Jakaż zmiana zaszła niesamowita ostatnimi czasy...
Wspomniana wcześniej tableteczka nie przyniosła aż takich rezultatów, jakich się po niej spodziewałam, niejmniej jednak po jakimś czasie zwaliła mnie z nóg - niestety nie w tym momencie, co potrzeba. Mój pies dostał sraczki i musiałam wyłazić z nim na dwór co dwie godziny. To było coś w stylu półlunatykowania. Wszystko robiłam automatycznie, bez namysłu. A rano pod względem wizualnym miałam wrażenie, jakbym grała w filmie, który się zacina, tak mi się wszystko przewijało przed oczami.
Mniejsza z tym.
Na mojej drodze pojawił się Pan Prawnik, który wyznaje podobną filozofię życiową co ja - nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko ma swój sens, ze wszystkiego trzeba wyciągać wnioski, nad nami jest jakaś nieokreślona siła wyższa... Tylko ja nie mam w sobie dyscypliny i pokory, żeby to wszystko rzeczywiście wcielać w życie. Pan Prawnik ma i dzieli się tym z ludźmi. Tak więc któregoś dnia, kiedy przyszłam w sprawie o profilu typowo zawodowym usadził mnie na krześle i zabrał mi depresję, ot tak, po prostu. Nie tęsknię za nia i chociaż jeszcze przede mną jest kawałek drogi do przejścia jestem pewna, że się uda. Dzisiaj jadę pożegnać się również z innymi rzeczami, jakie gnijąc zalegają w mojej głowie. Przełom? Mam nadzieję.
A z innej beczki... Czyż można wyobrazić sobie równie dziwny dzień? Tyczy się to dnia wczorajszego. Rano wychodząc z psami ujrzałam lustro - nie pod śmietnikiem, ale oparte o drzewo na środku trawnika stało duże lustro w drewnianej ramie. W jednym kawałku, nieporysone, w sumie całkiem czyste. Hm, psy kotłując się w domu zbiły mi dwa lustra... Nie zastanawiając się długo odstawiłam kudłacze do domu, wróciłam po samotnie stojącą furniturę i zataszczyłam do domu. Dzień zamknęłam podobną abstrakcją. Zamiast - jak każdy porządny człowiek w moim wieku - iść na wieczorną imprezę, polansować się po mieście, napierdolić się zdobywając nowe, lecz ulotne wspomnienia czy po prostu czytać 'cierpnienia młodego Wertera' w jakiejś modnej knajpie (której jednak nazwy nie wymienię) postanowiłam spotkać się z przyjaciółką i pójść na nocne zakupy do Tesco. 'Wiem, co mam kupić, tylko dwie rzeczy i lecimy' - i jak to zwykle bywa w przypadku, kiedy we dwie wchodzimy do tegoż hipermarketu wszelkie wcześniejsze postanowienia są gówno warte. Zabawiłyśmy tam ze dwie godziny, nawet nie pamiętam dlaczego. Z początku wszystko szło gładko aż do momentu, kiedy weszłyśmy do działu z... ozdobami choinkowymi. Doszłam do wniosku, że w tym roku MUSZĘ mieć choinkę i gówno obchodzi mnie to, że nie ma jeszcze połowy listopada. Najmniejsze sztuczne drzewko kosztowało 7zł. Do tego nieproporcjonalnie duże bombki - ale zanim wybrałam ostateczny zestaw kilka razy upadłam na podłogę ze śmiechu. Tak, zdecydowanie, wieczory z Nią to świetna śmiechoterapia. Kiedy już opuściłysmy dział choinkowy przypomniało mi się, że koniecznie muszę kupić mopa. Żeby umyć te 0,3m2 w łazience. No i przecież miałyśmy wziąć lody. Niestety do zamrażarek szło się przez dział z kosmetykami, w którym co chwila zatrzymywałyśmy się, by powąchać perełki do kąpieli o zapachu szampana czy pokontemplować nad żelem pod prysznic z Buzzem Astralem, któremu ktoś urwał głowę. Na naszym przykładzie możnaby swobodnie zobrazować ruch jednostajnie opóźniony.
Wczorajszy dzień był przełomowy z jeszcze jednego powodu. Kołdra. Nadszedł wiekopomny dzień, dość spania i marznięcia pod śpiworem. Pomarańczowe prześcieradło, ciepła kołdra z zieloną poszewką, do kompletu rudawy koc. Spało się wybornie!
piątek, 11 listopada 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz