piątek, 28 grudnia 2012

Tak... Jakiś tam kolejny rozdział w życiu zamknięty. Smutno mi ogromnie, chodzę rozjebana w środku, nieco nerwowa... Ale trzeba żyć dalej. Trzeba coś fajnego z tym życiem robić. I do przodu. Nie zawsze jest tak, jak by się chciało - ale to już zajeżdża Paulo Coelho, blaaah.

W ramach zimowej kontroli powłoki tłuszczowej ciała chodzę sobie na rower (a to niespodzianka!) do dirt parku na Wawelskiej. Cóż, najchętniej zatrudniłabym na pełen etat masażystkę (w ostateczności może być masażysta, byle by miał silne łapy...), bo zakwasy jednak trochę dają się we znaki. W każdym razie nie są takie straszne, jak się spodziewałam. Kondycja lekko, acz sukcesywnie - w górę. Robię już dwa okrążenia :P Podczas gdy kumple (no, prawie z palcem w dupie) 23-25, chociaż są bliscy wyzionięcia ducha. Dobrze popatrzeć na zdrową samczą rywalizację. I gdyby nie jedna bratnia dusza płci żeńskiej byłoby ciężko - same chłopy. W każdym razie staram się przyzwyczaić, że ludzie mówią do mnie po imieniu, już nie mówiąc o tym, że je zdrabniają.

Co za tym wszystkim idzie - przymierzam się do zakupu kolejnego roweru, jakby te dwa to było dla mnie za mało. Myślałam o nowym odkurzaczu (a może jednak kask?), o półkach na książki (hm, nowe opony też są potrzebne)... Dobra, nieważne, jestem monotematyczna.

W każdym razie Mikołaj przyniósł mi przepyszną czekoladę z wasabi, Vonneguta i Poe oraz zajebiste majciochy :D Mam w lodówce sporo jedzenia, ale nie jestem w stanie jeść. Co za tym idzie - mam też niewiele siły. Chociaż znając siebie jak zacznę wpierdalać... To nie będzie końca.

Swoją drogą ekipy sprzątające naszej pięknej stolycy się nie postarały. Gdybym chciała iść śmigać na łyżwach poszłabym na lodowisko, a wystarczy przejść się Wawelską. Rowerem przejechać się nie da, przejść - wyczyn dla śmiałków.

Chcę wiosnę, lato. Ciepło. Namiot, las i jezioro. I rower u boku. Pełnia szczęścia.

I na koniec... Bo mnie naszło jakoś.



sobota, 17 listopada 2012

Czy to jesień? Czy to pms? Czy to zmęczenie materiału?

Uznałam, że w mieszkaniu jest stanowczo za dużo miejsca, bo o rzeczy potykam się dopiero po ciemku, wpadłam więc na pomysł sprowadzenia do domu współlokatorki. Jak na ironię jest to istota, której wcześniej totalnie nie trawiłam, zdarzało mi się nawet rzucić w nią epitetem 'biała dziwka'. Jak widać zostało to puszczone w niepamięć, gdyż śpi teraz zwinięta w kłębek na łóżku. Na początku chowała się pod wannę, ale po krótkim czasie nawet coś zjadła i zrobiła piękną kupę do jeszcze piękniejszej kuwety. Mruczy, łasi się i śpi. Moja Sio drżała oczywiście, jak Kluska odnajdzie się w nowej sytuacji, ale najwyraźniej jest jej całkiem dobrze.

Jesień. Niestety daje się we znaki. Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie zwlec się z łóżka o jakiejś normalnej porze jeśli nie muszę. Chodzę śnięta. Wpierdalam na potęgę, obżeram się czosnkiem i łososiem (co nie sprzyja kontaktom towarzyskim) oraz słodyczami. Przychodzi też mocno aspołeczna faza, spowodowana pewnie wieloma czynnikami, chęć siedzenia cały dzień w wyrze z książką, żarciem, oglądaniem jednym okiem Świętej Trójcy - About a Boy, Love Actually & Bridget Jones :3 I najedzenia się czosnku w celu zdemotywowania się co do jakiegokolwiek wyjścia poza dom, chociażby po srolę i coś do picia. I mimo posiadania od niedawna całkiem eleganckiego parowaru jedzenia rzeczy zalewanych wrzątkiem z popsutego, niewyłączającego się czajnika elektrycznego. Eklektycznego. Ekstrawertycznego. Słuchania Casha albo Velvet Underground. Dzisiaj jest dobry dzień do hodowania odleżyn.

Zrezygnowałam z pracy w knajpie. Fajnie jest mieć parę groszy więcej, ale nie w momencie, kiedy ktoś ewidentnie chce zrobić mnie w chuja. Jakąś tam godność osobistą jeszcze posiadam, chociaż poważnie zastanawiam się, czy nie wyprałam jej razem z materiałami syntetycznymi w 90 stopniach.

Moja miłość kwitnie. Jeździmy razem na przejażdżki dalsze i bliższe, przestał już tak marudzić. Ostatnio nawet uczymy się nowych rzeczy. Wiele mi wybacza. Jest cierpliwy i niezawodny. Nie złapał jeszcze gumy. Kumpel dokręcił kilka rzeczy i jeździ jak marzenie. Mój najwspanialszy na świecie Ursus. W przyszłym tygodniu idziemy na smarowanko, na wiosnę pełen przeglądzik, a ja żałuję, że dni coraz krótsze i zimniejsze, i że wolę tandem kołdra-książka. Chyba nie obrazi się, że rzadziej razem gdzieś wychodzimy...

O sprawach z zakresu wojen na świecie, polityk i tego typu szitu rozwodzić się nie będę. Mam najlepsze baby na świecie. Czekoladę, zupkę chińską, parowar, resztkę lodów. Zapowiada się imprezowo!

wtorek, 23 października 2012

Wracają, jak bumerang, samotne wieczory spędzone w domu w najlepszym możliwym towarzystwie - dobrej whisky i Toma Waitsa lub Marka Lanegana. Było spokojnie. Było cicho. Było sennie. Wszystko poukładane, wszystko na swoim miejscu, bez elementu zaskoczenia, który czułam przez skórę. Że niby coś się zbliża, ale jako że człowiek umiłował sobie podejście 'jeśli >amerykańscy naukowcy< nie udowodnią, że coś istnieje to znaczy, że tego nie ma' nadal traktuję intuicję jako błądzący dodatek do mojej osoby. A ona mnie tak naprawdę nigdy nie zawiodła.

Dzień spędziłam z siostrą. Pierwszy raz od dawna, od nie pamiętam kiedy - babski dzień bez facetów, zrobiłyśmy obiad, podzieliłyśmy się szczerymi spostrzeżeniami na temat przeszłości (staram się elegancko dobrać słowa, huehue) i po tych kilku godzinach doszłyśmy do wniosku, że fajnie byłoby mieć takie mieszkanie trzypokojowe i we dwie tam sobie mieszkać. Przeczytałam jej krótki 'życiorys', jaki spisała i powiem szczerze, że gdybym nie była jej siostrą - jego treść zszokowałaby mnie. Ale jestem jej siostrą. Żyłam obok i naprawdę wszystko widziałam. Nie znałam tylko kilku faktów sprzed moich narodzin. Tym bardziej kocham moją siostrę i tym bardziej chce mi się rzygać na myśl o matce. Owszem, na pewno nie miała lekko, ale jest to osoba, która stanowi wzorowy przykład kogoś, kto nigdy w życiu nie powinien mieć dzieci. Na dodatek nie rozumie, jaką krzywdę wyrządziła dwójce swoich dzieci i dalej to robi - w końcu zajmuje się jeszcze naszym bratem. Zupełnie jak mój ex-szwagier, który nigdy nie zdał i nie zda sobie sprawy, jak bardzo chujowe było to, co robił.

Chciałabym teraz wsiąść na rower i po prostu jechać, jechać, jechać przed siebie. Nie myśleć, nie zastanawiać się. Czysta jazda.

I te oczy, które wszystko wiedzą. Wystarczy, że spojrzą. Emisja ciepła, potrzebna do przetrwania. Zły koniec dnia. Tu jest granica, dalej się nie da.

sobota, 20 października 2012

Jako że leżakowania dzień kolejny nastąpił, ku zdrowotności, ale jeszcze dobrze na tyle nie jest, bym mogła skupić się na czytaniu nie ryzykując bólu głowy - zostało mi spanie, gapienie się w sufit/przez okno (opcjonalnie razem z rozmyślaniem na tematy różne, te mniej i bardziej ważne [chociaż z doświadczenia wiem, iż intensywność myślenia wpływa wprost proporcjonalnie na wagę problemu]) lub nadrabianie zaległości w serialach i innym badziewiu - postanowiłam zapoznać się w końcu z TVNowskim programem 'Surowi Rodzice'. Z ciekawości (i z frustracji, bo w końcu mój żołądek zaczął domagać się pokarmu, Samiec z poświeceniem kupił pomarańczki i sok jabłkowy - czyli to co chciałam, ale nie spożyję, bo kwaśne i wypali mi gardło). I, jak w większości tego typu uciech, treść jest zatrważająca.

Abstrahując od tego, że wszystko jest ustawione, od początku robi się wodę z mózgu głównie wszystkim tym 35-40 latkom (w sumie nie wiem ile wynosi średnia wieku rodziców nastolatków, strzelałam), którzy są święcie przekonani, że to ich dzieci są jakieś rąbnięte. Przepraszam bardzo, ale dziecko skądś musi czerpać wzorce, a kto jest najlepszym i najbliższym przykładem do naśladowania, jak nie stworzyciele? Większa część zachowania takiego 'zbuntowanego' dziecka jest odbitym echem niepowodzeń (lub sukcesów) z przeszłości. Z czego rodzice tak naprawdę bardzo rzadko zdają sobie sprawę. Jeszcze gorzej, że dorośli ludzie, jacy wyrastają z krnąbrnych pociech również niezbyt często pojmują, że ich problemy w dużym stopniu mogą wynikać z tego, jak ich mamusia czy tatuś dawno temu traktowali.

Dzieciaki trafiają do rodzin 'rządzonych surową ręką' co samo w sobie już przeraża. Kojarzy mi się to z wojskową musztrą, jaką serwował mi ojciec, może dlatego cierpnie mi skóra na sam dźwięk takich słów. Są witani ciepło w nowym nowy, gospodarze przedstawiają im regulamin pobytu (nie przeklinać, oddać komórkę i komputer, nie podnosić głosu... zakaz robienia makijażu...) i zaganiają do pracy. Na początku jest zrozumiały opór, który jednak pod wpływem cierpliwości starszych mędrców topnieje. Praca nie jest taka zła, czeka za nią dobre słowo i nagroda. Pomaganie innym też nie gryzie, ponadto ach... ta satysfakcja! Cała rekonwalescencja trwa tydzień, szóstego dnia młodzież dostaje listy od swych rodzicielek, w których te rzewnie zapewniają, że tęsknią, kochają, zrobią co mogą, by było lepiej etc. W końcu dzień odbicia zakładników. Mamunie przyjeżdżają po swoje pociechy, słyszą o nich dobre słowa, a potem... kilka zdań krytyki pod ich adresem! Ale jak to możliwe? I to zdziwienie wymalowane na ich twarzach... Oczywiście co dalej - tego nie wie nikt, i pewnie nigdy się nie dowiemy. Odbierają profity, życie toczy się dalej własnym torem.

Czego więc się czepiam?
Przede wszystkim wkurza mnie pewna hipokryzja oraz system, którego nie trawię. System 'szanuj mnie bo tak i już' - niby dlaczego? MASZ mnie słuchać, MASZ mnie szanować. Jestem Twoim rodzicem/opiekunem, mogę Cię traktować jak chcę, ale TY MUSISZ być posłuszny. Tak, czerpię ze swojego życiorysu. Jaki to ma wpływ na moje odbieranie tego typu programów/zjawisk - nie wiem. Może nadaje bardziej emocjonalny charakter, a może - jako że problem przepracowałam jakiś czas temu - po prostu wiem jak to jest i staram się wyjaśnić podejście tej młodszej strony. Argumenty 'bo tak/bo nie' nie istnieją. Na szacunek - nawet własnego dziecka - trzeba sobie zapracować. Nie można traktować go wedle własnego widzimisię, oczekując w zamian 'pomocy w kuchni, sprzątaniu' czy innych tego typu rzeczy. Nastolatek, zwłaszcza w okresie dojrzewania, zwłaszcza taki, z którym rodzice nie gadają na trudniejsze tematy to bardzo delikatna materia, nie sprzątaczka.
Hipokryzja natomiast czai się w zestawie tolerancja/jednolitość. Ludzie są różni - z przyczyn niezależnych albo z wyboru. Są niepełnosprawni umysłowo, fizycznie, czarni, biali, żółci, w dredach, irokezie, i tak dalej, i tak dalej. Modne jest ostatnio bycie tolerancyjnym, moim zdaniem to dobrze. Sądzę, że każdy ma prawo do wyrażania siebie w taki sposób, w jaki chce, byleby nie przeszkadzało to w funkcjonowaniu innym ludziom, nie robiło im krzywdy. Ale. W MOIM domu masz się PODPORZĄDKOWAĆ. Nie możesz być inny. Nie możesz się buntować, bo bunt jest zły! Przygotujemy Cię na idealny trybik naszego społeczeństwa. Żebyś nie walczył o swoje, słuchał się szefa i zapomniał o swojej osobowości. Przypomina mi się Orwell i 'Rok 1984'... Wymuszenie czegoś nie jest niczym trudnym. Wiele więcej wysiłku wymaga wypracowanie tego, by ktoś chciał sam z siebie coś zrobić.

Nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowywania dzieci, bo trzeba im stawiać granice i jasno to pokazywać. Co można, czego nie. Ale niech szanowni rodzice nie liczą na to, że tydzień w koszarach 'naprawi' ich dziecko. Proponuję pójść na wspólną terapię, jeśli się nie dogadujecie, a może na początek po prostu słuchać, co dzieciak ma do powiedzenia.

piątek, 19 października 2012

Kocham być chora - pewnie jak większość ludzi. W tym przypadku pewnie jest to efekt jazdy rowerem we wtorkowej ulewie + panoszącego się cholernego wirusa, na którego poległo sporo osób z mojego otoczenia. Ale. Samych ulew przetrwałam już wiele, jak np. całodzienna jazda w deszczu po suwalszczyźnie, zakończona totalnym przemoczeniem do gaci. A tam nie było wanny z ciepłą wodą i suchych ciuchów - po tygodniu opadów wszystko pod namiotem było zimne i wilgotne. Wigry też były z resztą zimne. Jednak podczas całych wakacji nie złapałam nawet zasranego kataru.

Wiem, że jest jesień, wiem też, że jestem skończonym debilem z tą jazdą w deszczu. Jeszcze w środę rano nic nie zapowiadało nadchodzącego dramatu. Po pracy posiedziałam jeszcze trochę w tym naszym pierdolniku, poczłapałam do domu i przywitałam agonię. Temperatura kosmiczna, bóle mięśni całego ciała, katar oraz pierwszy raz od lat spuchnięte migdałki - co dało mi do myślenia, że może jednak jest coś gorszego niż katar zatokowy, nawet przewlekły. Dresy, sweter i dwie kołdry, a mnie nadal telepie z zimna. I pierwsze rady - lekarz i antybiotyk! Do lekarza może bym i poszła, chociaż nie wiem za co (wypłaty jakimś dziwnym trafem się spóźniają) i po co - bo antybiotyków od jakichś 10 lat nie przyjmuję i nie zamierzam tego zmieniać. Oczywiście, gdybym zdychała tak kolejnych kilka dni na pewno nie dążyłabym do samozagłady. Jednak wychodzę z założenia, że organizm w wielu przypadkach sam/z lekką pomocą poradzi sobie z różnego typu świństwami. Może jest to mniej przyjemne (chociaż? wolę w sumie przemęczyć się 3 dni niż być zombie przez tydzień), ale na pewno zdrowsze. Rodzice - zwłaszcza ojciec - nie zadbali o moją odporność w dzieciństwie, przy każdym katarze faszerowali mnie tonami leków, przy każdej grypie - antybiotykami właśnie. Później, kiedy jeszcze chadzałam do lekarzy za każdym razem przepisywali mi antybiotyki. Nie ważne z czym przyszłam. Antybiotyk. Innej opcji nie ma. A guzik, właśnie, że jest. Najfajniejsze są chyba zimne prysznice na zbicie temperatury. Przeróżne ziołowe napary, miód, czosnek, cebula, wietrzenie mieszkania, ciepłe skarpetki i chłodny kompres na czółko.

No i może następnym razem niejeżdżenie w deszczu rowerem. Loooove huuuuurts...!!!! :3

środa, 17 października 2012

Pytanie mam dzisiaj do Panów - czy to my, kobiety, jesteśmy jakieś pierdolnięte i się czepiamy? Czy to wy macie jakąś taką wadę fabryczną? Chodzi o to - czy napisanie esemesa, że 'będę późno' wymaga niewiarygodnego wysiłku, który jest ponad wasze możliwości? Chociaż jako mężczyźni, którym nie straszne ni wiertarki, ni remonty wystukanie tych paru literek wiele problemów nastręczać nie powinno. Hmm... Jednak jeśli pomyślę o pojedynku facet vs. bobas z zasraną pieluchą wynik jest prosty. Niemniej jednak między 'zamkniemy koło 1.00' a informacją o 5.20 'cześć kochanie, właśnie wyszedłem' jest różnica. Zwłaszcza jeśli jest się personą ściągającą na siebie różne nieszczęścia typu Wielka Pardubicka przed bandą drechów w środku nocy ulicami mokotowa. Może moje rozżalenie potęguje totalne niewyspanie.

