poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zmian ciąg dalszy. Kilka centymetrów nad ziemią. Takie rzeczy przychodzą niespodziewanie, kiedy człowiek myśli - że jak to? że niby może być inaczej? A jednak.
Parę dni temu coś porządnie zatrybiło w mojej łepetynce. Jest świetnie. Banan nie schodzi mi z twarzy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wracałam do domu o 6.00 rano, wybawiona, wygadana, trochę napita, szczęśliwa. Miałam na nogach buty-rybki, jakiś miły pan w typie zadbanego kloszarda przywitał się z tymi moimi butami, zaczął karmić je orzeszkami, a potem przez dwie stacje nasze stopy się ze sobą bawiły. Nie zamieniliśmy ani słowa, ale to była tak urocza akcja, że czułam rosnące w środku ciepło.
Są ludzie. Ludzie są fajni. Znalazłam swoje miejsce do przesiadywania - zawsze mi takiego czegoś brakowało. Aaaaach... Wszystko przemija. Te złe dni zwłaszcza :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz