niedziela, 29 stycznia 2012

No to tak, pierwsza sprawa - miesiąc luty miesiącem abstynencji (prócz jednego wydarzenia), a hasło 'herba zamiast łychy' będzie mi przyświecać. Kolejny zwrotny moment w egzystencji.

Sprawa druga - kto do cholery przykręcił grzejnik? Jest tak cholernie zimno, że nie mam ochoty się nigdzie ruszać. I jeszcze jakieś choróbsko śmiało się do mnie przyplątać, pokrzyżowało plany pójścia w końcu na mecz hokejowy i na koncert. No ale widocznie tak musiało być. Chociaż siedzenie w dwóch swetrach i drgawki z zimna to nie jest najprzyjemniejszy sposób spędzania soboty. I kolano mnie napierdziela. Chodzę po ulicy, jakbym miała kijek w tyłku, byle tylko nie rozwalić sobie kolejny raz tego stawu. Byłaby kiszka.

Dzisiaj Ksena ode mnie sobie pojechała. Do schroniska na sterylizację. Nie będę wnikać w szczegóły, ale mam prośbę - do każdego, kto może czasem tu zagląda i do przekazania dalej - zanim weźmiecie psa i to tak wymagającego jak husky... Pomyślcie, przemyślcie sto razy, poczytajcie o rasie, popytajcie się ludzi, którzy te psy mają. Że w większości przypadków dużo wyją, że lubią wpierdalać pod nieobecność właściciela wszystko, co im sie nawinie, że 'armagedon' to ich drugie imię. Że warczenie niekoniecznie oznacza agresję i chęć zjedzenia wszystkich na obiad; że potrzebują masę, masę ruchu (i nie są najlepszym wyborem dla domatorów lub osób starszych), że to psiaki delikatne i trzeba mieć trochę doświadczenia, żeby się nimi zajmować... I naprawdę nie jest dobrym pomysłem branie takiego psiaka - w dodatku po przejściach, ze schroniska, niesprawdzonego jeśli ma się małe dziecko. Nie chcę wyjść na jakiegoś przemądrzałego speca, bo też wielkiej kariery z tymi psami za sobą nie mam, Ksena była trzecia. Ale wiele da się zaobserwować. A jak już koniecznie się ktoś uprze to niech bierze konsekwencje i chociaż zadzwoni po behawiorystę, a nie wywala psa za drzwi. Ręce opadają.
W każdym razie dziwnie pusto i spokojnie zrobiło się bez trzeciego psa.

Haha, no i egzystencjonalne pierdy z cyklu 'w czym tkwi sedno tęsknoty' - albowiem dopadło mnie to uczucie i zastanawiam się, gdzie ma swoje korzenie. Nie czuję się samotna, a jednak czegośtam brakuje.



piątek, 27 stycznia 2012

Czy to klaruje mi się powolutku jakaś życiowa ścieżka?

Po jakimś tam czasie totalnego bejowania i szlajania się po knajpach/meczach hokejowych/imprezach przychodzi nieśpiesznie moment ogarnięcia się. Mimo niechęci do robienia czegoś, co nie sprawia mi mega-frajdy, robię to. Mianowicie, małymi kroczkami, sprzątam, uczę się. Tylko ten cholerny czas, którego wciąż brakuje! Miałam tydzień urlopu, minął o wiele za szybko. Plan rozpieprzyła igła w palcu i niemal dwa dni spędzone na poszukiwaniach zaginionych biletów w domu Hipka. Weekend zaczął się w czwartek (a może i w środę?) i zmęczył mnie niesamowicie. W sobotę przyjaciel organizował urodziny (nie będę wszystkiego opisywać, musiałabym strzelić całe opowiadanie, ale była to jedna z lepszych prywatek, na jakich miałam okazję być), razem z jego dziewczyną i kumplem pomagałam w przygotowaniach, i już samo robienie sałatek i wódkowych galaretek było niesamowicie satysfakcjonujące, miłe i takie scalające wszystko. Miałam niesamowitą frajdę. Całą noc byłam na czuwaniu, dolewałam, robiłam ze znajomymi drinki, dorabiałam kanapki, wycierałam, jeśli coś się wylało, trochę zmywałam. Poszłam spać ostatnia, gasząc niepotrzebnie zapalone światła i takie tam różne, a potem pomagałam sprzątać. Wszystkie te zabiegi były tak samo przyjemne (ależ tak, przyjemne!) jak sama impreza. Nawet psy wybaczyły mi długą nieobecność i były tak wspaniałomyślne, że nie narozrabiały w domu. Tylko się pakowały wciąż na kolana :) Swoją drogą zaczynam odczuwać ich zwiększoną ilość w moim apartamencie. Mało tego - koleżanka chciała mi wcisnąć jeszcze jednego husa, ale już naprawdę nie mam gdzie go upchnąć. To by było samobójstwo. Nie mówiąc już o sąsiadach, którzy chyba by mnie wypatroszyli ;)

Gdybym miała powiedzieć, co jest dla mnie w życiu (przynajmniej w tym momencie) najważniejsze, bez wahania odpowiedziałabym - przyjaciele. Ludzi, których kocham i za których dałabym się pokroić. Cały czas żyję w poczuciu, że daję im z siebie za mało; że nie wiedzą, ile dla mnie znaczą. I ci, których znam dłużej, i ci, których znam nieco krócej, ale jakaś taka mentalna więź powstała. Kocham was całym pokręconym sercem!

czwartek, 19 stycznia 2012

No to od początku.

Dwa dni temu doczłapałam się w końcu do lekarza, żeby mi zrobili ze stopą porządek. Nadal kurwa nie mam pojęcia jak to zrobiłam, ale w moim paluchu tkwił 2,5cm kawałek igły. Wbity oczkiem. I ułamany. W imię powiedzonka, że głupi ma zawsze szczęście - na miejscu był chirurg (a jest tam raz w tygodniu), który wyjął mi w miarę sprawnie ciało obce ze stopy. Krzyku, wrzasku i rabanu narobiłam przy tym jakby mnie co najmniej ze skóry żywcem obdzierali, ale przeżyłam. Zainwestuję w chodaki albo inne sapogi, ku przestrodze RTG przykleiłam do szyby. Piękny widok. Wczoraj poszłam jeszcze na zastrzyk przeciwtęzcowy, załamałam się totalnie. Baba nawet rąk nie umyła... Naprawdę, bardziej ufam swojej piercerce niż lekarzowi. Do czego to doszło.

I straaaasznie dużo jem. Ale tak dużo dużo. Na szczęście nie tylko ja - taka fala po znajomych poszła, tłumaczę to sobie zimą, mrozami i śniegiem. Kurna. Do tej pory zima bardzo mi się podobała, ale w momencie, kiedy jednego dnia przemoczyłam dwie pary butów, a spodnie miałam utytłane do kolan.... Dziękuję bardzo. Odechciewa się wychodzić gdziekolwiek.

W tym momencie dochodzimy do wątku Kseny i tego, że staram się ją pogodzić z Bubą. Na razie idzie opornie, młoda się boi i pokazuje zęby. Ale małymi kroczkami do przodu.

Reszty przemyśleń zaoszczędzę, są beznadziejne ;)

Ale za to....




     ....kolejna sprawa z cyklu 'doświadczyłam = umrę szczęśliwa'. No i Makdonald w środku Kerfura. O litości! Koniec! Bo zbiera mi się na smenty..!

niedziela, 15 stycznia 2012

Jak to jest z polską służbą zdrowia? Nie zgłębiłam tego tematu, ale czy jeśli na ostry dyżur przyjdzie osoba bezdomna - bez ubezpieczenia, niemająca funduszy, by zapłacić za leczenie - to czy takiego kogoś odsyła się z kwitkiem do domu? Pojechałam na Stolec na ostry dyżur, bo prawdopodobnie mam wbity w paluch u prawej stopy kawałek igły (do szycia, nie pytajcie JAK), ale niestety.... Nie mogą mi pomóc, są końmi. Nie mam ubezpieczenia, nie mam też kasy, żeby płacić na OD 80zł za wizytę u lekarza, ani tym bardziej 150zł za RTG. No i tak jadę na rivanolu ;)

Z pozytywów - kumpela wcisnęła mi kolejnego tymczasowicza, a raczej tymczasowiczkę. Ksena (srsly..?) ma jakieś 2 lata, jest w typie husky i żyła do tej pory w patologicznej rodzinie... Potem żyła w schronie. Ma charakterek, uwielbia się bawić, a sierść z niej złazi w takich ilościach, że niebawem udziergam sweterek. Niestety, kumpela zapomniała wspomnieć, że Ksena ma cieczkę - Kuba na szczęście zabrał Bubę do siebie na kilka dni, ale Zgredek... Dostał małpiego rozumu, łazi za nią i sika po kątach. Jest jeszcze niewykastrowany, jutro dopiero USG i pod nóż.
Ksena rozwaliła się na podłodze. Ksena, która nie jest i nie będzie Kilunem. Kolejny pies na tymczasie. Mój ból.

Dalej. Pożyczyłam od przyjaciółki książkę, której autorem jest mój były już na szczęście szwagier. Osoba, której wolałabym w swoim życiu nigdy nie poznać. Zakładając jednak, że wszystko w życiu jest po coś (a takie założenie właśnie u mnie w głowie panuje, chociaż ostatnio zastanawiam się, po co kolejne rzeczy się wydarzają, kiedy wolałabym, by ich nie było) myślę intensywnie nad tym, czy mówienie na głos o rzeczach ogólnie przyjętych jako nieprzyjemne to łamanie tabu czy może emocjonalny ekshibizjonizm? Postawię na tę pierwszą opcję. Ten człowiek (choć może nie zdaje sobie z tego sprawy) zrobił mi jedną z większych krzywd, jakie można zrobić dziecku. W każdym razie dzieciakowi w wieku 13-15 lat. Mój były szwagier molestował mnie seksualnie i zrobił mi pranie mózgu. Uzależnił mnie od siebie. Koszmar, jaki ciągnie się za mną do dzisiaj i tak bardzo zrył mi banię, że wciąż śni mi się po nocach i wpływa na relacje z ludźmi.
I teraz pytanie - czy to jest rzecz, którą ogół ludzi powinien/chce wiedzieć? Czy to może być po prostu kolejny temat rozmowy, sugerujący, że takie rzeczy mogą dziać się za ścianą, czy coś, co powinno zostać w rodzinie lub wśród bliższych znajomych/przyjaciół?
Nie chcę mu spuszczać wpierdolu, nie życzę mu źle. Sądzę, że w tej chwili ma to, na co sobie zapracował. Oddzieliłam to grubą kreską, chociaż czasem wszystko wraca.

A, no i dzięki nieocenionej pomocy Alka, który wymienił mi w kuchni kran - podłączyłam i uruchomiłam w końu pralkę! Jeeeeee...! I robię pierwsze pranie. Święto, święto!

piątek, 13 stycznia 2012

Tylko dla ludzi o mocnych nerwach! Ten film tak mnie rozczulił, chciałabym mieć znów 14 lat (kurna, to już dekadę temu było!), chociaż tak sobie uprzytomniłam, że emocjonalnie pod pewnymi względami na tym wieku się zatrzymałam. Chyba nie będę walczyć z takim stanem rzeczy.

Po tym, jakiego kaca miałam przez pół dnia postanowiłam zapić resztkę smutków karotką. Bezpieczniej i zdrowiej. I naprawdę, naprawdę już tyle nie pić.

czwartek, 12 stycznia 2012


Kocham gościa. Polecam wywiad w najświeższym numerze Forum.
Narada bojowa z Panną Joanną. Temat zszedł generalnie na sprawy damsko-męskie, a konkretnie na obecną paranoiczną sytuację. Kobiety rzucają się na mężczyzn jak wygłodniałe piranie na padlinę, wyszarpują sobie ich z rąk, walczą o uwagę. W świecie zwierząt (np. u ptaków przeto) jest tak, że to samiec nosi strojne piórka, pięknie śpiewa, lata czy inaczej zabiega o względy samicy. Ale xuj, przecież u ludzi wszystko jest na opak. To kobieta ma być multi-extra, walczyć dzielnie o swojego samca, żeby przypadkiem nie wyfrunął do innej. A jeśli na horyzoncie pojawia się świeże mięso - to mięso przebiera w zainteresowanych jak w ulęgałkach. Wszystko ma podane na tacy, nie musi się starać, bo to baby, głupie baby latają jak kot z pęcherzem, w akcie desperacji, w strachu przed samotnością, cholera wie - jeszcze milion powodów by się znalazło. Kobieta, która nie wymagała zdobycia jest mniej cenna. Ale któremu chce się zdobywać, jeśli wokół kręci się mnóstwo łatwych kąsków. W każdym razie zjawisko fascynujące, smutne, zastanawiające, żenujące i przerażające. Która nie walczy - niech pogodzi się z przegraną, z marginesem.

Parę notek wcześniej wspomniałam o tym, jak podchodzę do spraw seksu - że trzeba ze mną najpierw pochodzić nieco po wałach nadwiślańskich. Usłyszałam, że jestem wymierającym gatunkiem. Chyba rzeczywiście. W świecie Rozwartonogich.

I powoli dojrzewam do zapuszczenia korzeni w domu. Z tuzinem butelek wina, obok podobną ilością whisky (tak w ogóle - whisky i wciąganie tabaki to zdecydowanie kobiece używki), w miare sprawnym komputerem, muzyką i świętym spokojem. I pisać, pisać, pisać, malować, rysować, pisać i pisać. Nie wychodzić zbytnio nigdzie. Czytać. Ćwiczyć umysł. Skupiać się na swoim cholernym oddechu, jak wlatuje... wylatuje... wdech... wydech...

Ach, no i pralka dojechała. Niestety jeszcze czeka na uruchomienie. Mam także nowego domownika - Stefan jest wielkim piwnicznym szczurem i lubi buszować po kuchni. A psie dziewczyny próbują wcisnąć mi kolejnego tymczasowicza i biorąc pod uwagę urlop w nadchodzącym tygodniu - mocno się nad tym zastanawiam. Zostanę starą panną, ale przynajmniej ze zwierzyńcem. Crazy Dog Lady!

wtorek, 10 stycznia 2012

Ornitologicznie. Zaczerpnięte z pisma, jakie można złapać w warszawskim ZOO, artykuł o rozważnym wyborze domowego pupila:
"Idealnym partnerem dla papugi jest ktoś, kto marzy o spędzaniu z nią całych dni i nocy, wspólnym demolowaniu mebli, bujaniu się na żyrandolu, rozchlapywaniu wody i jedzenia, a także wydawaniu od samego rana wrzaskliwych dźwięków wraz z pierzastą partnerką. Odrzucona papuga staje się osowiała, popada w głęboką depresję, wyskubuje sobie pióra i nierzadko umiera z tęsknoty."

Natomiast moja własna obserwacja: mężczyźni są jak gołębie - chcą żreć, ale do ręki po bułę podejść się boją :P
Chciałam pominąć zbędny wstęp, ale jak wiadomo - wstęp to bardzo ważna część, eee.... tak ogólnie w życiu. Pominięcie wstępu to kiepska sprawa. Ale wstęp musi być dobry - nie taki na odwal się. To tak, jakby go w ogóle nie było. Więc kończąc mój zajebisty wstęp przechodzę do sedna sprawy, przynajmniej do punktu pierwszego.

A dzisiaj jest nim grafomaństwo. W weekend wybieram się na kilka koncertów polskich kapel. Przesłuchiwałam je i o ile muzycznie... no, dadzą jakoś radę, tyle teksty (no dobra, jednej z nich, nie będę wymieniać z nazwy) rozłożyły mnie na łopatki, bynajmniej nie z zachwytu. Nie mogłam tego słuchać. I tak myślę sobie, że większości polskojęzycznych tekstów nie da się słuchać (jeśli chodzi o anglojęzyczne - nie jestem aż taka pro, ale słychać, kiedy ktoś język kaleczy...), czego najlepszym przykładem jest Coma. Ale z drugiej strony to ja jestem cholerną ignorantką, bo przecież każdy ma pragnienie wyrażania siebie (ja też, pisząc chociażby te słowa, które również mogą ujść za suche grafomaństwo), a nie każdy musi być Osiecką, Szymańskim czy Rimbaud, nie? W ogólnym rozrachunku wychodzi na to, że nawet teksy Ich Troje mogą trafiać do serca.

Punktu drugiego i kolejnych brak. To był epilog.

Koniec.

sobota, 7 stycznia 2012

Starzeję się. Ogłaszam wszem i wobec, że dnia dzisiejszego zakupiłam... PRALKĘ. Nową, piękną, dużą pralkę. Jutro przyjeżdża lodówka (z odzysku), pralka we wtorek. Reszkami sił stawiam opór dorosłości i buntuję się przed kuchenką. Zamiast kuchenki będzie elegancki parowar. No i może korkociąg.

Nie mogę przestać się śmiać i uśmiechać. Wszystko mnie tak zajebiście zachwyca. Te wszystkie pierdoły, te wszystkie (bardziej lub mniej) zryte osobowości wokół, nie wiem co z tym wszystkim robić. Tyle we mnie tej cholernej radości i miłości, że naprawdę zaraz zacznę rzygać tęczą :) Nie mieć pragnień, nie mieć oczekiwań, chłonąć każdy moment życia... Bosko Dosko...

czwartek, 5 stycznia 2012

Zostałam brutalnie przymuszona przez Zakurzoną do skomponowania nowej notki, bo nie wiadomo, co się u mnie dzieje. A dzieje się naprawdę wiele, w dodatku pozytywnych rzeczy :)

Przede wszystkim odzyskałam mentalną równowagę, wewnętrzny spokój (jeśli u mnie można to tak w ogóle nazwać), poziom Pierdolca wrócił do normy. Czyli jest bardzo wysoki. Cieszę się z tego niezmiernie! Czuję, jakbym przeszła jakiś kosmiczny detoks - schudłam (nie, nie odchudzam się, za to często mam w domu wielką tabliczkę czekolady), mój mózg pracuje inaczej.

Znalazłam swoje 'miejsce na ziemi'  - zawsze chciałam mieć taką knajpę, do której będzie mi się miło wracać, bo będą tam znajome twarze i fajny klimat. I znalazłam, więc w piątkowe wieczory po pracy odreagowuję godziny spędzone z dzieckiem przechodzącym aktualnie bunt dwulatka. Jakiś czas temu tyćkę przesadziłam, przez co kompletnie nie pamiętam, co się działo, a to z kolei pchnęło mnie do postanowienia ograniczenia spożywania alkoholu, a przynajmniej kontrolowania jego dawek. Na szczęście moi kochani przyjaciele z całych swoich wielkich serc wspierają mnie w tym założeniu obdarowując trunkami tudzież akcesoriami z nimi związanymi. Kocham was.

Podjęłam walkę o przyszłość - zapisałam się na kurs psiego trenera, po którym będę miała kwalifikacje do pracy z czworonogami. No i ostatni pies, jakiego odratowałam zadomowił się u mnie na stałe. Najbrzydszy i najbadziej śmierdzący pies, jakiego widziałam. Jego pani zmarła, chyba nigdy w życiu nie była z nim u weterynarza. Tak więc mam dwa sierściuchy.

Jestem zafascynowana ludźmi. Faza aspołeczna przeszła do archiwum, oczywiście zdarzają się dni, kiedy po prostu mam ochotę posiedzieć w domu i się wyciszyć, ale należy to do rzadkości. Wraz z wyczilowaniem umysłowym nadszedł dystans do różnych życiowych aspektów, w tym do relacji damsko-męskich. Pławię się wręcz swoim stanem cywilnym, wracam do domu kiedy chcę, robię co chcę i w ogóle zosiosamosizm pełną gębą. Chociaż w sprawach seksu pozostałam staroświecka i najpierw trzeba ze mną chodzić po wałach nadwiślańskich.

Sylwester... Najlepszy w życiu, tak mi się wydaje. Przetańczyłam całą noc, nawiązałam kontakty społeczne, wydawało mi się tak koło 5.00, że 'czas iść do domu', ale zostałam i kameralną grupką wyszliśmy koło 10.00. Nie wiem, ile wypiłam, ale wszystko pamiętam i to jest cudowne. Masa mega miłych wspomnień :) Szkoda, że nie wszyscy zapamiętali tak dobrze tę noc i the day after.

Czuję się taka wolna!