z dzieckiem przez warszawe nie jest latwo. tzn zalezy z jakim - mam na mysli 13kg klocka + pewnie 1kg ciuszki w spacerowce. w drodze na wybrzeze kosciuszkowskie 20 spacerkiem.
zrobie czarny PR dla zumi. drogie zumi - to, ze wybrzeze kosciuszkowskie 19 jest w tym a nie innym miejscu nie znaczy, ze numer 20 bedzie dokladnie po drugiej stronie. wprowadzona w blad postanowilam przejsc sie mostem poniatowskiego. z optymistyczna (jak sie okazalo - na wyrost) mysla 'na pewno bedzie jakis zjazd dla wozkow' ruszylam w droge. pierwsze, drugie, trzecie, czwarte schody - zjazdu nie ma. za chwile chodnik się kończy, widzę jakieś schody, ale zjazdu nie... coz, pewnie bede sie musiala wrocic, super. ale nie! na koncu chodnika jeszcze jedno zejscie - sa szyny na wozek, uff... co prawda nieco za szeroko rozstawione, ale to juz pikus, dam rade. zjechalam, przeszlam kawalek przejsciem. dalej schody na dol, ale juz oczywiscie bez zjazdu na wozki. bo po co. wiec albo wdrapuje sie na gore, cofam do ronda i wymyslam inna trase, albo walcze ze schodami. wybralam druga opcje - stuk stuk stuk, turlamy sie powoli po schodkach. jestesmy na dole. ide chodnikiem w lewo. ide, ide, ide... i jestem znow przy schodach. chodnik prowadzi tylko dookola filaru mostu, nie ma zadnego przejscia na druga strone ulicy. na sama mysl o tym, ze musialabym targac wozek na gore po schodach, a potem wciagac go po gownianie zrobionym podjezdzie zachcialo mi sie plakac. moglam rowniec przebiec przez ulice, co wydawalo sie dosc ryzykowne, zwlaszcza, ze dziecko nie moje, jednak zdecydowalam sie wlasnie na ten krok. po drugiej stronie rowniez nie bylo normalnego chodnika, ale moglam isc w miare spokojnie poboczem wybrzeza kosciuszkowskiego. ide, ide, ide... centrum kopernika nie widac. jest chwila luzu na jezdni, przechodze na bardziej cywilizowana strone ulicy. mijam jeden most i kolejny, swietokrzyski i w koncu docieram do celu. 'troszeczke' dalej niz wskazywalo zumi.
mialam nadzieje, ze jako nowy obiekt centrum bedzie rowniez nowoczesne, bedzie tez posiadac w miare bystry personel, ale te zyczenia rowniez byly czcze. brak drzwi automatycznych - ciezkie wrota trzeba otwierac manualnie, jednak przy przebytych znojach nie jest to już wielkim problemem. wiec nie marudze. po wejsciu witam milego pana ochroniarza i pytam, gdzie zlozyc projekty na konkurs. pan ochroniarz macha mi przed nosem prospektem informacyjnym i podaje mi go. robie do niego blagalne oczy (chociaz w duchu mysle 'chyba pana pokrzywilo...'), prosze ladnie, zeby mi po prostu odpowiedzial na pytanie. oswiadcza, ze na samej gorze jest biuro, ale nie ma windy, sa schody, no i z wozkiem to ja tam nie wejde. nie moge go tez zostawic tutaj, bo 'nie mozna'. wskazal mi droge do biura - musi pani wyjsc i tam w rogu ma pani drzwi, tam trzeba wejsc i beda schody. na sama gore trzeba wejsc. wyszlam, podeszlam do grupy pracownikow, ktorzy zrobili sobie przerwe na papieroska, a takze wybawili mnie z opresji. okazalo sie bowiem, ze wcale nie musialam wychodzic z budynku zeby wejsc do czesciu biurowej. moglam zrobic okolo 10 krokow w linii prostej z miejsca, w ktorym rozmawialam z panem ochroniarzem, a rowniez bym tam dotarla. winda tez sie znalazla! mila pani wpuscila mnie wejsciem viajpi, pojechalysmy NA SAMA GORE, tzn az na pierwsze pietro! zostawilam projekty i korzystajac z okazji, ze jestem tam za darmoszke i bez kolejki (czas oczekiwania na wejscie około godziny, koszt biletu adult 22zl) troche pozwiedzalam. wracamy, w koncu... w recepcji siedza 3 mlode dziewczyny. kolejka na setki osob. prosze, by mnie wypuscily przez wieksza bramke, ale nie slysza. prosze zatem jakiegos chlopaczka, zeby wypuscil mnie przez zwykla bramke (do wyjscia potrzebna jest specjalna karta, ktorej nie mialam z wiadomych wzgledow). udaje mi sie przepchnac polowe wozka. chlopaczek pika karta drugi raz - wozek sie blokuje. chlopaczek pika trzeci raz - wychodze bramka obok, wyjmuje mlodego i trzymajac go na jednym reku, druga reka skladam wozek i jakos wyciagam z potrzasku. calosc trwala troche dlugo - jakies 10 minut, podczas ktorych zaden ochroniach czy obsluga obiektu (chociaz kilka w/w osob widzialo, ze cos sie dzieje) nie pokwapilo sie nawet, by chociaz podejsc i sie zainteresowac sytuacja, nie mowiac juz o zaproponowaniu pomocy. energicznym krokiem poszlam na najblizszy przystanek autobusowy i zawiozlam swoj umeczony tylek do domu.
tak wiec procz stepionego sluchu i wiekszego mieszkania jako kolejny warunek zdecydowania sie na wlasnego potwora stawiam wynalezienie wozka-poduszkowca. albo helikoptera.
czwartek, 20 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
ja pierdzielę i się dziwią, że przyrost mamy ujemy :/
OdpowiedzUsuńnic, tylko robić dzieci!
Dodatkowo potrzebne Ci będzie- brak życia towarzyskiego i znajomych, odporność na głód i zmęczenie i już możesz rodzić ;-)
OdpowiedzUsuńPonadto powinnaś napisać do Kopernika jakąś skargę, że nie są przystosowani do nikogo, bo z tego co piszesz, to niepełnosprawni też mogą pocałować klamkę.
Buziaki dla dzielnej Koti :-***
Charlie
Matce Polce nie znane są trudy i znoje!
OdpowiedzUsuńMatka Polka rodzi za dwoje!
ja Ci dam matke polke :P
OdpowiedzUsuńCharlie :* Kopernik jest przystosowany, tylko pracownicy gorzej. koles, ktory zamiast mi pomoc macha przed twarza prospektem...
do zostania matka zniecheca mnie rzeczywiscie nieprzystosowanie miasta do wozkow - tak naprawde z maluchem byloby mozna lazic wszedzie. ale jak sobie mysle 'kurna, poszlabym, ale krawezniki/brak zjazdow dla wozkow/nieodsniezone chodniki' to sie odechciewa. mlody wazy teraz 13kg i znoszenie wozka z nim w srodku jest dosc meczace. czasem mysle o nosidle, ale to by bylo z kolei upierdliwe dla niego, przez co i dla mnie irytujace gdyby sie zaczal wiercic i dasac.