Kocham być chora - pewnie jak większość ludzi. W tym przypadku pewnie jest to efekt jazdy rowerem we wtorkowej ulewie + panoszącego się cholernego wirusa, na którego poległo sporo osób z mojego otoczenia. Ale. Samych ulew przetrwałam już wiele, jak np. całodzienna jazda w deszczu po suwalszczyźnie, zakończona totalnym przemoczeniem do gaci. A tam nie było wanny z ciepłą wodą i suchych ciuchów - po tygodniu opadów wszystko pod namiotem było zimne i wilgotne. Wigry też były z resztą zimne. Jednak podczas całych wakacji nie złapałam nawet zasranego kataru.
Wiem, że jest jesień, wiem też, że jestem skończonym debilem z tą jazdą w deszczu. Jeszcze w środę rano nic nie zapowiadało nadchodzącego dramatu. Po pracy posiedziałam jeszcze trochę w tym naszym pierdolniku, poczłapałam do domu i przywitałam agonię. Temperatura kosmiczna, bóle mięśni całego ciała, katar oraz pierwszy raz od lat spuchnięte migdałki - co dało mi do myślenia, że może jednak jest coś gorszego niż katar zatokowy, nawet przewlekły. Dresy, sweter i dwie kołdry, a mnie nadal telepie z zimna. I pierwsze rady - lekarz i antybiotyk! Do lekarza może bym i poszła, chociaż nie wiem za co (wypłaty jakimś dziwnym trafem się spóźniają) i po co - bo antybiotyków od jakichś 10 lat nie przyjmuję i nie zamierzam tego zmieniać. Oczywiście, gdybym zdychała tak kolejnych kilka dni na pewno nie dążyłabym do samozagłady. Jednak wychodzę z założenia, że organizm w wielu przypadkach sam/z lekką pomocą poradzi sobie z różnego typu świństwami. Może jest to mniej przyjemne (chociaż? wolę w sumie przemęczyć się 3 dni niż być zombie przez tydzień), ale na pewno zdrowsze. Rodzice - zwłaszcza ojciec - nie zadbali o moją odporność w dzieciństwie, przy każdym katarze faszerowali mnie tonami leków, przy każdej grypie - antybiotykami właśnie. Później, kiedy jeszcze chadzałam do lekarzy za każdym razem przepisywali mi antybiotyki. Nie ważne z czym przyszłam. Antybiotyk. Innej opcji nie ma. A guzik, właśnie, że jest. Najfajniejsze są chyba zimne prysznice na zbicie temperatury. Przeróżne ziołowe napary, miód, czosnek, cebula, wietrzenie mieszkania, ciepłe skarpetki i chłodny kompres na czółko.
No i może następnym razem niejeżdżenie w deszczu rowerem. Loooove huuuuurts...!!!! :3
piątek, 19 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Najlepiej leżeć w wyrku i się wygrzać. Jak się ma jeszcze towarzysza to człowiek leczy się 2 razy szybciej ;) Ale zimne prysznice tylko jak masz 39 stopni gorączki. Wcześniej się nie powinno schładzać organizmu. On w ten sposób zwalcza chorobę. Powodzenia kochanie :)
OdpowiedzUsuńja miałam pewnie koło 40 i to tak przez cały dzień :P już tylko katar i to cholerne gardło zostało ;)
OdpowiedzUsuń