poniedziałek, 5 marca 2012

Od jakiegoś czasu piszę nowy post, a potem go kasuję dochodząc wcześniej do wniosku 'po co ja to piszę, kogo to obchodzi?'. Ale dzisiaj humor wręcz wyborny, więc chrzanię.

Na temat katastrofy i żałoby narodowej będzie tylko jedno, właśnie kończące się zdanie, nic więcej.

Ale będzie o dniu kobiet.


Pyta na dzień kobiet. Genialny pomysł, prowokacja na wesoło. Pierwsza rzecz - reakcje niektórych dziewczyn/kobiet, urażonych do żywego pomysłem obdarowania ich mopem czy garnkiem 8. marca. Psychologiem nie jestem, ale hmm... Wojujące feministki? Zakompleksione baby, które w żeńskiej linii swojej rodziny miały same sprzątaczki i kucharki? Czy to jest jakaś cholerna potwarz, żeby stać w kuchni przy garach albo polatać z mopem? Ja się otwarcie przyznam - kocham gotować, myć podłogę a nawet prasować. Są to takie czynności, które mnie uspokajają :P Jak medytacja. Druga rzecz - jak poważnie podchodzą do komunistycznego święta, kiedy to raz do roku panowie byli mili i uprzejmi dla kobiet. Ja tam mam dzień kobiet codziennie, jestem dla siebie wspaniałomyślna i w ogóle ;) tylko niestety niecodziennie dostaję mopa...

O kolejnej rzeczy zapomniałam, chciałam napisać na samym końcu o zajebistym zespole, ale jeszcze wcześniej coś... Może mi się przypomni.

Mam za sobą 2 tygodnie potrójnej pracy. Muszę przyznać, że momentami jest ciężko, ale jakoś wyrabiam. Raczej nie jestem karierowiczką goniącą za pieniądzem (wtedy raczej celowałabym w inne zawody), ale nie ukrywam, że w końcu, przy tych kilku zajęciach mam okazję zaoszczędzić na jakiś wyjazd czy rower, czy cokolwiek. Minusem (chociaż w sumie wątpliwym, momentami przeradzającym się nawet w plus :P) jest totalny brak czasu na inne sprawy. Kalendarz (w życiu nie sądziłam, że będę musiała z nim wszędzie chodzić) zapełniony na pół miesiąca do przodu; kino? Jakie kino, będę odsypiać. Ale na siłownię czas znajdę, muszę zmienić oponę z zimowej na letnią. Ciuchy w szafie zrobiły się jakimś cudem nieco ciasne.

Niebawem naskrobię coś na temat ludzi przychodzących się napić, jeszcze tylko zaliczę kilka piątków i będę miała niezły przekrój. Chociaż moim faworytem nadal jest typ pijanego psychologa.

A zajebisty zespół to The Black Keys. W sumie już jakiś czas temu trochę go słuchałam, ale w niedzielę usprawniłam siedzenie na tyłku i przesłuchanie dyskografii. Nie byłabym dobrym dziennikarzem muzycznym, bo napiszę jeno, że jest całkiem różnorodna, a szczególnie do gustu przypadły mi dwa albumy - Attack & Release oraz ostatnio wydana El Canino. Attack jest totalnie melancholijna, ostatni kawałek katuję od kilku dni w kółko; za to El Canino jest wesolutka, wręcz skoczna, taki pop-blues. Z niej katuję za to pierwszy numer.








Idzie wiosna, słońce w końcu wygląda jak słońce, a nie jak żarówka pod zadymionym kloszem. Jeszcze tylko troszkę cieplej. Cierpliwość ponad wszystko :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz