Pytanie mam dzisiaj do Panów - czy to my, kobiety, jesteśmy jakieś pierdolnięte i się czepiamy? Czy to wy macie jakąś taką wadę fabryczną? Chodzi o to - czy napisanie esemesa, że 'będę późno' wymaga niewiarygodnego wysiłku, który jest ponad wasze możliwości? Chociaż jako mężczyźni, którym nie straszne ni wiertarki, ni remonty wystukanie tych paru literek wiele problemów nastręczać nie powinno. Hmm... Jednak jeśli pomyślę o pojedynku facet vs. bobas z zasraną pieluchą wynik jest prosty. Niemniej jednak między 'zamkniemy koło 1.00' a informacją o 5.20 'cześć kochanie, właśnie wyszedłem' jest różnica. Zwłaszcza jeśli jest się personą ściągającą na siebie różne nieszczęścia typu Wielka Pardubicka przed bandą drechów w środku nocy ulicami mokotowa. Może moje rozżalenie potęguje totalne niewyspanie.
Chyba naoglądałam się za dużo filmów. Nawet nie chodzi o jakąś ogromnie romantyczną miłość, ale ogólnie tak sobie myślę, że fajnie na dobranoc być pomizianą po pleckach. A rzeczywistość brutalna - każde pod swoją kołdrą odwraca się do drugiego dupą. W nocy jedno kaszle i opluwa drugiemu twarz, drugie się kręci i poniewiera nos pierwszego łokciem.
Pojechałam wczoraj na rozmowę o pracę przy półrocznym maluchu i uznałam, że rewelacyjnym pomysłem będzie przejechanie się ze służewia na powiśle rowerem. Złota polska jesień, 13 stopni i ściana deszczu. Lubię jeździć w deszczu - jeśli tylko mam dobre gogle, a takich wczoraj w posiadaniu nie miałam. Tak samo jak kurtki przeciwdeszczowej i innych odpornych na ciecze ubrań, w związku z tym przemokłam do gaci. Ale rower przynajmniej jest teraz czyściutki. Wrzuciłam się do wanny z wrzątkiem, odmoczyłam, wygrzałam. Deszczyk słodko stukał o parapet i podokienny cis, oglądałam niezbyt ambitny serial, bo mój mózg przełączał się powoli w stan hibernacji. Jednak wystarczyło zgasić światło i szlag wszystko ciemny trafił. Zero spania. Nogi chcą tańczyć, oczy spać, mózg jeździć na rowerze. I się kręci cielsko po wyrze przez kilka godzin. I na zombie mode do pracy. Na szczęście nikogo nie ma. Dwie kawy, piwo, to wszystko. Leciał Mastodon, teraz Pelican, potem The Ocean. Grabarza nie jestem w stanie już zdzierżyć, sam dźwięk jego głosu podnosi mi ciśnienie. Szanuję jego pracę, uważam, że jego teksty są całkiem trafne (dobra, nie znam całej jego twórczości - mówię o tym, z czym miałam styczność), ale maniera z jaką śpiewa po pewnym czasie drażni jak żwir w sandale.
Dobra, to tyle pierdolenia na chwilę obecną.
środa, 17 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz