czwartek, 17 listopada 2011

'Zło dobrem zwyciężaj' - trzy krótkie słowa, a tak trudno wcielić je w życie. Tak samo jak zwyczajne pozytywne myślenie, albo chociaż powstrzymanie się psioczenia na głos i po cichu, w myślach na osobę, która miesza. Uczę się tego. Ale gdzie są granice?

Czy odcięłam dziś kotwicę od swojego koreczka? Wierzę w to. Wierzę, że mój koreczek popłynie w końcu z prądem rzeki.

Szkoda tylko, że na miejsce jednego oddanego psa czeka 50 kolejnych. A zima idzie...

piątek, 11 listopada 2011

Jakaż zmiana zaszła niesamowita ostatnimi czasy...

Wspomniana wcześniej tableteczka nie przyniosła aż takich rezultatów, jakich się po niej spodziewałam, niejmniej jednak po jakimś czasie zwaliła mnie z nóg - niestety nie w tym momencie, co potrzeba. Mój pies dostał sraczki i musiałam wyłazić z nim na dwór co dwie godziny. To było coś w stylu półlunatykowania. Wszystko robiłam automatycznie, bez namysłu. A rano pod względem wizualnym miałam wrażenie, jakbym grała w filmie, który się zacina, tak mi się wszystko przewijało przed oczami.

Mniejsza z tym.

Na mojej drodze pojawił się Pan Prawnik, który wyznaje podobną filozofię życiową co ja - nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko ma swój sens, ze wszystkiego trzeba wyciągać wnioski, nad nami jest jakaś nieokreślona siła wyższa... Tylko ja nie mam w sobie dyscypliny i pokory, żeby to wszystko rzeczywiście wcielać w życie. Pan Prawnik ma i dzieli się tym z ludźmi. Tak więc któregoś dnia, kiedy przyszłam w sprawie o profilu typowo zawodowym usadził mnie na krześle i zabrał mi depresję, ot tak, po prostu. Nie tęsknię za nia i chociaż jeszcze przede mną jest kawałek drogi do przejścia jestem pewna, że się uda. Dzisiaj jadę pożegnać się również z innymi rzeczami, jakie gnijąc zalegają w mojej głowie. Przełom? Mam nadzieję.

A z innej beczki... Czyż można wyobrazić sobie równie dziwny dzień? Tyczy się to dnia wczorajszego. Rano wychodząc z psami ujrzałam lustro - nie pod śmietnikiem, ale oparte o drzewo na środku trawnika stało duże lustro w drewnianej ramie. W jednym kawałku, nieporysone, w sumie całkiem czyste. Hm, psy kotłując się w domu zbiły mi dwa lustra... Nie zastanawiając się długo odstawiłam kudłacze do domu, wróciłam po samotnie stojącą furniturę i zataszczyłam do domu. Dzień zamknęłam podobną abstrakcją. Zamiast - jak każdy porządny człowiek w moim wieku - iść na wieczorną imprezę, polansować się po mieście, napierdolić się zdobywając nowe, lecz ulotne wspomnienia czy po prostu czytać 'cierpnienia młodego Wertera' w jakiejś modnej knajpie (której jednak nazwy nie wymienię) postanowiłam spotkać się z przyjaciółką i pójść na nocne zakupy do Tesco. 'Wiem, co mam kupić, tylko dwie rzeczy i lecimy' - i jak to zwykle bywa w przypadku, kiedy we dwie wchodzimy do tegoż hipermarketu wszelkie wcześniejsze postanowienia są gówno warte. Zabawiłyśmy tam ze dwie godziny, nawet nie pamiętam dlaczego. Z początku wszystko szło gładko aż do momentu, kiedy weszłyśmy do działu z... ozdobami choinkowymi. Doszłam do wniosku, że w tym roku MUSZĘ mieć choinkę i gówno obchodzi mnie to, że nie ma jeszcze połowy listopada. Najmniejsze sztuczne drzewko kosztowało 7zł. Do tego nieproporcjonalnie duże bombki - ale zanim wybrałam ostateczny zestaw kilka razy upadłam na podłogę ze śmiechu. Tak, zdecydowanie, wieczory z Nią to świetna śmiechoterapia. Kiedy już opuściłysmy dział choinkowy przypomniało mi się, że koniecznie muszę kupić mopa. Żeby umyć te 0,3m2 w łazience. No i przecież miałyśmy wziąć lody. Niestety do zamrażarek szło się przez dział z kosmetykami, w którym co chwila zatrzymywałyśmy się, by powąchać perełki do kąpieli o zapachu szampana czy pokontemplować nad żelem pod prysznic z Buzzem Astralem, któremu ktoś urwał głowę. Na naszym przykładzie możnaby swobodnie zobrazować ruch jednostajnie opóźniony.

Wczorajszy dzień był przełomowy z jeszcze jednego powodu. Kołdra. Nadszedł wiekopomny dzień, dość spania i marznięcia pod śpiworem. Pomarańczowe prześcieradło, ciepła kołdra z zieloną poszewką, do kompletu rudawy koc. Spało się wybornie!