzuce do puszki pare groszy, ale naprawde mam mozg i nogi i sama podejde do zbieracza. czasami ci ludzie kojarza mi sie z piraniami albo sepami, rzucajacymi sie na kawalek miesa.

a pondato: kasy brak, pies zjada mieszkanie, w poniedzalek czeka mnie wizyta u dentystki, wiec robie w gacie juz teraz. w ramach rekompensaty szczescie wielkie nawiedzilo me progi.