piątek, 21 października 2011

Chodzenie spać uważam obecnie za bezsensowne. I bezsenne. Siedzę do późna, byle tylko oczy zaczęły się same zamykać ze zmęczenia, ze znużenia. Wyłączam komputer. Gaszę światło. Wskakuję w śpiwór, przykrywam się kocem. I gówno. Leżę, gapię się w sufit, w jedną ścianę, w drugą ścianę. Kaskada galopujących myśli, zagwozdek, gdybań i innych tym podobnych. Mija godzina, dwie, w końcu udaje mi się zasnąć. Często mam koszmary, a tak czy siak codziennie śni mi się On. Czasem dobrze, czasem źle. Budzę się w środku nocy - jeśli po koszmarze, to z krzykiem - przekonana, że już czas wstawać do pracy. Kilka razy zaczęłam się nawet ubierać nie zważając na zmrok panujący za oknem. Ogarniam się i kładę znowu. Mija kolejna godzina, zanim udaje mi się ponownie zasnąć. Budzik próbuje mnie wygonić z łóżka, słaniam się na nogach nieprzytomna. Wory pod oczami, kapeć w ustach. Zapominam się uczesać. Jedyne momenty, kiedy śpię w miarę dobrze to drzemki z dzieciakiem w pracy - on idzie spać, ja idę spać. Odpływam bez problemu w mgnieniu oka i żadziej mam koszmary. Lepiej też spało mi się u siostry. Może to przez mieszkanie? Naładowane złą energią... Może duch Starego jeszcze się tu pałęta..

Teraz też odwlekam chwilę odłączenia się od świata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz