sobota, 20 października 2012

Jako że leżakowania dzień kolejny nastąpił, ku zdrowotności, ale jeszcze dobrze na tyle nie jest, bym mogła skupić się na czytaniu nie ryzykując bólu głowy - zostało mi spanie, gapienie się w sufit/przez okno (opcjonalnie razem z rozmyślaniem na tematy różne, te mniej i bardziej ważne [chociaż z doświadczenia wiem, iż intensywność myślenia wpływa wprost proporcjonalnie na wagę problemu]) lub nadrabianie zaległości w serialach i innym badziewiu - postanowiłam zapoznać się w końcu z TVNowskim programem 'Surowi Rodzice'. Z ciekawości (i z frustracji, bo w końcu mój żołądek zaczął domagać się pokarmu, Samiec z poświeceniem kupił pomarańczki i sok jabłkowy - czyli to co chciałam, ale nie spożyję, bo kwaśne i wypali mi gardło). I, jak w większości tego typu uciech, treść jest zatrważająca.

Abstrahując od tego, że wszystko jest ustawione, od początku robi się wodę z mózgu głównie wszystkim tym 35-40 latkom (w sumie nie wiem ile wynosi średnia wieku rodziców nastolatków, strzelałam), którzy są święcie przekonani, że to ich dzieci są jakieś rąbnięte. Przepraszam bardzo, ale dziecko skądś musi czerpać wzorce, a kto jest najlepszym i najbliższym przykładem do naśladowania, jak nie stworzyciele? Większa część zachowania takiego 'zbuntowanego' dziecka jest odbitym echem niepowodzeń (lub sukcesów) z przeszłości. Z czego rodzice tak naprawdę bardzo rzadko zdają sobie sprawę. Jeszcze gorzej, że dorośli ludzie, jacy wyrastają z krnąbrnych pociech również niezbyt często pojmują, że ich problemy w dużym stopniu mogą wynikać z tego, jak ich mamusia czy tatuś dawno temu traktowali.

Dzieciaki trafiają do rodzin 'rządzonych surową ręką' co samo w sobie już przeraża. Kojarzy mi się to z wojskową musztrą, jaką serwował mi ojciec, może dlatego cierpnie mi skóra na sam dźwięk takich słów. Są witani ciepło w nowym nowy, gospodarze przedstawiają im regulamin pobytu (nie przeklinać, oddać komórkę i komputer, nie podnosić głosu... zakaz robienia makijażu...) i zaganiają do pracy. Na początku jest zrozumiały opór, który jednak pod wpływem cierpliwości starszych mędrców topnieje. Praca nie jest taka zła, czeka za nią dobre słowo i nagroda. Pomaganie innym też nie gryzie, ponadto ach... ta satysfakcja! Cała rekonwalescencja trwa tydzień, szóstego dnia młodzież dostaje listy od swych rodzicielek, w których te rzewnie zapewniają, że tęsknią, kochają, zrobią co mogą, by było lepiej etc. W końcu dzień odbicia zakładników. Mamunie przyjeżdżają po swoje pociechy, słyszą o nich dobre słowa, a potem... kilka zdań krytyki pod ich adresem! Ale jak to możliwe? I to zdziwienie wymalowane na ich twarzach... Oczywiście co dalej - tego nie wie nikt, i pewnie nigdy się nie dowiemy. Odbierają profity, życie toczy się dalej własnym torem.

Czego więc się czepiam?
Przede wszystkim wkurza mnie pewna hipokryzja oraz system, którego nie trawię. System 'szanuj mnie bo tak i już' - niby dlaczego? MASZ mnie słuchać, MASZ mnie szanować. Jestem Twoim rodzicem/opiekunem, mogę Cię traktować jak chcę, ale TY MUSISZ być posłuszny. Tak, czerpię ze swojego życiorysu. Jaki to ma wpływ na moje odbieranie tego typu programów/zjawisk - nie wiem. Może nadaje bardziej emocjonalny charakter, a może - jako że problem przepracowałam jakiś czas temu - po prostu wiem jak to jest i staram się wyjaśnić podejście tej młodszej strony. Argumenty 'bo tak/bo nie' nie istnieją. Na szacunek - nawet własnego dziecka - trzeba sobie zapracować. Nie można traktować go wedle własnego widzimisię, oczekując w zamian 'pomocy w kuchni, sprzątaniu' czy innych tego typu rzeczy. Nastolatek, zwłaszcza w okresie dojrzewania, zwłaszcza taki, z którym rodzice nie gadają na trudniejsze tematy to bardzo delikatna materia, nie sprzątaczka.
Hipokryzja natomiast czai się w zestawie tolerancja/jednolitość. Ludzie są różni - z przyczyn niezależnych albo z wyboru. Są niepełnosprawni umysłowo, fizycznie, czarni, biali, żółci, w dredach, irokezie, i tak dalej, i tak dalej. Modne jest ostatnio bycie tolerancyjnym, moim zdaniem to dobrze. Sądzę, że każdy ma prawo do wyrażania siebie w taki sposób, w jaki chce, byleby nie przeszkadzało to w funkcjonowaniu innym ludziom, nie robiło im krzywdy. Ale. W MOIM domu masz się PODPORZĄDKOWAĆ. Nie możesz być inny. Nie możesz się buntować, bo bunt jest zły! Przygotujemy Cię na idealny trybik naszego społeczeństwa. Żebyś nie walczył o swoje, słuchał się szefa i zapomniał o swojej osobowości. Przypomina mi się Orwell i 'Rok 1984'... Wymuszenie czegoś nie jest niczym trudnym. Wiele więcej wysiłku wymaga wypracowanie tego, by ktoś chciał sam z siebie coś zrobić.

Nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowywania dzieci, bo trzeba im stawiać granice i jasno to pokazywać. Co można, czego nie. Ale niech szanowni rodzice nie liczą na to, że tydzień w koszarach 'naprawi' ich dziecko. Proponuję pójść na wspólną terapię, jeśli się nie dogadujecie, a może na początek po prostu słuchać, co dzieciak ma do powiedzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz