Pewne rzeczy się nie zmieniają, jak na przykład obstawanie przy twierdzeniu, że wyśpię się kiedy indziej. Dochodzę do zawrotnej ilości 2-4h snu dziennie, ale jako, że wiosna nadeszła mózg (???) mój oraz organizm czerpią energię z zupełnie innych źródeł. Bo oprócz snu metabolizm uznał, że hmmm, w sumie żarcie też nie jest jakąś wielką rzeczą. Jestem na dobrej drodze do breatharianizmu :3
Remontu nadal nie udało mi się zrobić, nie ruszyłam się ani o milimetrunio. Po prostu szkoda mi czasu. Jak już mam parę wolnych godzin, to wolę jakoś inaczej je zagospodarować. Tym bardziej, że rąbnęłam facetowi siostry rower (17-letni, ale za to jaki!) i złapałam porządnego bakcyla na popierdzielanie po lesie i takie tam. Jak tylko jakaś kasa wpadnie mi w ręce - wrzucam w rowerro.
Skończyłam też humbaka, przybył kolejny autograf (Lanegan!). Zgredek się zadomowił, z niewiadomych przyczyn wybrał sobie miejsce za kiblem jako posłanie i tam też przebywa. Pralka działa nadal. Pozmywałam przed majówką (po 3 miesiącach chyba), rachunek za prąd wyniósł mnie 11zł 59gr. Popsuł się komputer, nad czym totalnie nie ubolewam. Nie chcę go naprawiać. Na razie.
Za to ubolewam wielce nad tym, że nie mieszkam w lesie. W jakiejś dziupli w spróchniałym drzewie obrośniętym mchem. W weekend majówkowy pojechałam z przyjaciółmi na mazury, kilka dni asymilacji z drzewami, łąkami, piachem i jeziorem. W pociągu godzinę płakałam jak idiotka, że muszę wracać do tej cholernej betonowej dżungli, za to trybiki zaczęły pracować i kombinować co zrobić, żeby się wyprowadzić. Forevor und evor. Założę tartak.
Ale generalnie lewituję metr nad ziemią (z czego wychodzą różne dziwne rzeczy, np. zanikanie umiejętności obsługi klamki w drzwiach czy absurdalne skróty myślowo-słowne) - polecam, Żanet Kaleta.
piątek, 11 maja 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz