Do wszystkiego trzeba 'dojrzeć' - do nowego wpisu, za który zabierałam się już kilkakrotnie również.
Ogólnie życie płynie mi mlekiem i miodem. W dodatku ma niesamowite tempo, ale o tym może kiedy indziej się rozpiszę. Może, bo moja potrzeba emocjonalnego ekshibicjonizmu drastycznie zmalała. Kumuluję energię z rzygania tęczą, by w odpowiednim momencie walnąć z grubej rury.
Z okazji zbliżającej się wielkimi krokami przeprowadzki postanowiłam zacząć robić porządki. Zastanawiałam się, co zrobię z ciuchami (zamierzam zrobić wielkie odejmowanie) i bach! Wpadła mi w ręce ulotka informująca o zbiórce ubrań (i nie tylko) dla potrzebujcych. Jeszcze pod dom podjeżdżają i zabierają dary z mieszkania, nie trzeba się nigdzie z tobołami telepać, co dla mnie jest cudowną opcją. Dalej. Spontanicznie przetrząsnęłam swoją 'kosmetyczkę' - czyli torbę ze wszelkimi kolorowymi kosmetykami, jakie gromadziłam przez ostatnią dekadę. Coś niecoś nawet wyrzuciłam. Pobawiłam się lakierami i szminkami, jak mała dziewczynka. W każdym razie poszłam krok dalej. Zajrzałam do szuflady biurka, do której przez dwa lata tylko i wyłącznie dodawałam przedmioty, co powodowało stopniową i konsekwentną burdelizację. A dziś... robię w niej porządek. Sama z siebie. Znajduję przy okazji różne ciekawe rzeczy, które się wcześniej 'zapodziały', lub o istnieniu których nie miałam wcześniej pojęcia, jakoś mi po prostu umknęły. Teksty piosenek sprzed roku - teksty zapomniane... piosenki niezaśpiewane... Różne pierdoły - i wszystkie historie wszystkich tych pierdół świetnie pamiętam. Czasami się zastanawiałam 'na cholerę mi ten kapsel/ulotka/patyk', ale teraz, gdy żywot mój żwawo ewoluuje... Patrzę na to z sentymentem i uśmiecham się, przypominam sobie to wszystko i jest mi miło, ciepło, dobrze. Niesamowite uczucie. Piękne :)
Długi weekend spędzony na południu. Kot po powrocie zrobił mi karczemną awanturę i w ogóle wielki foch został strzelony, lecz nie na długo. Kluska jako książkowa przedstawicielka kotopsa łaziła za mną po powrocie jak cień. Jednak warto było - piękna pogoda, dobre żarcie, najlepsze towarzystwo, natura... Malowanie bramy, długie rozmowy przeplatane długim milczeniem, spacery z psem, łażenie po górach, lenistwo na trawie, kradzione jabłka i maliny, oglądanie nocą nieba przez teleskop i przeglądanie starych zdjęć - papierowych! To z kolei natchnęło mnie do wykombinowania aparatu na kliszę, coby było na stare lata co wspominać :) I coś, co wzruszyło mnie ogromnie - zapach wyschniętego, nagrzanego słońcem igliwia. Zapach, który pamiętam z dzieciństwa, kiedy jako hmm... 5-latka biegałam po ośrodku wypoczynkowym na mazurach. Wiele razy szukałam tego zapachu, próbowałam poczuć go w różnych lasach, w różnych miejscach Polski. Na próżno. Po niemal 20 latach udało się go odnaleźć :) Na koniec spóźniłam się na pociąg. Nie potrafię już napisać, że 'przypadkiem' - po prostu wpadło nam do głowy, żebym wróciła do Warszawy później, po czym ten pomysł odrzuciliśmy, jednak zdążyłam się go już tak przyczepić, że się spędziłam dodatkowe 4 miłe godziny w Krakowie.
Od Emmy dostałam piękne pudełko (niby zwykły karton, ale wyjątkowo mi się podoba). Pudło miałam zamiar przeznaczyć właśnie na sentymentalne pierdoły i pamiątki, ale Kluska zdążyła już je zaanektować. Dobrze, niech ma, bo za dwa tygodnie znowu przez kilka dni będzie skręcać się z tęsknoty za swoją ukochaną Panią. Mamy zamiar złapać jeszcze nieco oddechu nad morzem :) Październik upłynie mi pod znakiem reorganizacji życia, a potem... Już Wszechświat o to zadba. Ja mam pełen relaks...
Nie wiem, jakie nastroje mają osoby czytające moje wypociny, ale powiem wam wszystkim jedno - mierzcie wysoko. Nie idźcie w życiu na żadne kompromisy, wierzcie w siebie i to, czego pragniecie :)
piątek, 23 sierpnia 2013
sobota, 10 sierpnia 2013
Sobota.
Dzień teoretycznie wolny od pracy, ale nie dla Nianiusi.
Na dzień dobry podziękowałam za cudowny sen i pomyślałam, jak wspaniały dzień mnie czeka, następnie postanowiłam zrobić ciasto na pierniczki, które to obiecałam osobom kilku ku uciesze ich brzuszków. Raduję się niezmiernie, że upał zmalał, gdyż jest szansa, że nie upiekę się w kuchni razem z ciasteczkami. Tylko szansa.
Potem, pomimo deszczu, zdecydowałam się dzielnie na zakupy bieliźniane. Wczoraj do grona moich materialnych podopiecznych trafiły całkiem miłe butki do łażenia po pagórkach, dzisiaj coś, co zobaczy osobnik :3 Aż mu zazdroszczę.
I... praca. Jak zwykle - czas spędzony wręcz genialnie :) Krótki spacer i zabawa z Albertem, jeszcze krótsza drzemka. Potem dołączyli goście, w tym 4-letnia dama. Póki Albi funkcjonował przytomnie byłam przykładną Nianiusią, bawiłam się z dwójką dzieciaków. Ale kiedy poszedł spać... Piwo, whisky i Dixit, czyli wieczór w pacy po godzinach. Grało, gadało i czas spędzało się bardzo miło, ale to Wiktoria została królową wieczoru z jej tekstami:
- Oszszszsz Ty, Doroto! - hasło klucz po prostu
- Przepraszam Doroto, czy mogłabyś zwalić żyrafę? - posmarkałam się ze śmiechu. Chodziło o zrzucenie drewnianej żyrafy ze stołu, jednak po pewnej dawce alkoholu w doborowym gronie... No nie dało się tego zinterpretować jednoznacznie :D
W dodatku kopnęłam niechcący pewną zabawkę Pana Pracodawcy i... małym palcem prawej nogi ją połamałam. Mam moc! :D
Dzień teoretycznie wolny od pracy, ale nie dla Nianiusi.
Na dzień dobry podziękowałam za cudowny sen i pomyślałam, jak wspaniały dzień mnie czeka, następnie postanowiłam zrobić ciasto na pierniczki, które to obiecałam osobom kilku ku uciesze ich brzuszków. Raduję się niezmiernie, że upał zmalał, gdyż jest szansa, że nie upiekę się w kuchni razem z ciasteczkami. Tylko szansa.
Potem, pomimo deszczu, zdecydowałam się dzielnie na zakupy bieliźniane. Wczoraj do grona moich materialnych podopiecznych trafiły całkiem miłe butki do łażenia po pagórkach, dzisiaj coś, co zobaczy osobnik :3 Aż mu zazdroszczę.
I... praca. Jak zwykle - czas spędzony wręcz genialnie :) Krótki spacer i zabawa z Albertem, jeszcze krótsza drzemka. Potem dołączyli goście, w tym 4-letnia dama. Póki Albi funkcjonował przytomnie byłam przykładną Nianiusią, bawiłam się z dwójką dzieciaków. Ale kiedy poszedł spać... Piwo, whisky i Dixit, czyli wieczór w pacy po godzinach. Grało, gadało i czas spędzało się bardzo miło, ale to Wiktoria została królową wieczoru z jej tekstami:
- Oszszszsz Ty, Doroto! - hasło klucz po prostu
- Przepraszam Doroto, czy mogłabyś zwalić żyrafę? - posmarkałam się ze śmiechu. Chodziło o zrzucenie drewnianej żyrafy ze stołu, jednak po pewnej dawce alkoholu w doborowym gronie... No nie dało się tego zinterpretować jednoznacznie :D
W dodatku kopnęłam niechcący pewną zabawkę Pana Pracodawcy i... małym palcem prawej nogi ją połamałam. Mam moc! :D
niedziela, 4 sierpnia 2013
Kilka słów o moim pierwszym (i ostatnim) wyjeździe na Woodstock.
Wiedziałam tylko, że gra Enter Shikari i Kabanos. Jechałam tak po prostu, w ramach wakacji. Nastawiałam się pozytywnie; byłam ciekawa, jak tam jest. Do woodstockowego pociągu wsiadłam wraz z przyjaciółką w środę o 22:35 - było luźniej i sympatyczniej, niż przypuszczałam. Innymi słowy - nie było tak strasznie ;) Ci, którzy mieli się najebać zbyt szybko i pójść spać zrobili to, inni popijali podczas całej podróży, jednak wszyscy zachowywali się dość kulturalnie. Sama miałam ochotę uniknąć konfrontacji z pociągowym kiblem, więc nie piłam. I mówiąc szczerze jazda na trzeźwo w przedziale pełnym pijanych ludzi była niecodzienną przygodą. Zabawnie było oglądać ich wszystkich, a jeszcze zabawniej mówić im na stacji końcowej, gdzie mają swoje rzeczy, bo sami już nic nie ogarniali.
Dotarliśmy około 5:30, potem jeszcze 40 minut spaceru na pole namiotowe i szukanie jakiegoś znośnego miejsca, by się rozbić. Krótka mżawka i krótka drzemka. Potem spacer na dworzec po Mężczyznę. Wracałam na pole resztkami sił, przebijałam się przez tłumy pijanych, głośnych i nie zawsze czystych ludzi :P Przenieśliśmy namiot kilkaset metrów dalej, pod las. Cień i jako taka cisza. Żarełko od Krishnowców. Swoje wstępne rozgoryczenie i brak zestrojenia z panującą atmosferą zrzuciłam na karb zmęczenia, i rzeczywiście - wieczorem było lepiej. Enter Shikari zagrało zajebisty koncert. Bezchmurne niebo, spadające gwiazdy. Fajnie.
Większość piątku spędziliśmy poza obozowiskiem. Zwiedziliśmy starówkę w Kostrzynie (polecam :3), byliśmy zagranico. Z zapartym tchem przebijaliśmy się przez rzekę ludzi oraz okolice toików i jakichkolwiek zarośli, gdzie można się swobodnie wysikać i postawić klocka. Odór był nie z tej ziemi. Ja już spasowałam - nie miałam ochoty ruszać się z naszej willi usytuowanej wśród ostów i pokrzyw.
W sobotę naszła nas ochota, by się w końcu umyć, ale od 10:00 nie było wody. 2,5 godziny łaziliśmy w pełnym słońcu w poszukiwaniu jakiegokolwiek ujęcia wody, gdzie ciśnienie byłoby większe niż kap kap kap i w końcu się udało. Spacer i koncert Kabanosa. Wielbię, wielbię, wielbię! A potem... Hunter. Nie wiem, co napisać - po prostu brak mi słów. To było straszne. Zagrali same covery znamienitych twórców i tylko kawałek Pantery broni się tym, że akurat Zenkowi przypadło gościnnie zaśpiewać. Ktoś zapomniał teksu w Paranoid, ktoś zapomniał tekstu i ogólnie wszystkiego w Killing In The Name, pokaleczono sromotnie Led Zeppelin. Naprawdę, naprawdę chciało mi się płakać. Nie było mi smutno, że wyjeżdżam.
Podsumowując. Przez cały pobyt na woodstocku wypiłam 3 piwa, chociaż to za dużo powiedziane. Sommersby i dwie małe Warki Radler to nie piwo. Ale nie miałam jakoś specjalnie ochoty. Nie wczułam się też w klimat imprezy - od masówek wolę pojechać sobie po prostu do lasu/nad jezioro. Lubię móc się umyć wtedy, kiedy mam na to ochotę. Tak, jakoś mi to nie przypadło do gustu. Jednak ogromnie cieszę się, że mogłam przeżyć to na własnej skórze :)
Wiedziałam tylko, że gra Enter Shikari i Kabanos. Jechałam tak po prostu, w ramach wakacji. Nastawiałam się pozytywnie; byłam ciekawa, jak tam jest. Do woodstockowego pociągu wsiadłam wraz z przyjaciółką w środę o 22:35 - było luźniej i sympatyczniej, niż przypuszczałam. Innymi słowy - nie było tak strasznie ;) Ci, którzy mieli się najebać zbyt szybko i pójść spać zrobili to, inni popijali podczas całej podróży, jednak wszyscy zachowywali się dość kulturalnie. Sama miałam ochotę uniknąć konfrontacji z pociągowym kiblem, więc nie piłam. I mówiąc szczerze jazda na trzeźwo w przedziale pełnym pijanych ludzi była niecodzienną przygodą. Zabawnie było oglądać ich wszystkich, a jeszcze zabawniej mówić im na stacji końcowej, gdzie mają swoje rzeczy, bo sami już nic nie ogarniali.
Dotarliśmy około 5:30, potem jeszcze 40 minut spaceru na pole namiotowe i szukanie jakiegoś znośnego miejsca, by się rozbić. Krótka mżawka i krótka drzemka. Potem spacer na dworzec po Mężczyznę. Wracałam na pole resztkami sił, przebijałam się przez tłumy pijanych, głośnych i nie zawsze czystych ludzi :P Przenieśliśmy namiot kilkaset metrów dalej, pod las. Cień i jako taka cisza. Żarełko od Krishnowców. Swoje wstępne rozgoryczenie i brak zestrojenia z panującą atmosferą zrzuciłam na karb zmęczenia, i rzeczywiście - wieczorem było lepiej. Enter Shikari zagrało zajebisty koncert. Bezchmurne niebo, spadające gwiazdy. Fajnie.
Większość piątku spędziliśmy poza obozowiskiem. Zwiedziliśmy starówkę w Kostrzynie (polecam :3), byliśmy zagranico. Z zapartym tchem przebijaliśmy się przez rzekę ludzi oraz okolice toików i jakichkolwiek zarośli, gdzie można się swobodnie wysikać i postawić klocka. Odór był nie z tej ziemi. Ja już spasowałam - nie miałam ochoty ruszać się z naszej willi usytuowanej wśród ostów i pokrzyw.
W sobotę naszła nas ochota, by się w końcu umyć, ale od 10:00 nie było wody. 2,5 godziny łaziliśmy w pełnym słońcu w poszukiwaniu jakiegokolwiek ujęcia wody, gdzie ciśnienie byłoby większe niż kap kap kap i w końcu się udało. Spacer i koncert Kabanosa. Wielbię, wielbię, wielbię! A potem... Hunter. Nie wiem, co napisać - po prostu brak mi słów. To było straszne. Zagrali same covery znamienitych twórców i tylko kawałek Pantery broni się tym, że akurat Zenkowi przypadło gościnnie zaśpiewać. Ktoś zapomniał teksu w Paranoid, ktoś zapomniał tekstu i ogólnie wszystkiego w Killing In The Name, pokaleczono sromotnie Led Zeppelin. Naprawdę, naprawdę chciało mi się płakać. Nie było mi smutno, że wyjeżdżam.
Podsumowując. Przez cały pobyt na woodstocku wypiłam 3 piwa, chociaż to za dużo powiedziane. Sommersby i dwie małe Warki Radler to nie piwo. Ale nie miałam jakoś specjalnie ochoty. Nie wczułam się też w klimat imprezy - od masówek wolę pojechać sobie po prostu do lasu/nad jezioro. Lubię móc się umyć wtedy, kiedy mam na to ochotę. Tak, jakoś mi to nie przypadło do gustu. Jednak ogromnie cieszę się, że mogłam przeżyć to na własnej skórze :)
poniedziałek, 29 lipca 2013
Jazda do Krakowa była rekordowo szybka. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy w ogóle pojadę, jednak... Jak tu nie jechać... Do swojej rudej brody? Pff.
Od momentu wystawienia łapy na wylotówce z Warszawy do postawienia stopy na Karmelickiej minęło... 3,5h. Razem z łapaniem stopa.
Pierwszy zatrzymał się pan, który już wiózł swojego kolegę i jego syna - podwieźli mnie do Janek. Stamtąd do Radomia podwiozła mnie miła pani z córką. Tam pomyślałam sobie, że fajnie byłoby się załapać na jazdę jakąś sportową bryką albo... TIRem :3 Zatrzymał się pan Krzysztof, wracający z trzytygodniowej trasy do Rosji. Pan Krzysztof siedział po turecku i opowiadał o mafii, swoich dzieciach i o tajnikach jeżdżenia z różnymi towarami. Jak to dobrze mieć tempomat. Próbował nawet przez CB złapać dla mnie jakąś podwózkę na ostatniej prostej, jednak nie udało się. Wysadził mnie na stacji, skąd zeszłam na pobocze drogi i zanim zdążyłam wziąć gryza rogala (o czym wspominam później) - już zatrzymała się kolejna życzliwa dusza ;)
W Krakowie planowałam być o 17.00, byłam o 15.30. Dokładnie w tym samym czasie Mężczyzna skończył pracę (a kończyć miał właśnie o 17.00). Przypadek? :3
Dwie godziny stałam na pełnym słońcu, by złapać stopa do Warszawy. Bezskutecznie. Lekko zrezygnowana, jednak pełna nadziei poszłam na dworzec pkp. Bez grosza przy sobie wsiadłam do pociągu. Jak już jechać... to pierwszą klasą. Miły pan wrzucił mój plecak na górę i odstąpił mi swoje miejsce - sam stał w korytarzu :3 Zastanawiałam się, czy konduktorzy będą sprawdzać bilety biorąc pod uwagę ścisk, może mi się upiecze... Ale konduktorzy, niezwykle czujni i pracowici spełniali w pocie czoła swoje obowiązki. Stoję w korytarzu. Z jednej strony jeden konduktor, z drugiej drugi. W potrzasku! Jeden z nich w końcu przechodzi i prosi mnie o bilet:
- proszę bilet do kontroli
- wie pan, nie mam ani biletu, ani pieniędzy, by w tej chwili kupić, więc poproszę mandat - i podaję mu dowód osobisty
On szczerzy zęby pod wąsem:
- proszę pani, pani myśli, że ja mam czas, żeby mandaty wystawiać? pani pójdzie do pierwszego wagonu i tam się zgłosi
Ja, skonsternowana:
- ale jak to? pan nie wystawi mi mandatu i ja muszę iść się zgłosić tam do przodu?
- no tak
- a jak nie pójdę, to nie dostanę mandatu?
- no nie :3
- a to mogę sobie tam nie iść?
W odpowiedzi dostałam szeroki uśmiech. Konduktorzy jeszcze kilkakrotnie mnie mijali, uśmiechnięci i mili, a ja za darmoszkę dojechałam sobie spokojnie do Warszawy pierwszą klasą.
A poza tym: propozycja randki od bezdomnego, który chwilę wcześniej ograbił mnie podstępnie z rogala z czekoladą, lody o smaku whisky, puszczanie wielkich baniek, skakanie w fontannie, gorszenie opinii publicznej (nawet gdy ta nie zdaje sobie z tego sprawy), znajdowanie martwych owadów, niedzielne łażenie po kościołach (wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jaka tam jest jednak moc), dłubanie czosnkową bagietką w nosie Kazimierza Wielkiego i ogólnie branie z życia garściami :D Polecam!
W każdym razie wiem, czemu jazda do Krakowa poszła gładko, a stop do Warszawy nie wypalił. Podświadomości i Wszechświata się nie oszuka ;) Niby chciałam coś złapać, ale... tak bardzo nie chciałam wracać do Warszawy.
Od momentu wystawienia łapy na wylotówce z Warszawy do postawienia stopy na Karmelickiej minęło... 3,5h. Razem z łapaniem stopa.
Pierwszy zatrzymał się pan, który już wiózł swojego kolegę i jego syna - podwieźli mnie do Janek. Stamtąd do Radomia podwiozła mnie miła pani z córką. Tam pomyślałam sobie, że fajnie byłoby się załapać na jazdę jakąś sportową bryką albo... TIRem :3 Zatrzymał się pan Krzysztof, wracający z trzytygodniowej trasy do Rosji. Pan Krzysztof siedział po turecku i opowiadał o mafii, swoich dzieciach i o tajnikach jeżdżenia z różnymi towarami. Jak to dobrze mieć tempomat. Próbował nawet przez CB złapać dla mnie jakąś podwózkę na ostatniej prostej, jednak nie udało się. Wysadził mnie na stacji, skąd zeszłam na pobocze drogi i zanim zdążyłam wziąć gryza rogala (o czym wspominam później) - już zatrzymała się kolejna życzliwa dusza ;)
W Krakowie planowałam być o 17.00, byłam o 15.30. Dokładnie w tym samym czasie Mężczyzna skończył pracę (a kończyć miał właśnie o 17.00). Przypadek? :3
Dwie godziny stałam na pełnym słońcu, by złapać stopa do Warszawy. Bezskutecznie. Lekko zrezygnowana, jednak pełna nadziei poszłam na dworzec pkp. Bez grosza przy sobie wsiadłam do pociągu. Jak już jechać... to pierwszą klasą. Miły pan wrzucił mój plecak na górę i odstąpił mi swoje miejsce - sam stał w korytarzu :3 Zastanawiałam się, czy konduktorzy będą sprawdzać bilety biorąc pod uwagę ścisk, może mi się upiecze... Ale konduktorzy, niezwykle czujni i pracowici spełniali w pocie czoła swoje obowiązki. Stoję w korytarzu. Z jednej strony jeden konduktor, z drugiej drugi. W potrzasku! Jeden z nich w końcu przechodzi i prosi mnie o bilet:
- proszę bilet do kontroli
- wie pan, nie mam ani biletu, ani pieniędzy, by w tej chwili kupić, więc poproszę mandat - i podaję mu dowód osobisty
On szczerzy zęby pod wąsem:
- proszę pani, pani myśli, że ja mam czas, żeby mandaty wystawiać? pani pójdzie do pierwszego wagonu i tam się zgłosi
Ja, skonsternowana:
- ale jak to? pan nie wystawi mi mandatu i ja muszę iść się zgłosić tam do przodu?
- no tak
- a jak nie pójdę, to nie dostanę mandatu?
- no nie :3
- a to mogę sobie tam nie iść?
W odpowiedzi dostałam szeroki uśmiech. Konduktorzy jeszcze kilkakrotnie mnie mijali, uśmiechnięci i mili, a ja za darmoszkę dojechałam sobie spokojnie do Warszawy pierwszą klasą.
A poza tym: propozycja randki od bezdomnego, który chwilę wcześniej ograbił mnie podstępnie z rogala z czekoladą, lody o smaku whisky, puszczanie wielkich baniek, skakanie w fontannie, gorszenie opinii publicznej (nawet gdy ta nie zdaje sobie z tego sprawy), znajdowanie martwych owadów, niedzielne łażenie po kościołach (wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jaka tam jest jednak moc), dłubanie czosnkową bagietką w nosie Kazimierza Wielkiego i ogólnie branie z życia garściami :D Polecam!
W każdym razie wiem, czemu jazda do Krakowa poszła gładko, a stop do Warszawy nie wypalił. Podświadomości i Wszechświata się nie oszuka ;) Niby chciałam coś złapać, ale... tak bardzo nie chciałam wracać do Warszawy.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Czwartek. Kraków pożegnał nas pogodą w kratkę - najpierw deszcz, potem duchota i znowu deszcz. Zawczasu kupiłam bilet na niedzielny pociąg powrotny do stolicy i poleźliśmy na bus Gdzieś Tam. Pan Kierowca wydał nam się mocno wczorajszy, zapytał też uprzejmie 'czego życzą sobie państwo posłuchać? może być Eminem?', po czym puścił zapowiedzianą nutę. Przeżyliśmy.
W sumie dopiero kiedy wytoczyłam się z busa zaczęłam zdawać sobie sprawę, że mnie popieprzyło i w ogóle co ja robię, ale było już za późno. Samochód podjechał, wyszedł z niego Pan Ojciec i Matylda, młodsze rodzeństwo płci żeńskiej. Zostałam zlustrowana (i ofukana przez 50% orszaku powitalnego), a z każdym kolejnym przejechanym kilometrem coraz lepsze widoki się roztaczały. W domu czekała Pani Matka. Long story short - dawno nie byłam w tak ciepłym, rodzinnym domu. Niesamowite uczucie. Z Młodą rzecz jasna po jednym dniu się zakumplowałyśmy. Długi spacer po okolicy, barwy, powietrze, zapach... Jedzenia niewiele, jedzenie nie wchodzi na diecie amorowej. Na dobranoc mężczyzna napalił w piecu, ogniste refleksy tańczyły na ścianach, byłam totalnie na innej orbicie.
Na następny dzień zapowiedziałam słońce (i słońce było), panowie kosili trawę (mężczyzna z kosą, mmm), my z Matyldą złapałyśmy za grabie i taczkę, i też nie próżnowałyśmy. Jeśli komuś wyda się to idiotyczne - trudno, jednak zapierdzielając kilka godzin na świeżym powietrzu czułam się świetnie. Potem zimne piwo, z ogniskiem nie czekaliśmy do wieczora. Było magicznie.
A dziś... Tak bardzo nie chciało mi się wracać. Masakra! Powrót był podwójny. Najpierw wyjazd z wiochy do Krakowa, chwila szlajania się po mieście (jedyne zdjęcie, jakie zrobiłam to zdjęcie rzeźby świni leżącej na grzbiecie na platformie w Wiśle, co z pewnością symbolizuje stan emocjonalny naszego społeczeństwa) i jazda na dworzec. Bez sensu zupełnie. Tydzień zleciał jak z bicza, ale był to jeden z bardziej pojebanych tygodni, jakie pamiętam. Dwa dni zmieniły się w siedem, w dodatku znalazłam swoją wisienkę na torcie, swoją męską wersję, chodzę z głową w chmurach, rzygam tęczą i wszystko jest przesłodkie. Milknę. Muszę się trochę sama popławić w tym ulepku :3
Jutro do pracy. Tak naprawdę stęskniłam się za dzieciakami i ich rodzicami. I za rowerem i rowerowcami. Teraz... Byle do weekendu. Może nawet tylko do czwartku :3
W sumie dopiero kiedy wytoczyłam się z busa zaczęłam zdawać sobie sprawę, że mnie popieprzyło i w ogóle co ja robię, ale było już za późno. Samochód podjechał, wyszedł z niego Pan Ojciec i Matylda, młodsze rodzeństwo płci żeńskiej. Zostałam zlustrowana (i ofukana przez 50% orszaku powitalnego), a z każdym kolejnym przejechanym kilometrem coraz lepsze widoki się roztaczały. W domu czekała Pani Matka. Long story short - dawno nie byłam w tak ciepłym, rodzinnym domu. Niesamowite uczucie. Z Młodą rzecz jasna po jednym dniu się zakumplowałyśmy. Długi spacer po okolicy, barwy, powietrze, zapach... Jedzenia niewiele, jedzenie nie wchodzi na diecie amorowej. Na dobranoc mężczyzna napalił w piecu, ogniste refleksy tańczyły na ścianach, byłam totalnie na innej orbicie.
Na następny dzień zapowiedziałam słońce (i słońce było), panowie kosili trawę (mężczyzna z kosą, mmm), my z Matyldą złapałyśmy za grabie i taczkę, i też nie próżnowałyśmy. Jeśli komuś wyda się to idiotyczne - trudno, jednak zapierdzielając kilka godzin na świeżym powietrzu czułam się świetnie. Potem zimne piwo, z ogniskiem nie czekaliśmy do wieczora. Było magicznie.
A dziś... Tak bardzo nie chciało mi się wracać. Masakra! Powrót był podwójny. Najpierw wyjazd z wiochy do Krakowa, chwila szlajania się po mieście (jedyne zdjęcie, jakie zrobiłam to zdjęcie rzeźby świni leżącej na grzbiecie na platformie w Wiśle, co z pewnością symbolizuje stan emocjonalny naszego społeczeństwa) i jazda na dworzec. Bez sensu zupełnie. Tydzień zleciał jak z bicza, ale był to jeden z bardziej pojebanych tygodni, jakie pamiętam. Dwa dni zmieniły się w siedem, w dodatku znalazłam swoją wisienkę na torcie, swoją męską wersję, chodzę z głową w chmurach, rzygam tęczą i wszystko jest przesłodkie. Milknę. Muszę się trochę sama popławić w tym ulepku :3
Jutro do pracy. Tak naprawdę stęskniłam się za dzieciakami i ich rodzicami. I za rowerem i rowerowcami. Teraz... Byle do weekendu. Może nawet tylko do czwartku :3
środa, 29 maja 2013
Będzie długo i ambitnie.
Wyjazd rowerowy w góry z przyjaciółmi zaliczam do nader udanych. W ramach prezentu urodzinowego kupiłam sobie nowe hamulce hydrauliczne, bo na tych swoich starych po prostu bałabym się jeździć :P To był całkiem spoko pomysł, chociaż absolutnie nie wiedziałam, ja będą się zachowywać. Efektem tego podczas pierwszego zjazdu wyleciałam przez kierownicę, rower przeskoczył po mnie i potoczył się beztrosko dalej, zafundowawszy mi tym samym szutrowy peeling. Humbak nieco ucierpiał, ale nie jest tak źle. Wszystko się ładnie goi. Pozostała trójka miała ze mnie ubaw + anielską cierpliwość, ponieważ ilość pytań i wątpliwości była doprawdy spora. Jeden z lepszych weekendów w tym roku, teraz mam szalony tydzień, ale to za chwilę.
W międzyczasie fejsbuk nie przypomniał o moich urodzinach, ale ci, co mieli pamiętać - niezawodnie się odezwali. Nawet matka!
W poniedziałek, 20.05. miałam podjąć ostateczną decyzję co do pracy. Albert na Wilanowie albo wylotowy Antek. Ze względów różnych zdecydowałam się zostać w Polsce naszej pięknej i wspaniałej, wywalczyłam sobie przy okazji bardzo korzystne warunki pracy. Moja decyzja ucieszyła nie tylko Alberta i jego rodziców, ale kilka innych osób, które lubią zostawić czasem swoje dzieciaki z Najlepszą Nianią w mieście :D Hipek bardzo się ucieszył z mojej wizyty, a mnie naprawdę wzrusza świadomość, na jakiego fajnego chłopaka rośnie.
A, no i przybył Phantom. Sztywniaczek przepiękny, lekki i wygodny. Uczymy się siebie.
Teraz o Krakowie. O mały włos, a nie pojechałabym. Nie wierzę w przypadki i zbiegi okoliczności. Wszystko do czegoś, dokądś prowadzi. Okazało się, że do końca maja mam wolne i pełnoetatową pracę zaczynam dopiero z początkiem czerwca, więc bez problemu mogłam zapakować się z Anetą do pociągu i skoczyć do Krakowa. Z początku miały być do trzy dni, potem rozwinęło się do pięciu dni - z Krakowa pod Tarnów do kuzynki Anety. Jednak poprzestałam na planie minimum mając na uwadze zarobienie jeszcze paru groszy w maju. Trwając w swym postanowieniu pojawiłam się w miniony poniedziałek rano u Anety i po chwili zostało mi oznajmione, że MUSZĘ ABSOLUTNIE ('Koti, no weź') pojechać na tydzień, bo Sartineczek ma już ustawione Figureczki Party. Nie miałam wyboru!
Po 3h jazdy (bilet rodzinny, fakje) dotarłyśmy do byłej stolicy. I... nie wiedziałam, gdzie mam podziać oczy. Tyle dup (czyli bardzo przyjemnych dla oka widoków w postaci męskoosobowej), że nie nadążałam się oglądać. Cudownie! Zakwaterowałyśmy się i poszłyśmy na miacho. Wieczór spędzony w domu, sił brak na jakiekolwiek imprezowanie (miałam się spotkać z byłym właścicielem Kendi, ale nie odezwał się). A nie, stop - poszłyśmy na obiad do knajpy, gdzie pracowała przyjaciółka Anety, Agata. Piłam najlepszą na świecie wódkę imbirową!
Dnia następnego umówiłyśmy się na ploty z Agatą. W międzyczasie kumpel (to też śmieszna sprawa - złapał mnie przez fb i wmówił, że poznaliśmy się na którymś HZ, ale totalnie go nie pamiętam :P) napisał, że jedzie w Bieszczady i żebym jechała z nimi, będą samochodem, zabiorą mnie z Rzeszowa. Po obgadaniu sprawy z Anetą postanowiłam skorzystać z opcji. Ale... No właśnie. Zasiadłyśmy we czwórkę w kawiarence, zamówiłyśmy jakieś słodkości. Kilka ogródków dalej zauważyłam całkiem przyjemnie wyglądającego osobnika, więc co jakiś czas zerkałam w tamtą stronę. Po kilku chwilach Łucja zaczęła kręcić się w wózku, wylazła, a mi przypadło zadanie biegania za nią. Modliłam się w duchu, żeby polazła do tamtego ogródka, żeby był jakiś idiotyczny pretekst do tego, by się tam pokręcić. I wiszę Łucji piwo, świetnie się spisała :D Kontakt został nawiązany, z bliska miły pan wyglądał jeszcze lepiej, nie mówiąc już o głosie. No ale dobra, sraty-taty, trzeba wracać. Zrobiłyśmy z Łucją papa i poszłyśmy. Jednak nie dawało mi to spokoju. W domu uznałam, że to pierdolę, pójdę tam i umówię się z typem na piwo. A co! Tak też zrobiłam. Czułam, że twarz mam czerwoną jak mak, piekły mnie uszy, ale nie zwolniłam kroku. Chuj, postanowione. Najwyżej odmówi, to nie jest takie straszne, a do końca życia żałowałabym, że nie zagadałam. I tak pierwszy raz od jakichś 10 lat po prostu podeszłam do kolesia i najzwyczajniej w świecie zapytałam, czy nie ma ochoty po pracy gdzieś się przejść :3 Tym sposobem się umówiliśmy.
Poznałam resztę ludzi pracujących w knajpie i w kilka osób siedzieliśmy sobie w ogródku już po zamknięciu. Czułam, jakbyśmy się znali wszyscy od dawna i byłam mega szczęśliwa, że poznałam kogoś nowego, fajnie spędzam wieczór. A im dłużej gadałam z miłym panem tym bardziej mi on przypadał do gustu, w końcu dostałam śmiechawy, bo pomyślałam, że gdyby strach wziął górę... nie byłoby mnie tam. Nie poznałabym go i inne rzeczy by się działy.
Z knajpy wytoczyliśmy się, kiedy na dworze było już jasno, do domu dotarłam koło 9.30. Miły młody człowiek uparł się, że zostanę jego żoną, zaproponował więc, żebym pojechała z nim w czwartek... do jego rodziców. Na co ja, mistrzyni przemyślanych kroków, rzecz jasna przystałam. Może być ciekawie! Spontan i przygoda. W związku z tym nie pojechałam w Bieszczady, zostaję w Krakowie dzieląc kawałek łóżka z przyszłym mężem, a pokój z jeszcze dwoma chłopami.
Czasami odnoszę wrażenie, że życie zaczęłam dopiero niedawno. Kiedy przestałam się bać i przejmować ludźmi i ich opinią, kiedy spontaniczność wróciła, kiedy znowu pozwalam emocjom kierować. Oprócz tego, że jestem permanentnie szczęśliwa - nadal dzieją się zupełnie niesamowite rzeczy. Gdybym wzięła tę drugą pracę wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Wszechświat lubi knuć i dobrze mu to wychodzi, za co jestem niezmiernie wdzięczna. Poza tym Kraków jest piękny.
Wyjazd rowerowy w góry z przyjaciółmi zaliczam do nader udanych. W ramach prezentu urodzinowego kupiłam sobie nowe hamulce hydrauliczne, bo na tych swoich starych po prostu bałabym się jeździć :P To był całkiem spoko pomysł, chociaż absolutnie nie wiedziałam, ja będą się zachowywać. Efektem tego podczas pierwszego zjazdu wyleciałam przez kierownicę, rower przeskoczył po mnie i potoczył się beztrosko dalej, zafundowawszy mi tym samym szutrowy peeling. Humbak nieco ucierpiał, ale nie jest tak źle. Wszystko się ładnie goi. Pozostała trójka miała ze mnie ubaw + anielską cierpliwość, ponieważ ilość pytań i wątpliwości była doprawdy spora. Jeden z lepszych weekendów w tym roku, teraz mam szalony tydzień, ale to za chwilę.
W międzyczasie fejsbuk nie przypomniał o moich urodzinach, ale ci, co mieli pamiętać - niezawodnie się odezwali. Nawet matka!
W poniedziałek, 20.05. miałam podjąć ostateczną decyzję co do pracy. Albert na Wilanowie albo wylotowy Antek. Ze względów różnych zdecydowałam się zostać w Polsce naszej pięknej i wspaniałej, wywalczyłam sobie przy okazji bardzo korzystne warunki pracy. Moja decyzja ucieszyła nie tylko Alberta i jego rodziców, ale kilka innych osób, które lubią zostawić czasem swoje dzieciaki z Najlepszą Nianią w mieście :D Hipek bardzo się ucieszył z mojej wizyty, a mnie naprawdę wzrusza świadomość, na jakiego fajnego chłopaka rośnie.
A, no i przybył Phantom. Sztywniaczek przepiękny, lekki i wygodny. Uczymy się siebie.
Teraz o Krakowie. O mały włos, a nie pojechałabym. Nie wierzę w przypadki i zbiegi okoliczności. Wszystko do czegoś, dokądś prowadzi. Okazało się, że do końca maja mam wolne i pełnoetatową pracę zaczynam dopiero z początkiem czerwca, więc bez problemu mogłam zapakować się z Anetą do pociągu i skoczyć do Krakowa. Z początku miały być do trzy dni, potem rozwinęło się do pięciu dni - z Krakowa pod Tarnów do kuzynki Anety. Jednak poprzestałam na planie minimum mając na uwadze zarobienie jeszcze paru groszy w maju. Trwając w swym postanowieniu pojawiłam się w miniony poniedziałek rano u Anety i po chwili zostało mi oznajmione, że MUSZĘ ABSOLUTNIE ('Koti, no weź') pojechać na tydzień, bo Sartineczek ma już ustawione Figureczki Party. Nie miałam wyboru!
Po 3h jazdy (bilet rodzinny, fakje) dotarłyśmy do byłej stolicy. I... nie wiedziałam, gdzie mam podziać oczy. Tyle dup (czyli bardzo przyjemnych dla oka widoków w postaci męskoosobowej), że nie nadążałam się oglądać. Cudownie! Zakwaterowałyśmy się i poszłyśmy na miacho. Wieczór spędzony w domu, sił brak na jakiekolwiek imprezowanie (miałam się spotkać z byłym właścicielem Kendi, ale nie odezwał się). A nie, stop - poszłyśmy na obiad do knajpy, gdzie pracowała przyjaciółka Anety, Agata. Piłam najlepszą na świecie wódkę imbirową!
Dnia następnego umówiłyśmy się na ploty z Agatą. W międzyczasie kumpel (to też śmieszna sprawa - złapał mnie przez fb i wmówił, że poznaliśmy się na którymś HZ, ale totalnie go nie pamiętam :P) napisał, że jedzie w Bieszczady i żebym jechała z nimi, będą samochodem, zabiorą mnie z Rzeszowa. Po obgadaniu sprawy z Anetą postanowiłam skorzystać z opcji. Ale... No właśnie. Zasiadłyśmy we czwórkę w kawiarence, zamówiłyśmy jakieś słodkości. Kilka ogródków dalej zauważyłam całkiem przyjemnie wyglądającego osobnika, więc co jakiś czas zerkałam w tamtą stronę. Po kilku chwilach Łucja zaczęła kręcić się w wózku, wylazła, a mi przypadło zadanie biegania za nią. Modliłam się w duchu, żeby polazła do tamtego ogródka, żeby był jakiś idiotyczny pretekst do tego, by się tam pokręcić. I wiszę Łucji piwo, świetnie się spisała :D Kontakt został nawiązany, z bliska miły pan wyglądał jeszcze lepiej, nie mówiąc już o głosie. No ale dobra, sraty-taty, trzeba wracać. Zrobiłyśmy z Łucją papa i poszłyśmy. Jednak nie dawało mi to spokoju. W domu uznałam, że to pierdolę, pójdę tam i umówię się z typem na piwo. A co! Tak też zrobiłam. Czułam, że twarz mam czerwoną jak mak, piekły mnie uszy, ale nie zwolniłam kroku. Chuj, postanowione. Najwyżej odmówi, to nie jest takie straszne, a do końca życia żałowałabym, że nie zagadałam. I tak pierwszy raz od jakichś 10 lat po prostu podeszłam do kolesia i najzwyczajniej w świecie zapytałam, czy nie ma ochoty po pracy gdzieś się przejść :3 Tym sposobem się umówiliśmy.
Poznałam resztę ludzi pracujących w knajpie i w kilka osób siedzieliśmy sobie w ogródku już po zamknięciu. Czułam, jakbyśmy się znali wszyscy od dawna i byłam mega szczęśliwa, że poznałam kogoś nowego, fajnie spędzam wieczór. A im dłużej gadałam z miłym panem tym bardziej mi on przypadał do gustu, w końcu dostałam śmiechawy, bo pomyślałam, że gdyby strach wziął górę... nie byłoby mnie tam. Nie poznałabym go i inne rzeczy by się działy.
Z knajpy wytoczyliśmy się, kiedy na dworze było już jasno, do domu dotarłam koło 9.30. Miły młody człowiek uparł się, że zostanę jego żoną, zaproponował więc, żebym pojechała z nim w czwartek... do jego rodziców. Na co ja, mistrzyni przemyślanych kroków, rzecz jasna przystałam. Może być ciekawie! Spontan i przygoda. W związku z tym nie pojechałam w Bieszczady, zostaję w Krakowie dzieląc kawałek łóżka z przyszłym mężem, a pokój z jeszcze dwoma chłopami.
Czasami odnoszę wrażenie, że życie zaczęłam dopiero niedawno. Kiedy przestałam się bać i przejmować ludźmi i ich opinią, kiedy spontaniczność wróciła, kiedy znowu pozwalam emocjom kierować. Oprócz tego, że jestem permanentnie szczęśliwa - nadal dzieją się zupełnie niesamowite rzeczy. Gdybym wzięła tę drugą pracę wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Wszechświat lubi knuć i dobrze mu to wychodzi, za co jestem niezmiernie wdzięczna. Poza tym Kraków jest piękny.
czwartek, 9 maja 2013
Chodzą słuchy, że ponoć fajnie się mnie czyta. Bardzo mi miło takie słuchy słyszeć. Po dzisiejszej dyskusji na temat... skrajnych postaw twórców wszelkiej maści śmiem twierdzić, że jednak udało mi się jakimś cudem uplasować pomiędzy 'kurwajestemchujowa' a 'kurwajestemprzezajebista', i tak, w sumie mi też się siebie przyjemnie czyta :3
Oficjalnie. Dostałam pracę marzeń. Ach, i dzisiaj usłyszałam coś bardzo miłego! Otóż zadzwoniła do mnie moja imienniczka, której córka ma problem z zaakceptowaniem opiekunki. Najpierw myślałyśmy, że mała ma jakieś wąty konkretnie do mnie, ale nie - żadna dziewczyna jej nie przypasowała. I naprawdę nie obchodzi mnie, czym słowa były spowodowane, w każdym razie 'taka niania jak Ty jest jedna na milion' to +milyjard do expa :P Oczywiście żadna z rodzin nie chce mnie w tej chwili oddać, kolejne się o mnie biją, jednak wygrała Miła Pani, która zaoferowała mi spędzenie zimy we Włoszech. Większość roku podróżuje, a ja będę razem z nią. I kto powiedział, że bycie nianią to beznadziejna praca? Tym bardziej, że ja tego jako pracy nie traktuję. Dla mnie to jest zabawa i fajne spędzanie czasu, a przy okazji mi za to płacą i różne inne rzeczy się dzieją ;) W każdym razie! Jednak odchudzam rower, gdyż... zamierzam go zabrać ze sobą. Nie wyobrażam sobie tak długiej z nim rozłąki.
I kolejna zabawna sytuacja. Sąsiadka mająca drzwi naprzeciwko moich przydybała mnie, kiedy wychodziłam z domu. Mówi - Dorota, zrób coś z tymi drzwiami. Wobec braku sprecyzowania problemu z drzwiami zastanawiałam się, o co chodzi. Może za głośno się zamykają? Dalej mówi - no jak one wyglądają? Dla osób, które nie wiedzą, jak wyglądają moje drzwi wejściowe - są stare, koloru klatki schodowej, oblepione naklejkami typu 'dzielny pacjent', a z okazji malowania roweru walnęłam wesołego ludzika neonową różową farbą. Dalej mówi - bo to wygląda, jakby tam melina była, jakby ćpun tam jakiś mieszkał. Ile Ty masz lat? Jakby tam ktoś chory umysłowo mieszkał. Nie mogę na to patrzeć. Więc odpowiedziałam, że - mam 25 lat, nie musi patrzeć na moje drzwi, estetyka jest pojęciem względnym i delikatnym oraz mi z kolei nie podobają się drzwi sąsiada spod siódemki bo są ciemne, a on na pewno ma depresję. Przeprosiłam ją serdecznie i zapewniając, że nie chcę być niemiła absolutnie odmówiłam robienia czegokolwiek z drzwiami. No, może jeszcze bardziej je obkleję.
Powinnam uaktualnić CV. Dopisać kilka rzeczy, trochę je podrasować. Jedyny oraz największy ambaras w tym, że totalnie mi się nie chce. Nie chce mi się też myć, zmywać i sprzątać. Jutro aktywny dzień. Ponadto składam do kupy rower. No właśnie - rower. Z racji swojego koloru był Ursusem, teraz ma nowe barwy. Jakiś pomysł na imię? Oprócz 'Ruchadła' pomysłu Anety. Chyba aż tak odważna nie jestem. Chociaż... :3
Oficjalnie. Dostałam pracę marzeń. Ach, i dzisiaj usłyszałam coś bardzo miłego! Otóż zadzwoniła do mnie moja imienniczka, której córka ma problem z zaakceptowaniem opiekunki. Najpierw myślałyśmy, że mała ma jakieś wąty konkretnie do mnie, ale nie - żadna dziewczyna jej nie przypasowała. I naprawdę nie obchodzi mnie, czym słowa były spowodowane, w każdym razie 'taka niania jak Ty jest jedna na milion' to +milyjard do expa :P Oczywiście żadna z rodzin nie chce mnie w tej chwili oddać, kolejne się o mnie biją, jednak wygrała Miła Pani, która zaoferowała mi spędzenie zimy we Włoszech. Większość roku podróżuje, a ja będę razem z nią. I kto powiedział, że bycie nianią to beznadziejna praca? Tym bardziej, że ja tego jako pracy nie traktuję. Dla mnie to jest zabawa i fajne spędzanie czasu, a przy okazji mi za to płacą i różne inne rzeczy się dzieją ;) W każdym razie! Jednak odchudzam rower, gdyż... zamierzam go zabrać ze sobą. Nie wyobrażam sobie tak długiej z nim rozłąki.
I kolejna zabawna sytuacja. Sąsiadka mająca drzwi naprzeciwko moich przydybała mnie, kiedy wychodziłam z domu. Mówi - Dorota, zrób coś z tymi drzwiami. Wobec braku sprecyzowania problemu z drzwiami zastanawiałam się, o co chodzi. Może za głośno się zamykają? Dalej mówi - no jak one wyglądają? Dla osób, które nie wiedzą, jak wyglądają moje drzwi wejściowe - są stare, koloru klatki schodowej, oblepione naklejkami typu 'dzielny pacjent', a z okazji malowania roweru walnęłam wesołego ludzika neonową różową farbą. Dalej mówi - bo to wygląda, jakby tam melina była, jakby ćpun tam jakiś mieszkał. Ile Ty masz lat? Jakby tam ktoś chory umysłowo mieszkał. Nie mogę na to patrzeć. Więc odpowiedziałam, że - mam 25 lat, nie musi patrzeć na moje drzwi, estetyka jest pojęciem względnym i delikatnym oraz mi z kolei nie podobają się drzwi sąsiada spod siódemki bo są ciemne, a on na pewno ma depresję. Przeprosiłam ją serdecznie i zapewniając, że nie chcę być niemiła absolutnie odmówiłam robienia czegokolwiek z drzwiami. No, może jeszcze bardziej je obkleję.
Powinnam uaktualnić CV. Dopisać kilka rzeczy, trochę je podrasować. Jedyny oraz największy ambaras w tym, że totalnie mi się nie chce. Nie chce mi się też myć, zmywać i sprzątać. Jutro aktywny dzień. Ponadto składam do kupy rower. No właśnie - rower. Z racji swojego koloru był Ursusem, teraz ma nowe barwy. Jakiś pomysł na imię? Oprócz 'Ruchadła' pomysłu Anety. Chyba aż tak odważna nie jestem. Chociaż... :3
wtorek, 7 maja 2013
1. Tom Waits jest geniuszem, zdecydowanie! Zdecydowanie.
2. Znowu zawiało mnie na Wilczą, Aneta wróciła i już zdążyła mnie opieprzyć, że czemu mnie jeszcze tam gdzieś nie ma. A przecież byłam i jestem. No nie stoję przecież na rogu ulic pod ich domem czekając na okazje różnej maści, ale przybyłam na ploty i nawet na noc zostałam, mając rano możliwość oglądania panoramy miasta pogrążonej w chmurach. Dzisiaj też byłam - widok burzy nad Warszawą... I jutro, i pojutrze, i tak dalej... Drugi dom.
3. Bo w sumie mój dom jest taki coraz mniej domowy zdawać by się mogło. Taka miła noclegownia bardziej. A to tydzień u Siostry, a to kimanie na poddaszu i tym sposobem u siebie spędzam jakoś tak niewiele czasu. Z reszta i tak ostatnimi czasy zmieniłam mieszkanie w lakiernię. Cała kuchnia i łazienka jest w różowym pyle. Dzisiaj wyprałam pościel (gwoli ścisłości - ma, a raczej miała białe elementy), po wyciągnięciu z pralki nabawiła się różowawej poświaty. Tak, przed użyciem spreju zamknij pralkę. Będę pamiętać. Dodatkowo zaczęłam ogarniać mieszkanie jakoś bardziej i nagle zrobiło się więcej miejsca. Przymierzam się do mycia okien, jednak nie jestem do tego jakoś przekonana na razie. Może kiedy indziej jednak.
4. Oraz przeszłam samą siebie. Na owej Wilczej uraczono mnie przepyszną whisky oraz winem, a potem winem :3 Ale wina już mi nie polano. A raczej sama już sobie nie polałam. W każdym razie! Na jutro muszę mieć referencje. Zaświadczenie od poprzednich oraz obecnych pracodawców, jaką to nie jestem zajebistą nianią. I wszystko byłoby okej, gdyby te referencje pisali właśnie rodzice. Ale że oni nie wiedzą co napisać, więc... wszystko napisałam sama. Będąc na nieco innej orbicie. Moja pasja do pisania znalazła ujście. Oczywiście musiałam wymyślić trzy różne wersje. Napisać wszystko trzy razy inaczej. Mój mózg pragnie odparować.
5. Co do mózgu - mój kochany rowerek leży rozłożony na części i czeka na ponowne skręcenie. Nie za bardzo wytrzymuję w taką pogodę w stanie dysrowerii, zatem uruchomiłam staruszka Dżajanta. Wspaniałe przeżycie! Każdy wybój czy krawężnik czuję stokrotnie, miałam nawet wrażenie, że trzęsie mi się tłuszcz na czole podczas jazdy chodnikiem. Polecam, Żanet Kaleta.
6. Reszta bez zmian. Cały czas tak samo zajebiście. Praca jest, nie chcą mnie puszczać, wciąż dzwonią ludziska różni, czy jestem wolna. A po pracy, w ramach relaksu, zabieram Rafałowi łopatę i psuję pracę przy budowaniu trasy. Rzucam cegłami i babrzę się w błocie. O, mam truskawki! Miały być na jutrzejsze śniadanie, ale... sama nie wiem... No i ten Waits. Jest najlepszy na wszystko.
7. Za jakiś czas zwiedzanie świata, nie mogę się doczekać. Trochę wcześniej stuknie ćwierćwiecze. A jeszcze wcześniej może mały rajdzik Czelendżerem, tak na ładne oczy ;)
2. Znowu zawiało mnie na Wilczą, Aneta wróciła i już zdążyła mnie opieprzyć, że czemu mnie jeszcze tam gdzieś nie ma. A przecież byłam i jestem. No nie stoję przecież na rogu ulic pod ich domem czekając na okazje różnej maści, ale przybyłam na ploty i nawet na noc zostałam, mając rano możliwość oglądania panoramy miasta pogrążonej w chmurach. Dzisiaj też byłam - widok burzy nad Warszawą... I jutro, i pojutrze, i tak dalej... Drugi dom.
3. Bo w sumie mój dom jest taki coraz mniej domowy zdawać by się mogło. Taka miła noclegownia bardziej. A to tydzień u Siostry, a to kimanie na poddaszu i tym sposobem u siebie spędzam jakoś tak niewiele czasu. Z reszta i tak ostatnimi czasy zmieniłam mieszkanie w lakiernię. Cała kuchnia i łazienka jest w różowym pyle. Dzisiaj wyprałam pościel (gwoli ścisłości - ma, a raczej miała białe elementy), po wyciągnięciu z pralki nabawiła się różowawej poświaty. Tak, przed użyciem spreju zamknij pralkę. Będę pamiętać. Dodatkowo zaczęłam ogarniać mieszkanie jakoś bardziej i nagle zrobiło się więcej miejsca. Przymierzam się do mycia okien, jednak nie jestem do tego jakoś przekonana na razie. Może kiedy indziej jednak.
4. Oraz przeszłam samą siebie. Na owej Wilczej uraczono mnie przepyszną whisky oraz winem, a potem winem :3 Ale wina już mi nie polano. A raczej sama już sobie nie polałam. W każdym razie! Na jutro muszę mieć referencje. