piątek, 9 grudnia 2011

Wczoraj magiczne ciasteczka (masło, cukier, mąka i jajka, nic ponadto, ale nadal magiczne), dzisiaj przychodzę do małego. Na stole książka. Na okładce TO konkretne słowo. Później piszę SMSa z bramki internetowej, żeby wysłać trzeba wpisać hasło. Jako hasło znów pojawia się TO słowo. Czy to jakaś cholerna zmowa? Nie to, żebym narzekała. Ciekawe, ciekawe...

środa, 7 grudnia 2011

O matko, czuję się upośledzona, cofnięta w rozwoju jakaś. Nie mogę spać. Dwa razy pomyliłam drogę. I za dużo zjadłam.

Jutro przyjeżdża kolejny drugi pies. A, i nie jadę do Wiednia! Od ostatniego weekendu jakoś odechciało mi się tego wyjazdu, ale myślałam - umówiłam się, to pojadę. Jednak 'się samo' rozwiązało, niezależnie ode mnie. Haha, Góra wie co robi. Yeah!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zmian ciąg dalszy. Kilka centymetrów nad ziemią. Takie rzeczy przychodzą niespodziewanie, kiedy człowiek myśli - że jak to? że niby może być inaczej? A jednak.
Parę dni temu coś porządnie zatrybiło w mojej łepetynce. Jest świetnie. Banan nie schodzi mi z twarzy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wracałam do domu o 6.00 rano, wybawiona, wygadana, trochę napita, szczęśliwa. Miałam na nogach buty-rybki, jakiś miły pan w typie zadbanego kloszarda przywitał się z tymi moimi butami, zaczął karmić je orzeszkami, a potem przez dwie stacje nasze stopy się ze sobą bawiły. Nie zamieniliśmy ani słowa, ale to była tak urocza akcja, że czułam rosnące w środku ciepło.
Są ludzie. Ludzie są fajni. Znalazłam swoje miejsce do przesiadywania - zawsze mi takiego czegoś brakowało. Aaaaach... Wszystko przemija. Te złe dni zwłaszcza :)