piątek, 28 grudnia 2012

Tak... Jakiś tam kolejny rozdział w życiu zamknięty. Smutno mi ogromnie, chodzę rozjebana w środku, nieco nerwowa... Ale trzeba żyć dalej. Trzeba coś fajnego z tym życiem robić. I do przodu. Nie zawsze jest tak, jak by się chciało - ale to już zajeżdża Paulo Coelho, blaaah.

W ramach zimowej kontroli powłoki tłuszczowej ciała chodzę sobie na rower (a to niespodzianka!) do dirt parku na Wawelskiej. Cóż, najchętniej zatrudniłabym na pełen etat masażystkę (w ostateczności może być masażysta, byle by miał silne łapy...), bo zakwasy jednak trochę dają się we znaki. W każdym razie nie są takie straszne, jak się spodziewałam. Kondycja lekko, acz sukcesywnie - w górę. Robię już dwa okrążenia :P Podczas gdy kumple (no, prawie z palcem w dupie) 23-25, chociaż są bliscy wyzionięcia ducha. Dobrze popatrzeć na zdrową samczą rywalizację. I gdyby nie jedna bratnia dusza płci żeńskiej byłoby ciężko - same chłopy. W każdym razie staram się przyzwyczaić, że ludzie mówią do mnie po imieniu, już nie mówiąc o tym, że je zdrabniają.

Co za tym wszystkim idzie - przymierzam się do zakupu kolejnego roweru, jakby te dwa to było dla mnie za mało. Myślałam o nowym odkurzaczu (a może jednak kask?), o półkach na książki (hm, nowe opony też są potrzebne)... Dobra, nieważne, jestem monotematyczna.

W każdym razie Mikołaj przyniósł mi przepyszną czekoladę z wasabi, Vonneguta i Poe oraz zajebiste majciochy :D Mam w lodówce sporo jedzenia, ale nie jestem w stanie jeść. Co za tym idzie - mam też niewiele siły. Chociaż znając siebie jak zacznę wpierdalać... To nie będzie końca.

Swoją drogą ekipy sprzątające naszej pięknej stolycy się nie postarały. Gdybym chciała iść śmigać na łyżwach poszłabym na lodowisko, a wystarczy przejść się Wawelską. Rowerem przejechać się nie da, przejść - wyczyn dla śmiałków.

Chcę wiosnę, lato. Ciepło. Namiot, las i jezioro. I rower u boku. Pełnia szczęścia.

I na koniec... Bo mnie naszło jakoś.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz