środa, 14 marca 2012

Pięć dni pod rząd w drugiej rabocie. Muszę przyznać, było męcząco, poranki ciężkie i mroczne, przepełnione rządzą jebnięcia telefonem o ścianę, udaniem, że mnie nie ma i odespaniem. Może w weekend się uda. Zwykle jakoś chwilę po północy przychodzi taki moment, że moja głowa powoli zasypia, ale ciało chce tańczyć i powstaje konflikt, z którego nigdy nie wiem jak wybrnąć. Zwykle jednak kończy się na tym, że tańczę, ostatkiem przytomności i sił wojując mopem z podłogą. Wracam do domu o jakiejś chorej godzinie i mając poczucie, że i tak już się nie wyśpię - 2 czy 3 godziny snu to już żadna różnica - robię sobie kąpiel, włączam film, bardzo mądrze i odpowiedzialnie w każdym razie. Udaję, że śpię, potem udaję, że wstaję i jestem przytomna. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ właśnie dlatego, że nie inaczej, a i owszem oraz tudzież - przebywam z zajebistymi ludźmi, przy których japa ze śmiechu mi się nie zamyka niemalże :) Jednogłośnie doszliśmy do wniosku, że jestem dzieckiem uwięzionym w ciele nastolatki. Zdecydowanie i bezdyskusyjnie.

I są dwa filmy, które polecam osobom, które miałyby ochotę bardziej mnie rozumie. Pierwszy - Hair, drugi - pełnometrażowy Sponge Bob :3





Tak się bawią dzieci, kiedy zgasną światła :)

Acha, i jeszcze jedna rzecz, która totalnie zrewolucjonizowała (jakie trudne słowo!) moje życie - WSUWKI! Do włosów! Teraz już naprawdę nie potrzebuję szczotki :3

piątek, 9 marca 2012

Miałam ochotę rozjebać kubek o ścianę tylko po to, żeby zobaczyć, jak głośny będzie huk. Dopiłam szlachetny butrszynowy trunek, resztkę dolewając do melisy w ukochanym różowym saganku i jebnęłam tym zielonym o ścianę. Dźwięk niesamowity. Głośny, puste ściany spotęgowały wrażenie; drobiny porcelany walają się po całej podłodze. Jedyne, czego się obawiam to sąsiedzi - inaczej wytłukłabym chyba całą skromną zastawę stołową, w której posiadaniu obecnie jestem. I tak nie jadam w domu.

Ale dzisiejszy dzień, który był jakimś totalnym błędem w matrixie, jakimś nieporozumieniem i porażką skończył się 57 minut temu. Dzięki Bogu. Mam wrażenie, że On czasem naprawdę chce mnie wkurzyć, ale może tylko mnie testuje i chce dobrze... Cholera wie. Nie zdaję wszystkich testów. Nie jestem prymuską. Czasem się wkurwiam. Czasem coś stłukę. Czasem zapłaczę. Czasem za dużo wypiję, a potem idę spać. Częściej jednak jestem totalnie bezużyteczna. Jestem niesamowicie naiwną pacynką, wierzącą w ludzką dobroć. Nadal w nią wierzę. Jak to moja mama mawia - kto ma miękkie serce ten ma twardą dupę. W każdym razie wszystko mija i dzisiaj tego się trzymam. Jutro jest nowy dzień, ma być zorza polarna, a ja upiję się z radości lub radością, zależy to od okoliczności, i zasnę w obcym łóżku stwarzając sobie imitację realności.

poniedziałek, 5 marca 2012

Od jakiegoś czasu piszę nowy post, a potem go kasuję dochodząc wcześniej do wniosku 'po co ja to piszę, kogo to obchodzi?'. Ale dzisiaj humor wręcz wyborny, więc chrzanię.

Na temat katastrofy i żałoby narodowej będzie tylko jedno, właśnie kończące się zdanie, nic więcej.

Ale będzie o dniu kobiet.


Pyta na dzień kobiet. Genialny pomysł, prowokacja na wesoło. Pierwsza rzecz - reakcje niektórych dziewczyn/kobiet, urażonych do żywego pomysłem obdarowania ich mopem czy garnkiem 8. marca. Psychologiem nie jestem, ale hmm... Wojujące feministki? Zakompleksione baby, które w żeńskiej linii swojej rodziny miały same sprzątaczki i kucharki? Czy to jest jakaś cholerna potwarz, żeby stać w kuchni przy garach albo polatać z mopem? Ja się otwarcie przyznam - kocham gotować, myć podłogę a nawet prasować. Są to takie czynności, które mnie uspokajają :P Jak medytacja. Druga rzecz - jak poważnie podchodzą do komunistycznego święta, kiedy to raz do roku panowie byli mili i uprzejmi dla kobiet. Ja tam mam dzień kobiet codziennie, jestem dla siebie wspaniałomyślna i w ogóle ;) tylko niestety niecodziennie dostaję mopa...

O kolejnej rzeczy zapomniałam, chciałam napisać na samym końcu o zajebistym zespole, ale jeszcze wcześniej coś... Może mi się przypomni.

Mam za sobą 2 tygodnie potrójnej pracy. Muszę przyznać, że momentami jest ciężko, ale jakoś wyrabiam. Raczej nie jestem karierowiczką goniącą za pieniądzem (wtedy raczej celowałabym w inne zawody), ale nie ukrywam, że w końcu, przy tych kilku zajęciach mam okazję zaoszczędzić na jakiś wyjazd czy rower, czy cokolwiek. Minusem (chociaż w sumie wątpliwym, momentami przeradzającym się nawet w plus :P) jest totalny brak czasu na inne sprawy. Kalendarz (w życiu nie sądziłam, że będę musiała z nim wszędzie chodzić) zapełniony na pół miesiąca do przodu; kino? Jakie kino, będę odsypiać. Ale na siłownię czas znajdę, muszę zmienić oponę z zimowej na letnią. Ciuchy w szafie zrobiły się jakimś cudem nieco ciasne.

Niebawem naskrobię coś na temat ludzi przychodzących się napić, jeszcze tylko zaliczę kilka piątków i będę miała niezły przekrój. Chociaż moim faworytem nadal jest typ pijanego psychologa.

A zajebisty zespół to The Black Keys. W sumie już jakiś czas temu trochę go słuchałam, ale w niedzielę usprawniłam siedzenie na tyłku i przesłuchanie dyskografii. Nie byłabym dobrym dziennikarzem muzycznym, bo napiszę jeno, że jest całkiem różnorodna, a szczególnie do gustu przypadły mi dwa albumy - Attack & Release oraz ostatnio wydana El Canino. Attack jest totalnie melancholijna, ostatni kawałek katuję od kilku dni w kółko; za to El Canino jest wesolutka, wręcz skoczna, taki pop-blues. Z niej katuję za to pierwszy numer.








Idzie wiosna, słońce w końcu wygląda jak słońce, a nie jak żarówka pod zadymionym kloszem. Jeszcze tylko troszkę cieplej. Cierpliwość ponad wszystko :)