Chyba naoglądałam się za dużo filmów. Nawet nie chodzi o jakąś ogromnie romantyczną miłość, ale ogólnie tak sobie myślę, że fajnie na dobranoc być pomizianą po pleckach. A rzeczywistość brutalna - każde pod swoją kołdrą odwraca się do drugiego dupą. W nocy jedno kaszle i opluwa drugiemu twarz, drugie się kręci i poniewiera nos pierwszego łokciem.

Pojechałam wczoraj na rozmowę o pracę przy półrocznym maluchu i uznałam, że rewelacyjnym pomysłem będzie przejechanie się ze służewia na powiśle rowerem. Złota polska jesień, 13 stopni i ściana deszczu. Lubię jeździć w deszczu - jeśli tylko mam dobre gogle, a takich wczoraj w posiadaniu nie miałam. Tak samo jak kurtki przeciwdeszczowej i innych odpornych na ciecze ubrań, w związku z tym przemokłam do gaci. Ale rower przynajmniej jest teraz czyściutki. Wrzuciłam się do wanny z wrzątkiem, odmoczyłam, wygrzałam. Deszczyk słodko stukał o parapet i podokienny cis, oglądałam niezbyt ambitny serial, bo mój mózg przełączał się powoli w stan hibernacji. Jednak wystarczyło zgasić światło i szlag wszystko ciemny trafił. Zero spania. Nogi chcą tańczyć, oczy spać, mózg jeździć na rowerze. I się kręci cielsko po wyrze przez kilka godzin. I na zombie mode do pracy. Na szczęście nikogo nie ma. Dwie kawy, piwo, to wszystko. Leciał Mastodon, teraz Pelican, potem The Ocean. Grabarza nie jestem w stanie już zdzierżyć, sam dźwięk jego głosu podnosi mi ciśnienie. Szanuję jego pracę, uważam, że jego teksty są całkiem trafne (dobra, nie znam całej jego twórczości - mówię o tym, z czym miałam styczność), ale maniera z jaką śpiewa po pewnym czasie drażni jak żwir w sandale.

Dobra, to tyle pierdolenia na chwilę obecną.

piątek, 12 października 2012

Zmian ciąg dalszy.

Samiec wprowadził się do mnie, robiąc tym samym niemały zamęt tak w mieszkaniu, jak i w moim życiu doczesnym. Plus jest taki, że mam rączki do pomocy przy remoncie, a nawet przy tym remoncie bardzo uczestniczyć nie mogę, bo to przecież męska rzecz. Nie mam dużego kawałka ściany, co z początku mnie przerażało, w efekcie jednak 'powiększyło' mieszkanie. Mniejszy pokój jest ciemnofioletowy z wściekle pomarańczowym sufitem (chociaż wg producenta kolor, który wybrałam powinien być brzoskwiniowy, pastelowy, delikatny. tia...), wygląda zajebiście. Zwłaszcza w porównaniu z tym, co było wcześniej. Na podłodze najtańsze panele (dziękuję ciociu Oldze za pomoc, sama bym sobie z tym nie poradziła), chociaż i tak cała podłoga pokryta jest materacem. Łazienka jest RÓŻOWA, w większym pokoju będą sosnowe deski, zielone ściany i porządek. Zrywanie starej klepki podłogowej było nie lada wyzwaniem, ale od czego jest łom i młotek! Powinnam od poprzednich lokatorów zażyczyć sobie odszkodowania za straty moralne :3 Zadzwoniłam nawet do matuli, by pochwalić się postępami. Ale nie zapytałam już co u niej, nie byłabym w stanie znieść monologu o tym, jakie życie jest straszne, a ludzie podli. Wystarczą mi takie opowiadania w wykonaniu Samca.

Praca. Skończyła się. Z małymi animozjami i turbulencjami, suma sumarum wyszło pokojowo. Dzisiaj ostatni oficjalny dzień mojego niańczenia z Hipkiem. Z jednej strony swego rodzaju ulga, więcej czasu dla siebie, z drugiej - smuteczek! Ponad dwa lata razem. Największą nagrodą są słowa pani z przedszkola, do którego młody chodzi, i z którego odbieram go popołudniami - 'przygotowała pani wzorowo młodego człowieka do przedszkola'. Jest bezproblemowy, ciekawy świata, inteligentny... Ja wiem, geny. Ale jednak poświęcając mu kawał czasu też mam chyba w tym jakiś udział. Chociaż malutki. Oj bo ja taka skromniutka jestem :P Co z nową pracą? Nie wiem. Na razie jej nie ma, nawet na horyzoncie. Szukam nowych dzieci, ale nie wiem, czy jestem gotowa na to, by znowu pracować po 10h dziennie. Trochę więcej siebie chciałabym mieć w życiu. Z Wetlinowania kasy starczy na opłaty i drobne przyjemności, więc może w końcu zacznę robić coś swojego. Zobaczymy. tym bardziej, że...

...dzisiaj wróciły do mnie moje kochane skarbeczki! Okazało się, że żadna z pięciu dziurek po kolczykach nie zarosła, więc razem z pomocą Dzikiej uaktywniłam z powrotem trzy kolczyki w wardze. Żadnej opuchlizny, żadnego syfienia, jakby moje ciało tęskniło za tymi kawałeczkami tytanu. Bardzo szczęśliwa jestem z tej okazji!

No i chyba naj... najwszystko dla mnie sprawa. Czyli. Że ja. Śpiewam. Dobra, może to za dużo powiedziane. W każdym razie przyszedł kolega, kazał się nauczyć trzech kawałków, potem przyjść na próbę, potem na drugą, a potem to już koncert. Przed tysiącem osób, które przyszły obejrzeć Braci Figo Fagot. I taka ja, w różowej sukieneczce. Pierwsze koty za płoty, było genialnie! I chcę jeszcze, chcę więcej! I, że tak powiem, molestujemy się wzajemnie, żeby robić coś dalej w tym temacie :D Taaaak, pół TPN25, pół Kabanosa i Kotłownia... Marzenia się spełniają :3

A jesień sprzyja dysrowerii, z którą trzeba walczyć, by organizm nie zapomniał co i jak.

czwartek, 30 sierpnia 2012

To wio. Dzisiaj o ludziach niemyślących, a także o warszawskich rowerach i osobach na nich jeżdżących.

Zacznę od końca. Ci, którzy mnie znają wiedzą doskonale, żem osoba nader spokojna, pokojowa, niekłótliwa i ogólnie ciężko tracę równowagę mentalną. Ale. Da się.
Po ulicach nie jeżdżę - samochody i ich zacni kierowcy za nic mają jednośladowych współużytkowników dróg. Nie jestem typem samobójczyni. Pozostają mi ścieżki rowerowe oraz chodniki. Tych pierwszych jest w stolicy jak na lekarstwo, a jak już się na jakąś trafi trzeba uważać - zaczynają się i kończą w totalnie dowolnych miejscach, na środku niejednej rośnie jakiś słupek albo inna nienaturalna przeszkoda. Inne robią z powodzeniem za parkingi, kwitną na nich nieogarnięci piesi, rolkarze, wesołe rowerowe rodzinki z dzieciaczkami na małych czterokołowcach, damy na holenderkach, koniecznie w długich kieckach i koturnach. Cholera, nie chcę wyjść na panią-co-to-nie-ja, nieomylną i wiedzącą najlepiej wszystko, nie! Absolutnie. Jednak ilekroć jadę w trasę przejazd przez miasto jest najbardziej denerwującym etapem podróży. Do tej pory po prostu mnie to denerwowało, ale wczoraj obiecałam sobie, że założę swojemu Ursusowi z przodu pług i zdemontuję hamulce. MadMax. Jak było? A więc.

Wyjechałam pod wieczór, pętla po mieście. Po chodniku jestem ostrożnie, w sumie jestem na nim gościem (i denerwują mnie rowerzyści dzwoniący na przechodniów na chodnikach, to ich enklawa), miły zjazd Wilanowską, trochę można dokręcić ^__^ Skręt w lewo w Sikorskiego, mijam komis samochodowy i ślinię się do pięknego auta. Ścieżka szeroka, dla pieszych, biegaczy, rowerów, rolek i wszelkiego innego ludu. Ale trzeba dwoma rowerami jechać po całej szerokości. Dobra, nie dam się sprowokować. Kawałek dalej zaczyna się ścieżka rowerowa, obok przystanek autobusowy. Oddzielone barierkami. Które gówno dają. Jest naprawdę szeroko, ale przecież trzeba iść środkiem ścieżki rowerowej. Jako że nie posiadam dzwonka po prostu głośno hamuję tuż przed intruzem (jestem chamem, wiem), strasząc go niego. Ale przynajmniej schodzi z drogi. Ciśnienie lekko podskoczyło, ale w dalszej trasie elegancko opada. Nie ma co się nerwić. Dalej - moje ukochane skrzyżowanie Sobieskiego-Dolna. Fuck yeah! Sytuacja podobna - szeroko, ścieżka rowerowa i obok przystanek. Jedna osoba stoi na środku ścieżki, hamuję, schodzi, druga obejrzawszy się również to robi. Ale stoi pan, tyłem, hamuję pół metra od niego. Może jest głuchy? Krzyczę więc 'przepraszam' - odwraca się zdziwiony, ale schodzi. Można jechać. A nie, nie można! Nie można, gdyż jakaś lalunia w pięknej bryce mało mnie nie rozjeżdża; przecież ścieżka rowerowa to idealny parking. I jeszcze mnie obtrąbia Teraz gul mi skoczył porządnie. Nie muszę nadmieniać, że podczas dalszej jazdy staram się minąć osoby jadące po 2-3 obok siebie całą szerokością ścieżki czy chodnika lub ćwiczę nagłe hamowanie/omijanie przeszkód, co zawdzięczam osobom, które lubią sobie na ścieżkę wejść nie patrząc nawet, czy coś jedzie. Po co się fatygować, komu to potrzebne? Jednak moją mistrzynią była pewna panna. Otóż na Placu Na Rozdrożu remontują przejścia podziemne, ustawili wokół nich blaszane ogrodzenia. Jadąc w stronę Ursynowa nie widać, czy ktoś jedzie z naprzeciwka. Zwolniłam, całe szczęście, gdyż zza winkla wyjechała wesolutka parka na tych cholernych Vertulio. Oczywiście obok siebie. Na zakręcie. Gdzie nic nie widać. Przepraszam, ilu % społeczeństwa na pytanie 'po co ci głowa?' odpowie 'jem niom'? Jakimś cudem się w nią nie wpierdoliłam, a teraz tego żałuję. Żałuję, że nie położyłam roweru i jej nie skosiłam.

I tu przechodzimy do kolejnej kwestii - warszawska wypożyczalnia rowerów, prawo jazdy i bezmyślni ludzie. Bardzo się cieszę, że jest wypożyczalnia rowerów, że ogólnie promuje się jazdę na dwóch kółkach - super! Świetnie! Ale Warszawa jest na to totalnie nieprzygotowana. Nie ma infrastruktury, a kierowcy są bucami (chociaż to się zmienia powoli na lepsze). Dodatkowo na rower może wsiąść każdy, kto umie pedałować, co jest dla mnie totalnym nieporozumieniem. To nie tylko wkurza, ale stwarza realne zagrożenie. Po otworzeniu wypożyczalni rowerowej zrobił się totalny wysyp niemyślących, pozbawionych wyobraźni ludzi na jednośladach. Tak jak jest prawo jazdy na samochód, motocykl, niebawem będzie na skuter (w końcu!), tak i na rower powinno być. Karta rowerowa. Czemu to nie funkcjonuje? Krótki kurs, krótka pogadanka i sprawdzenie umiejętności. A tak - płacisz, wsiadasz, jedziesz. Nie ważne czy umiesz, czy nie. Zgroza. Rower też ma kierownicę, a są ludzie, którzy nigdy nie powinni za jakąkolwiek wsiadać. Dlatego wybieram nadwiślańskie błota i podwarszawskie lasy; im mniej ludzi tym lepiej. Inaczej odechciewa mi się jeździć, a do tego naprawdę truuuudno doprowadzić.

Raz jeszcze podkreślam - nie jestem mistrzynią żadną w jeździe czy coś i dlatego szanuję współjeżdżacych oraz staram się jeździć uważnie.

Rzekłam. Dostanę zjebę? :P

czwartek, 31 maja 2012

Odliczam dni. Jeszcze tylko jeden cieplutki, milutki, króciutki miesiąc i będę siedzieć w miejscu, gdzie las spotyka się z wielką wodą. Będę mieć również totalnie wyjebane na wszystko, wyłączony telefon, brudne ciuchy i masę szczęścia. I bardzo wyjątkowego samca u boku, który jest powodem niepohamowanej fali tęczowych rzygów i skitelsowych kupek. Taaaak, bardzo mocno tego potrzebuję. Tolerancja na nadmiar ludzi, zdarzeń, dźwięków wokół gwałtownie spada. Tydzień na łódce, potem tydzień nad Wigrami. A jak się wkurzę, to nie wrócę.

Stało się też co innego. Okropnego. Motocykl się stał. Nie mój rzecz jasna (tzn. jeszcze nie mój), ale po paru latach abstynencji, co by nie narażać się na gderanie ('zabijesz się', 'super, że KOLEGA ma MOTOR' i inne tego typu) na chwil kilka wcieliłam się w zacną rolę plecaczka na Fazerku 600 i aaaaach... Łzy szczęścia zalały kask od środka. Więc jak bozia da to jeszcze w tym roku zrobię prawko, następnie zacznę się prostytuować, by za rok spokojnie móc odkupić od kolegi ten konkretny motorek :3 zesram się chyba z radości.

Na razie jednak muszę zadowolić się 'tylko' rowerem. Ale nie byle jakim... No bo tak, pomyślałam sobie - dobra Koti, po wypłacie zapiszesz się na to prawko, rozłożysz sobie płatności na raty, żeby nie głodować przez resztę miesiąca. Tajasne. Samiec kupił nową ramę, wczoraj złożył do kupy wszystko i odleciałam. Po prostu nie mogłam zejść z tego roweru, nie mogłam i nie chciałam, przykleiłam się do niego na stałe. Jak już zeszłam nogi trzęsły mi się z radości, a banan nie złaził z gęby. Jest przezajebisty. W związku z tym wiadomo co Koti zrobi wkrótce. Tak właśnie. Nieodpowiedzialnie, ale chuj z tym. Ale ale - mój rowerek (mój, dostałam go już na własną własność sprezentowaną) też jest cacy, nie narzekam! Po błocie, po bagnie, po lesie daje radę, a po obniżeniu siodełka zrobił się w końcu bardziej zwrotny, co zaowocowało zabawą w gta Warsaw po chodnikach naszego pięknego miasta. Nie no, momentami i miejscami jest naprawdę ładne. W każdym razie po 3h jazdy było mi mało i po powrocie odstawiłam swojego krowulca, a podwędziłam samcu jego zabawkę i pojechałam w pizdu :) Siedzę więc teraz na allegro i obczajam możliwości zubożenia się finansowego o znaczną kwotę. Ale co poradzić, nałóg.

I naszła mnie refleksja, że w wieku 24 lat mam wszystko to, o czym marzyłam i czego mogłabym zapragnąć. Tak, zdecydowanie wszystko zależy od punktu siedzenia. O rzyganiu tęczą się nie rozpisuję, bo nadal nie mogę w pewne rzeczy uwierzyć i wydają mi się nierzeczywiste. Poza tym dla osób niezaangażowanych zapewne nudne, infantylne i takie tam ;P

piątek, 11 maja 2012

Pewne rzeczy się nie zmieniają, jak na przykład obstawanie przy twierdzeniu, że wyśpię się kiedy indziej. Dochodzę do zawrotnej ilości 2-4h snu dziennie, ale jako, że wiosna nadeszła mózg (???) mój oraz organizm czerpią energię z zupełnie innych źródeł. Bo oprócz snu metabolizm uznał, że hmmm, w sumie żarcie też nie jest jakąś wielką rzeczą. Jestem na dobrej drodze do breatharianizmu :3

Remontu nadal nie udało mi się zrobić, nie ruszyłam się ani o milimetrunio. Po prostu szkoda mi czasu. Jak już mam parę wolnych godzin, to wolę jakoś inaczej je zagospodarować. Tym bardziej, że rąbnęłam facetowi siostry rower (17-letni, ale za to jaki!) i złapałam porządnego bakcyla na popierdzielanie po lesie i takie tam. Jak tylko jakaś kasa wpadnie mi w ręce - wrzucam w rowerro.

Skończyłam też humbaka, przybył kolejny autograf (Lanegan!). Zgredek się zadomowił, z niewiadomych przyczyn wybrał sobie miejsce za kiblem jako posłanie i tam też przebywa. Pralka działa nadal. Pozmywałam przed majówką (po 3 miesiącach chyba), rachunek za prąd wyniósł mnie 11zł 59gr. Popsuł się komputer, nad czym totalnie nie ubolewam. Nie chcę go naprawiać. Na razie.

Za to ubolewam wielce nad tym, że nie mieszkam w lesie. W jakiejś dziupli w spróchniałym drzewie obrośniętym mchem. W weekend majówkowy pojechałam z przyjaciółmi na mazury, kilka dni asymilacji z drzewami, łąkami, piachem i jeziorem. W pociągu godzinę płakałam jak idiotka, że muszę wracać do tej cholernej betonowej dżungli, za to trybiki zaczęły pracować i kombinować co zrobić, żeby się wyprowadzić. Forevor und evor. Założę tartak.

Ale generalnie lewituję metr nad ziemią (z czego wychodzą różne dziwne rzeczy, np. zanikanie umiejętności obsługi klamki w drzwiach czy absurdalne skróty myślowo-słowne) - polecam, Żanet Kaleta.

środa, 14 marca 2012

Pięć dni pod rząd w drugiej rabocie. Muszę przyznać, było męcząco, poranki ciężkie i mroczne, przepełnione rządzą jebnięcia telefonem o ścianę, udaniem, że mnie nie ma i odespaniem. Może w weekend się uda. Zwykle jakoś chwilę po północy przychodzi taki moment, że moja głowa powoli zasypia, ale ciało chce tańczyć i powstaje konflikt, z którego nigdy nie wiem jak wybrnąć. Zwykle jednak kończy się na tym, że tańczę, ostatkiem przytomności i sił wojując mopem z podłogą. Wracam do domu o jakiejś chorej godzinie i mając poczucie, że i tak już się nie wyśpię - 2 czy 3 godziny snu to już żadna różnica - robię sobie kąpiel, włączam film, bardzo mądrze i odpowiedzialnie w każdym razie. Udaję, że śpię, potem udaję, że wstaję i jestem przytomna. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ właśnie dlatego, że nie inaczej, a i owszem oraz tudzież - przebywam z zajebistymi ludźmi, przy których japa ze śmiechu mi się nie zamyka niemalże :) Jednogłośnie doszliśmy do wniosku, że jestem dzieckiem uwięzionym w ciele nastolatki. Zdecydowanie i bezdyskusyjnie.

I są dwa filmy, które polecam osobom, które miałyby ochotę bardziej mnie rozumie. Pierwszy - Hair, drugi - pełnometrażowy Sponge Bob :3





Tak się bawią dzieci, kiedy zgasną światła :)

Acha, i jeszcze jedna rzecz, która totalnie zrewolucjonizowała (jakie trudne słowo!) moje życie - WSUWKI! Do włosów! Teraz już naprawdę nie potrzebuję szczotki :3

piątek, 9 marca 2012

Miałam ochotę rozjebać kubek o ścianę tylko po to, żeby zobaczyć, jak głośny będzie huk. Dopiłam szlachetny butrszynowy trunek, resztkę dolewając do melisy w ukochanym różowym saganku i jebnęłam tym zielonym o ścianę. Dźwięk niesamowity. Głośny, puste ściany spotęgowały wrażenie; drobiny porcelany walają się po całej podłodze. Jedyne, czego się obawiam to sąsiedzi - inaczej wytłukłabym chyba całą skromną zastawę stołową, w której posiadaniu obecnie jestem. I tak nie jadam w domu.

Ale dzisiejszy dzień, który był jakimś totalnym błędem w matrixie, jakimś nieporozumieniem i porażką skończył się 57 minut temu. Dzięki Bogu. Mam wrażenie, że On czasem naprawdę chce mnie wkurzyć, ale może tylko mnie testuje i chce dobrze... Cholera wie. Nie zdaję wszystkich testów. Nie jestem prymuską. Czasem się wkurwiam. Czasem coś stłukę. Czasem zapłaczę. Czasem za dużo wypiję, a potem idę spać. Częściej jednak jestem totalnie bezużyteczna. Jestem niesamowicie naiwną pacynką, wierzącą w ludzką dobroć. Nadal w nią wierzę. Jak to moja mama mawia - kto ma miękkie serce ten ma twardą dupę. W każdym razie wszystko mija i dzisiaj tego się trzymam. Jutro jest nowy dzień, ma być zorza polarna, a ja upiję się z radości lub radością, zależy to od okoliczności, i zasnę w obcym łóżku stwarzając sobie imitację realności.

poniedziałek, 5 marca 2012

Od jakiegoś czasu piszę nowy post, a potem go kasuję dochodząc wcześniej do wniosku 'po co ja to piszę, kogo to obchodzi?'. Ale dzisiaj humor wręcz wyborny, więc chrzanię.

Na temat katastrofy i żałoby narodowej będzie tylko jedno, właśnie kończące się zdanie, nic więcej.

Ale będzie o dniu kobiet.


Pyta na dzień kobiet. Genialny pomysł, prowokacja na wesoło. Pierwsza rzecz - reakcje niektórych dziewczyn/kobiet, urażonych do żywego pomysłem obdarowania ich mopem czy garnkiem 8. marca. Psychologiem nie jestem, ale hmm... Wojujące feministki? Zakompleksione baby, które w żeńskiej linii swojej rodziny miały same sprzątaczki i kucharki? Czy to jest jakaś cholerna potwarz, żeby stać w kuchni przy garach albo polatać z mopem? Ja się otwarcie przyznam - kocham gotować, myć podłogę a nawet prasować. Są to takie czynności, które mnie uspokajają :P Jak medytacja. Druga rzecz - jak poważnie podchodzą do komunistycznego święta, kiedy to raz do roku panowie byli mili i uprzejmi dla kobiet. Ja tam mam dzień kobiet codziennie, jestem dla siebie wspaniałomyślna i w ogóle ;) tylko niestety niecodziennie dostaję mopa...

O kolejnej rzeczy zapomniałam, chciałam napisać na samym końcu o zajebistym zespole, ale jeszcze wcześniej coś... Może mi się przypomni.

Mam za sobą 2 tygodnie potrójnej pracy. Muszę przyznać, że momentami jest ciężko, ale jakoś wyrabiam. Raczej nie jestem karierowiczką goniącą za pieniądzem (wtedy raczej celowałabym w inne zawody), ale nie ukrywam, że w końcu, przy tych kilku zajęciach mam okazję zaoszczędzić na jakiś wyjazd czy rower, czy cokolwiek. Minusem (chociaż w sumie wątpliwym, momentami przeradzającym się nawet w plus :P) jest totalny brak czasu na inne sprawy. Kalendarz (w życiu nie sądziłam, że będę musiała z nim wszędzie chodzić) zapełniony na pół miesiąca do przodu; kino? Jakie kino, będę odsypiać. Ale na siłownię czas znajdę, muszę zmienić oponę z zimowej na letnią. Ciuchy w szafie zrobiły się jakimś cudem nieco ciasne.

Niebawem naskrobię coś na temat ludzi przychodzących się napić, jeszcze tylko zaliczę kilka piątków i będę miała niezły przekrój. Chociaż moim faworytem nadal jest typ pijanego psychologa.

A zajebisty zespół to The Black Keys. W sumie już jakiś czas temu trochę go słuchałam, ale w niedzielę usprawniłam siedzenie na tyłku i przesłuchanie dyskografii. Nie byłabym dobrym dziennikarzem muzycznym, bo napiszę jeno, że jest całkiem różnorodna, a szczególnie do gustu przypadły mi dwa albumy - Attack & Release oraz ostatnio wydana El Canino. Attack jest totalnie melancholijna, ostatni kawałek katuję od kilku dni w kółko; za to El Canino jest wesolutka, wręcz skoczna, taki pop-blues. Z niej katuję za to pierwszy numer.








Idzie wiosna, słońce w końcu wygląda jak słońce, a nie jak żarówka pod zadymionym kloszem. Jeszcze tylko troszkę cieplej. Cierpliwość ponad wszystko :)

piątek, 24 lutego 2012

Wzięłam na swoje barki chyba dość sporo - jedno dziecko, drugie dziecko, wieczorami knajpa (no tak, wychodzi ekonomiczniej - jest zapieprz i nie ma czasu na myślenie, taki sam efekt jak przy chlaniu, tyle że zarabiam kasę zamiast ją wydawać, fakje), dorywcze administrowanie stroną i jeszcze robienie dredloków.

I nienawidzę momentu, kiedy zaczynam tęsknić, mimo że wiem, że absolutnie nie powinnam, bo to niezdrowe i nic dobrego nie wróży. Ale idzie mi ogarnianie tego wszystkiego coraz lepiej; nie myślę - a czuję. Myślenie nie wprowadza nic dobrego. Myślenie jest dobre w matematyce, ale nie tutaj. Człowiek rozkminia miliard możliwych scenariuszy, a i tak życie robi swoje i odpierdala coś z innej beczki, czego się nikt nie spodziewał. Tak jest zawsze, na tym to wszystko polega i cóż... Trzeba się przestać przejmować i cieszyć tym, co jest. To tak w teorii. A w praktyce druga strona łóżka jest nieznośnie zimna.

niedziela, 12 lutego 2012

Mark Lanegan wydaje nową płytę. Zdecydowanie nie mogę przestać jej słuchać. Z nim jest jak z przyjacielem - znam go już tyle czasu, ale wciąż zaskakuje. Mimo że niby nic nowego nie robi. Magiczne. Za miesiąc koncert, nie mogę się doczekać :) Widziałam go już raz na żywo, ten dzień zapadł mi w pamięć - wtedy to schizofreniczny sąsiad z dołu próbował wyważyć mi drzwi do mieszkania. Bo on słyszał głosy i tupanie po 22.00 i nie mógł spać. W sumie to mi go szkoda.

Poważnie... Słucham tego albumu dzisiaj już chyba siódmy raz :P

Dojrzewam też poważnie w końcu do remontu, raczej odświeżenia klaustrofobicznej sypialenki. Kolor ścian - wiadomy. Wykładzina jeszcze nie została wybrana. No i przymierzam się do zmiany łóżka na nieco większe, acz krótsze. Jedna ze ścian pokoiku ma 190cm, kur*a nie można było dociagnąć do 200... Obecny materac się nie nadaje, a musi być większy, bo już się z psami tam nie mieszczę!

Jeszcze lista życzeń... Chociaż co do życzeń to lepiej się ugryźć w język czasem. Niekiedy rzucone półżartem spełniają się w najmniej oczekiwanej chwili i potem nie wiadomo, co z nimi zrobić. No ale te są chyba bezpieczne - jeśli ktoś z was miałby do oddania jakąś wielką, ciepłą bluzę z kapturem to chętnie przygarnę :P

Rzekłam. Luty mógłby się już skończyć. W marcu koncerty, hokej wraca na torwar... :) I wiosna może przyjdzie też.

niedziela, 5 lutego 2012

Dobra, tak krótko.

Kolejny raz w ostatnim czasie słyszę pytania typu - Koti, jak Ty to robisz, że jesteś taka wyluzowana? Koti, jak Ty to robisz, że się tak cieszysz? Nie umiem odpowiedzieć na takie pytania. Ja tak po prostu mam. Nie spinam się. No bo po co? Zamiast wkurwiania - głęboki oddech i uśmiech. Oczywiście nie zawsze się to udaje, ale w większości przypadków to i owszem :) Że się cieszę? Cieszyć się trzeba, uwielbiam się cieszyć ze wszystkiego, z czego tylko radość może płynąć. Wyleczyłam się też prawie całkiem z nienawiści i ogólnej złości na ludzi. Raczej im współczuję i w największym gałganie widzę kogoś, w kim siedzą bardzo głęboko jakieś krzywdy, ból, kompleksy. A bycie dla takich ludzi wrednym absolutnie nic nie da, prócz eskalacji niefajnych zachować oraz marnowania moich własnych nerwów. Na co mi to?
W każdym razie pytania o luz i radość ,odbieram jako komplementy.

No i trochę komentarzy na świat.
Sprawa półrocznej Magdy chyba nie jest już nikomu obca. Najpierw niby porwana, w rzeczywistości zmarła wskutek nieszczęśliwego wypadku (przynajmniej taka jest obecna wersja matki). Jak grad posypały się hejterskie komentarze, wyzwiska i złorzeczenia pod adresem Katarzyny W. Oczywiście ich autorkami na pewno były kobiety, które same przeszły identyczną sytuację i zachowały zimną krew, przytomność umysłu i zrobiły, jak w instrukcji przykazano. Nie bronię matki Magdy, jednak mieszanie jej z błotem uważam za wysoce nie na miejscu. Ja się raczej zastanawiam, co musiało się dziać i jak bardzo musiała być ta kobieta przerażona, żeby posunąć się do takiej zagrywki. Czego się bała? Być może czas pokaże, o co w tym wszystkim chodziło.

Oraz sprawa ACTA. Jaśnie Wielmożny Premier naszego pięknego kraju łaskawie 'zdecydowanie wstrzymał proces ratyfikacji' czyli tak naprawdę nie zrobił nic konkretnego, rzucił hasło, żeby zamknąć usta tym, którzy jeszcze myślą i walczą. I drażni mnie, że cały wielki szum jest robiony tylko wokół internetu i kradzieży 'własności intelektualnej'. Jest masa innych spraw, ważniejszych od cholernych empetrójek, a której ACTA zagraża. Polecam posłuchać Glacy, bardzo mądre słowa się z niego wysączyły. Zamieszczę filmik, póki jeszcze mogę i nie zamkną mnie za to na 10 lat.



A jeśli ktoś ma trochę więcej czasu - polecam całość programu Lisa:


Tak poza tym - na zachodzie bez zmian. Temperatura nadal niska, ale kto by się tym przejmował! Zaczęłam robić dredloki, bardzo mi wychodzi i jeszcze bardziej się podoba.

niedziela, 29 stycznia 2012

No to tak, pierwsza sprawa - miesiąc luty miesiącem abstynencji (prócz jednego wydarzenia), a hasło 'herba zamiast łychy' będzie mi przyświecać. Kolejny zwrotny moment w egzystencji.

Sprawa druga - kto do cholery przykręcił grzejnik? Jest tak cholernie zimno, że nie mam ochoty się nigdzie ruszać. I jeszcze jakieś choróbsko śmiało się do mnie przyplątać, pokrzyżowało plany pójścia w końcu na mecz hokejowy i na koncert. No ale widocznie tak musiało być. Chociaż siedzenie w dwóch swetrach i drgawki z zimna to nie jest najprzyjemniejszy sposób spędzania soboty. I kolano mnie napierdziela. Chodzę po ulicy, jakbym miała kijek w tyłku, byle tylko nie rozwalić sobie kolejny raz tego stawu. Byłaby kiszka.

Dzisiaj Ksena ode mnie sobie pojechała. Do schroniska na sterylizację. Nie będę wnikać w szczegóły, ale mam prośbę - do każdego, kto może czasem tu zagląda i do przekazania dalej - zanim weźmiecie psa i to tak wymagającego jak husky... Pomyślcie, przemyślcie sto razy, poczytajcie o rasie, popytajcie się ludzi, którzy te psy mają. Że w większości przypadków dużo wyją, że lubią wpierdalać pod nieobecność właściciela wszystko, co im sie nawinie, że 'armagedon' to ich drugie imię. Że warczenie niekoniecznie oznacza agresję i chęć zjedzenia wszystkich na obiad; że potrzebują masę, masę ruchu (i nie są najlepszym wyborem dla domatorów lub osób starszych), że to psiaki delikatne i trzeba mieć trochę doświadczenia, żeby się nimi zajmować... I naprawdę nie jest dobrym pomysłem branie takiego psiaka - w dodatku po przejściach, ze schroniska, niesprawdzonego jeśli ma się małe dziecko. Nie chcę wyjść na jakiegoś przemądrzałego speca, bo też wielkiej kariery z tymi psami za sobą nie mam, Ksena była trzecia. Ale wiele da się zaobserwować. A jak już koniecznie się ktoś uprze to niech bierze konsekwencje i chociaż zadzwoni po behawiorystę, a nie wywala psa za drzwi. Ręce opadają.
W każdym razie dziwnie pusto i spokojnie zrobiło się bez trzeciego psa.

Haha, no i egzystencjonalne pierdy z cyklu 'w czym tkwi sedno tęsknoty' - albowiem dopadło mnie to uczucie i zastanawiam się, gdzie ma swoje korzenie. Nie czuję się samotna, a jednak czegośtam brakuje.



piątek, 27 stycznia 2012

Czy to klaruje mi się powolutku jakaś życiowa ścieżka?

Po jakimś tam czasie totalnego bejowania i szlajania się po knajpach/meczach hokejowych/imprezach przychodzi nieśpiesznie moment ogarnięcia się. Mimo niechęci do robienia czegoś, co nie sprawia mi mega-frajdy, robię to. Mianowicie, małymi kroczkami, sprzątam, uczę się. Tylko ten cholerny czas, którego wciąż brakuje! Miałam tydzień urlopu, minął o wiele za szybko. Plan rozpieprzyła igła w palcu i niemal dwa dni spędzone na poszukiwaniach zaginionych biletów w domu Hipka. Weekend zaczął się w czwartek (a może i w środę?) i zmęczył mnie niesamowicie. W sobotę przyjaciel organizował urodziny (nie będę wszystkiego opisywać, musiałabym strzelić całe opowiadanie, ale była to jedna z lepszych prywatek, na jakich miałam okazję być), razem z jego dziewczyną i kumplem pomagałam w przygotowaniach, i już samo robienie sałatek i wódkowych galaretek było niesamowicie satysfakcjonujące, miłe i takie scalające wszystko. Miałam niesamowitą frajdę. Całą noc byłam na czuwaniu, dolewałam, robiłam ze znajomymi drinki, dorabiałam kanapki, wycierałam, jeśli coś się wylało, trochę zmywałam. Poszłam spać ostatnia, gasząc niepotrzebnie zapalone światła i takie tam różne, a potem pomagałam sprzątać. Wszystkie te zabiegi były tak samo przyjemne (ależ tak, przyjemne!) jak sama impreza. Nawet psy wybaczyły mi długą nieobecność i były tak wspaniałomyślne, że nie narozrabiały w domu. Tylko się pakowały wciąż na kolana :) Swoją drogą zaczynam odczuwać ich zwiększoną ilość w moim apartamencie. Mało tego - koleżanka chciała mi wcisnąć jeszcze jednego husa, ale już naprawdę nie mam gdzie go upchnąć. To by było samobójstwo. Nie mówiąc już o sąsiadach, którzy chyba by mnie wypatroszyli ;)

Gdybym miała powiedzieć, co jest dla mnie w życiu (przynajmniej w tym momencie) najważniejsze, bez wahania odpowiedziałabym - przyjaciele. Ludzi, których kocham i za których dałabym się pokroić. Cały czas żyję w poczuciu, że daję im z siebie za mało; że nie wiedzą, ile dla mnie znaczą. I ci, których znam dłużej, i ci, których znam nieco krócej, ale jakaś taka mentalna więź powstała. Kocham was całym pokręconym sercem!

czwartek, 19 stycznia 2012

No to od początku.

Dwa dni temu doczłapałam się w końcu do lekarza, żeby mi zrobili ze stopą porządek. Nadal kurwa nie mam pojęcia jak to zrobiłam, ale w moim paluchu tkwił 2,5cm kawałek igły. Wbity oczkiem. I ułamany. W imię powiedzonka, że głupi ma zawsze szczęście - na miejscu był chirurg (a jest tam raz w tygodniu), który wyjął mi w miarę sprawnie ciało obce ze stopy. Krzyku, wrzasku i rabanu narobiłam przy tym jakby mnie co najmniej ze skóry żywcem obdzierali, ale przeżyłam. Zainwestuję w chodaki albo inne sapogi, ku przestrodze RTG przykleiłam do szyby. Piękny widok. Wczoraj poszłam jeszcze na zastrzyk przeciwtęzcowy, załamałam się totalnie. Baba nawet rąk nie umyła... Naprawdę, bardziej ufam swojej piercerce niż lekarzowi. Do czego to doszło.

I straaaasznie dużo jem. Ale tak dużo dużo. Na szczęście nie tylko ja - taka fala po znajomych poszła, tłumaczę to sobie zimą, mrozami i śniegiem. Kurna. Do tej pory zima bardzo mi się podobała, ale w momencie, kiedy jednego dnia przemoczyłam dwie pary butów, a spodnie miałam utytłane do kolan.... Dziękuję bardzo. Odechciewa się wychodzić gdziekolwiek.

W tym momencie dochodzimy do wątku Kseny i tego, że staram się ją pogodzić z Bubą. Na razie idzie opornie, młoda się boi i pokazuje zęby. Ale małymi kroczkami do przodu.

Reszty przemyśleń zaoszczędzę, są beznadziejne ;)

Ale za to....




     ....kolejna sprawa z cyklu 'doświadczyłam = umrę szczęśliwa'. No i Makdonald w środku Kerfura. O litości! Koniec! Bo zbiera mi się na smenty..!

niedziela, 15 stycznia 2012

Jak to jest z polską służbą zdrowia? Nie zgłębiłam tego tematu, ale czy jeśli na ostry dyżur przyjdzie osoba bezdomna - bez ubezpieczenia, niemająca funduszy, by zapłacić za leczenie - to czy takiego kogoś odsyła się z kwitkiem do domu? Pojechałam na Stolec na ostry dyżur, bo prawdopodobnie mam wbity w paluch u prawej stopy kawałek igły (do szycia, nie pytajcie JAK), ale niestety.... Nie mogą mi pomóc, są końmi. Nie mam ubezpieczenia, nie mam też kasy, żeby płacić na OD 80zł za wizytę u lekarza, ani tym bardziej 150zł za RTG. No i tak jadę na rivanolu ;)

Z pozytywów - kumpela wcisnęła mi kolejnego tymczasowicza, a raczej tymczasowiczkę. Ksena (srsly..?) ma jakieś 2 lata, jest w typie husky i żyła do tej pory w patologicznej rodzinie... Potem żyła w schronie. Ma charakterek, uwielbia się bawić, a sierść z niej złazi w takich ilościach, że niebawem udziergam sweterek. Niestety, kumpela zapomniała wspomnieć, że Ksena ma cieczkę - Kuba na szczęście zabrał Bubę do siebie na kilka dni, ale Zgredek... Dostał małpiego rozumu, łazi za nią i sika po kątach. Jest jeszcze niewykastrowany, jutro dopiero USG i pod nóż.
Ksena rozwaliła się na podłodze. Ksena, która nie jest i nie będzie Kilunem. Kolejny pies na tymczasie. Mój ból.

Dalej. Pożyczyłam od przyjaciółki książkę, której autorem jest mój były już na szczęście szwagier. Osoba, której wolałabym w swoim życiu nigdy nie poznać. Zakładając jednak, że wszystko w życiu jest po coś (a takie założenie właśnie u mnie w głowie panuje, chociaż ostatnio zastanawiam się, po co kolejne rzeczy się wydarzają, kiedy wolałabym, by ich nie było) myślę intensywnie nad tym, czy mówienie na głos o rzeczach ogólnie przyjętych jako nieprzyjemne to łamanie tabu czy może emocjonalny ekshibizjonizm? Postawię na tę pierwszą opcję. Ten człowiek (choć może nie zdaje sobie z tego sprawy) zrobił mi jedną z większych krzywd, jakie można zrobić dziecku. W każdym razie dzieciakowi w wieku 13-15 lat. Mój były szwagier molestował mnie seksualnie i zrobił mi pranie mózgu. Uzależnił mnie od siebie. Koszmar, jaki ciągnie się za mną do dzisiaj i tak bardzo zrył mi banię, że wciąż śni mi się po nocach i wpływa na relacje z ludźmi.
I teraz pytanie - czy to jest rzecz, którą ogół ludzi powinien/chce wiedzieć? Czy to może być po prostu kolejny temat rozmowy, sugerujący, że takie rzeczy mogą dziać się za ścianą, czy coś, co powinno zostać w rodzinie lub wśród bliższych znajomych/przyjaciół?
Nie chcę mu spuszczać wpierdolu, nie życzę mu źle. Sądzę, że w tej chwili ma to, na co sobie zapracował. Oddzieliłam to grubą kreską, chociaż czasem wszystko wraca.

A, no i dzięki nieocenionej pomocy Alka, który wymienił mi w kuchni kran - podłączyłam i uruchomiłam w końu pralkę! Jeeeeee...! I robię pierwsze pranie. Święto, święto!

piątek, 13 stycznia 2012

Tylko dla ludzi o mocnych nerwach! Ten film tak mnie rozczulił, chciałabym mieć znów 14 lat (kurna, to już dekadę temu było!), chociaż tak sobie uprzytomniłam, że emocjonalnie pod pewnymi względami na tym wieku się zatrzymałam. Chyba nie będę walczyć z takim stanem rzeczy.

Po tym, jakiego kaca miałam przez pół dnia postanowiłam zapić resztkę smutków karotką. Bezpieczniej i zdrowiej. I naprawdę, naprawdę już tyle nie pić.

czwartek, 12 stycznia 2012


Kocham gościa. Polecam wywiad w najświeższym numerze Forum.
Narada bojowa z Panną Joanną. Temat zszedł generalnie na sprawy damsko-męskie, a konkretnie na obecną paranoiczną sytuację. Kobiety rzucają się na mężczyzn jak wygłodniałe piranie na padlinę, wyszarpują sobie ich z rąk, walczą o uwagę. W świecie zwierząt (np. u ptaków przeto) jest tak, że to samiec nosi strojne piórka, pięknie śpiewa, lata czy inaczej zabiega o względy samicy. Ale xuj, przecież u ludzi wszystko jest na opak. To kobieta ma być multi-extra, walczyć dzielnie o swojego samca, żeby przypadkiem nie wyfrunął do innej. A jeśli na horyzoncie pojawia się świeże mięso - to mięso przebiera w zainteresowanych jak w ulęgałkach. Wszystko ma podane na tacy, nie musi się starać, bo to baby, głupie baby latają jak kot z pęcherzem, w akcie desperacji, w strachu przed samotnością, cholera wie - jeszcze milion powodów by się znalazło. Kobieta, która nie wymagała zdobycia jest mniej cenna. Ale któremu chce się zdobywać, jeśli wokół kręci się mnóstwo łatwych kąsków. W każdym razie zjawisko fascynujące, smutne, zastanawiające, żenujące i przerażające. Która nie walczy - niech pogodzi się z przegraną, z marginesem.

Parę notek wcześniej wspomniałam o tym, jak podchodzę do spraw seksu - że trzeba ze mną najpierw pochodzić nieco po wałach nadwiślańskich. Usłyszałam, że jestem wymierającym gatunkiem. Chyba rzeczywiście. W świecie Rozwartonogich.

I powoli dojrzewam do zapuszczenia korzeni w domu. Z tuzinem butelek wina, obok podobną ilością whisky (tak w ogóle - whisky i wciąganie tabaki to zdecydowanie kobiece używki), w miare sprawnym komputerem, muzyką i świętym spokojem. I pisać, pisać, pisać, malować, rysować, pisać i pisać. Nie wychodzić zbytnio nigdzie. Czytać. Ćwiczyć umysł. Skupiać się na swoim cholernym oddechu, jak wlatuje... wylatuje... wdech... wydech...

Ach, no i pralka dojechała. Niestety jeszcze czeka na uruchomienie. Mam także nowego domownika - Stefan jest wielkim piwnicznym szczurem i lubi buszować po kuchni. A psie dziewczyny próbują wcisnąć mi kolejnego tymczasowicza i biorąc pod uwagę urlop w nadchodzącym tygodniu - mocno się nad tym zastanawiam. Zostanę starą panną, ale przynajmniej ze zwierzyńcem. Crazy Dog Lady!

wtorek, 10 stycznia 2012

Ornitologicznie. Zaczerpnięte z pisma, jakie można złapać w warszawskim ZOO, artykuł o rozważnym wyborze domowego pupila:
"Idealnym partnerem dla papugi jest ktoś, kto marzy o spędzaniu z nią całych dni i nocy, wspólnym demolowaniu mebli, bujaniu się na żyrandolu, rozchlapywaniu wody i jedzenia, a także wydawaniu od samego rana wrzaskliwych dźwięków wraz z pierzastą partnerką. Odrzucona papuga staje się osowiała, popada w głęboką depresję, wyskubuje sobie pióra i nierzadko umiera z tęsknoty."

Natomiast moja własna obserwacja: mężczyźni są jak gołębie - chcą żreć, ale do ręki po bułę podejść się boją :P
Chciałam pominąć zbędny wstęp, ale jak wiadomo - wstęp to bardzo ważna część, eee.... tak ogólnie w życiu. Pominięcie wstępu to kiepska sprawa. Ale wstęp musi być dobry - nie taki na odwal się. To tak, jakby go w ogóle nie było. Więc kończąc mój zajebisty wstęp przechodzę do sedna sprawy, przynajmniej do punktu pierwszego.

A dzisiaj jest nim grafomaństwo. W weekend wybieram się na kilka koncertów polskich kapel. Przesłuchiwałam je i o ile muzycznie... no, dadzą jakoś radę, tyle teksty (no dobra, jednej z nich, nie będę wymieniać z nazwy) rozłożyły mnie na łopatki, bynajmniej nie z zachwytu. Nie mogłam tego słuchać. I tak myślę sobie, że większości polskojęzycznych tekstów nie da się słuchać (jeśli chodzi o anglojęzyczne - nie jestem aż taka pro, ale słychać, kiedy ktoś język kaleczy...), czego najlepszym przykładem jest Coma. Ale z drugiej strony to ja jestem cholerną ignorantką, bo przecież każdy ma pragnienie wyrażania siebie (ja też, pisząc chociażby te słowa, które również mogą ujść za suche grafomaństwo), a nie każdy musi być Osiecką, Szymańskim czy Rimbaud, nie? W ogólnym rozrachunku wychodzi na to, że nawet teksy Ich Troje mogą trafiać do serca.

Punktu drugiego i kolejnych brak. To był epilog.

Koniec.

sobota, 7 stycznia 2012

Starzeję się. Ogłaszam wszem i wobec, że dnia dzisiejszego zakupiłam... PRALKĘ. Nową, piękną, dużą pralkę. Jutro przyjeżdża lodówka (z odzysku), pralka we wtorek. Reszkami sił stawiam opór dorosłości i buntuję się przed kuchenką. Zamiast kuchenki będzie elegancki parowar. No i może korkociąg.

Nie mogę przestać się śmiać i uśmiechać. Wszystko mnie tak zajebiście zachwyca. Te wszystkie pierdoły, te wszystkie (bardziej lub mniej) zryte osobowości wokół, nie wiem co z tym wszystkim robić. Tyle we mnie tej cholernej radości i miłości, że naprawdę zaraz zacznę rzygać tęczą :) Nie mieć pragnień, nie mieć oczekiwań, chłonąć każdy moment życia... Bosko Dosko...

czwartek, 5 stycznia 2012

Zostałam brutalnie przymuszona przez Zakurzoną do skomponowania nowej notki, bo nie wiadomo, co się u mnie dzieje. A dzieje się naprawdę wiele, w dodatku pozytywnych rzeczy :)

Przede wszystkim odzyskałam mentalną równowagę, wewnętrzny spokój (jeśli u mnie można to tak w ogóle nazwać), poziom Pierdolca wrócił do normy. Czyli jest bardzo wysoki. Cieszę się z tego niezmiernie! Czuję, jakbym przeszła jakiś kosmiczny detoks - schudłam (nie, nie odchudzam się, za to często mam w domu wielką tabliczkę czekolady), mój mózg pracuje inaczej.

Znalazłam swoje 'miejsce na ziemi'  - zawsze chciałam mieć taką knajpę, do której będzie mi się miło wracać, bo będą tam znajome twarze i fajny klimat. I znalazłam, więc w piątkowe wieczory po pracy odreagowuję godziny spędzone z dzieckiem przechodzącym aktualnie bunt dwulatka. Jakiś czas temu tyćkę przesadziłam, przez co kompletnie nie pamiętam, co się działo, a to z kolei pchnęło mnie do postanowienia ograniczenia spożywania alkoholu, a przynajmniej kontrolowania jego dawek. Na szczęście moi kochani przyjaciele z całych swoich wielkich serc wspierają mnie w tym założeniu obdarowując trunkami tudzież akcesoriami z nimi związanymi. Kocham was.

Podjęłam walkę o przyszłość - zapisałam się na kurs psiego trenera, po którym będę miała kwalifikacje do pracy z czworonogami. No i ostatni pies, jakiego odratowałam zadomowił się u mnie na stałe. Najbrzydszy i najbadziej śmierdzący pies, jakiego widziałam. Jego pani zmarła, chyba nigdy w życiu nie była z nim u weterynarza. Tak więc mam dwa sierściuchy.

Jestem zafascynowana ludźmi. Faza aspołeczna przeszła do archiwum, oczywiście zdarzają się dni, kiedy po prostu mam ochotę posiedzieć w domu i się wyciszyć, ale należy to do rzadkości. Wraz z wyczilowaniem umysłowym nadszedł dystans do różnych życiowych aspektów, w tym do relacji damsko-męskich. Pławię się wręcz swoim stanem cywilnym, wracam do domu kiedy chcę, robię co chcę i w ogóle zosiosamosizm pełną gębą. Chociaż w sprawach seksu pozostałam staroświecka i najpierw trzeba ze mną chodzić po wałach nadwiślańskich.

Sylwester... Najlepszy w życiu, tak mi się wydaje. Przetańczyłam całą noc, nawiązałam kontakty społeczne, wydawało mi się tak koło 5.00, że 'czas iść do domu', ale zostałam i kameralną grupką wyszliśmy koło 10.00. Nie wiem, ile wypiłam, ale wszystko pamiętam i to jest cudowne. Masa mega miłych wspomnień :) Szkoda, że nie wszyscy zapamiętali tak dobrze tę noc i the day after.

Czuję się taka wolna!