No to od początku.
Dwa dni temu doczłapałam się w końcu do lekarza, żeby mi zrobili ze stopą porządek. Nadal kurwa nie mam pojęcia jak to zrobiłam, ale w moim paluchu tkwił 2,5cm kawałek igły. Wbity oczkiem. I ułamany. W imię powiedzonka, że głupi ma zawsze szczęście - na miejscu był chirurg (a jest tam raz w tygodniu), który wyjął mi w miarę sprawnie ciało obce ze stopy. Krzyku, wrzasku i rabanu narobiłam przy tym jakby mnie co najmniej ze skóry żywcem obdzierali, ale przeżyłam. Zainwestuję w chodaki albo inne sapogi, ku przestrodze RTG przykleiłam do szyby. Piękny widok. Wczoraj poszłam jeszcze na zastrzyk przeciwtęzcowy, załamałam się totalnie. Baba nawet rąk nie umyła... Naprawdę, bardziej ufam swojej piercerce niż lekarzowi. Do czego to doszło.
I straaaasznie dużo jem. Ale tak dużo dużo. Na szczęście nie tylko ja - taka fala po znajomych poszła, tłumaczę to sobie zimą, mrozami i śniegiem. Kurna. Do tej pory zima bardzo mi się podobała, ale w momencie, kiedy jednego dnia przemoczyłam dwie pary butów, a spodnie miałam utytłane do kolan.... Dziękuję bardzo. Odechciewa się wychodzić gdziekolwiek.
W tym momencie dochodzimy do wątku Kseny i tego, że staram się ją pogodzić z Bubą. Na razie idzie opornie, młoda się boi i pokazuje zęby. Ale małymi kroczkami do przodu.
Reszty przemyśleń zaoszczędzę, są beznadziejne ;)
Ale za to....
....kolejna sprawa z cyklu 'doświadczyłam = umrę szczęśliwa'. No i Makdonald w środku Kerfura. O litości! Koniec! Bo zbiera mi się na smenty..!
czwartek, 19 stycznia 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz