Zmian ciąg dalszy.
Samiec wprowadził się do mnie, robiąc tym samym niemały zamęt tak w mieszkaniu, jak i w moim życiu doczesnym. Plus jest taki, że mam rączki do pomocy przy remoncie, a nawet przy tym remoncie bardzo uczestniczyć nie mogę, bo to przecież męska rzecz. Nie mam dużego kawałka ściany, co z początku mnie przerażało, w efekcie jednak 'powiększyło' mieszkanie. Mniejszy pokój jest ciemnofioletowy z wściekle pomarańczowym sufitem (chociaż wg producenta kolor, który wybrałam powinien być brzoskwiniowy, pastelowy, delikatny. tia...), wygląda zajebiście. Zwłaszcza w porównaniu z tym, co było wcześniej. Na podłodze najtańsze panele (dziękuję ciociu Oldze za pomoc, sama bym sobie z tym nie poradziła), chociaż i tak cała podłoga pokryta jest materacem. Łazienka jest RÓŻOWA, w większym pokoju będą sosnowe deski, zielone ściany i porządek. Zrywanie starej klepki podłogowej było nie lada wyzwaniem, ale od czego jest łom i młotek! Powinnam od poprzednich lokatorów zażyczyć sobie odszkodowania za straty moralne :3 Zadzwoniłam nawet do matuli, by pochwalić się postępami. Ale nie zapytałam już co u niej, nie byłabym w stanie znieść monologu o tym, jakie życie jest straszne, a ludzie podli. Wystarczą mi takie opowiadania w wykonaniu Samca.
Praca. Skończyła się. Z małymi animozjami i turbulencjami, suma sumarum wyszło pokojowo. Dzisiaj ostatni oficjalny dzień mojego niańczenia z Hipkiem. Z jednej strony swego rodzaju ulga, więcej czasu dla siebie, z drugiej - smuteczek! Ponad dwa lata razem. Największą nagrodą są słowa pani z przedszkola, do którego młody chodzi, i z którego odbieram go popołudniami - 'przygotowała pani wzorowo młodego człowieka do przedszkola'. Jest bezproblemowy, ciekawy świata, inteligentny... Ja wiem, geny. Ale jednak poświęcając mu kawał czasu też mam chyba w tym jakiś udział. Chociaż malutki. Oj bo ja taka skromniutka jestem :P Co z nową pracą? Nie wiem. Na razie jej nie ma, nawet na horyzoncie. Szukam nowych dzieci, ale nie wiem, czy jestem gotowa na to, by znowu pracować po 10h dziennie. Trochę więcej siebie chciałabym mieć w życiu. Z Wetlinowania kasy starczy na opłaty i drobne przyjemności, więc może w końcu zacznę robić coś swojego. Zobaczymy. tym bardziej, że...
...dzisiaj wróciły do mnie moje kochane skarbeczki! Okazało się, że żadna z pięciu dziurek po kolczykach nie zarosła, więc razem z pomocą Dzikiej uaktywniłam z powrotem trzy kolczyki w wardze. Żadnej opuchlizny, żadnego syfienia, jakby moje ciało tęskniło za tymi kawałeczkami tytanu. Bardzo szczęśliwa jestem z tej okazji!
No i chyba naj... najwszystko dla mnie sprawa. Czyli. Że ja. Śpiewam. Dobra, może to za dużo powiedziane. W każdym razie przyszedł kolega, kazał się nauczyć trzech kawałków, potem przyjść na próbę, potem na drugą, a potem to już koncert. Przed tysiącem osób, które przyszły obejrzeć Braci Figo Fagot. I taka ja, w różowej sukieneczce. Pierwsze koty za płoty, było genialnie! I chcę jeszcze, chcę więcej! I, że tak powiem, molestujemy się wzajemnie, żeby robić coś dalej w tym temacie :D Taaaak, pół TPN25, pół Kabanosa i Kotłownia... Marzenia się spełniają :3
A jesień sprzyja dysrowerii, z którą trzeba walczyć, by organizm nie zapomniał co i jak.
piątek, 12 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz