poniedziałek, 10 października 2011

Obiecałam sobie, że do końca tygodnia nie wydam ani złotówki. Tak ogólnie, na nic. Pierwszy dzień udany, portfel zostawiłam w domu. Wystarczy nie brać ze sobą pieniedzy i nagle coś-co-muszę-koniecznie-kupić nie jest wcale takie niezbędne.
Wczoraj w Tesco zrobiłam zapasy na najbliższy tydzień - suszone jabłka i krążki ryżowe z czekoladą. Powinno starczyć. Oprócz tego piżama z krową, rękawiczki i dwie płyty.

Cieszę się z tego mojego postanowienia. Od jakichś dwóch godzin kusi mnie, żeby wybrać się na żer - wielka butelka czerwonego słodkiego wina. Uwalić się w wannie z o wiele za ciepłą wodą, wypocić z siebie cały syf. Z pomalowanym trzy lata temu kieliszkiem, zapalić... Czekać, aż resztki farby poodrywają się z sufitu i spadną mi na głowę.
Ale nie powinnam pić. Nie powinnam też palić. Teoretycznie. Teoretycznie powinnam być przystosowaną społecznie jednostką, mającą za sobą maturę, kończącą studia, z ciekawą pracą w perspektywie, może nawet jakimś sensownym kolesiem u boku, czerpiącą z życia garściami. Młoda, zdolna, atrakcyjna. Mało ma się teoria do praktyki, albowiem gdyż ponieważ bo jestem po prostu w ciemnej dupie. Przystosowana zbytnio nie jestem, do nauki nie potrafię się zmobilizować, chociaż matura nie jest wielkim wysiłkiem... Pójść na przód chociaż z tą częścią mojego świata. Od ponad roku niańczę dziecko, co ostatnio zaczyna mnie irytować. Staram się wykaraskać z toksycznego związku, w którym na zmianę kocham i nienawidzę głównego bohatera, na zmianę tęsknię i chcę skopać mu dupę. Na domiar złego facet jest nietuzinkowy i inteligentny, przez co inni przedstawiciele jego rasy wypadają naprawdę słabo.

A jedyne co czerpie z życia garściami to czekoladki na wagę. Też z Tesco.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz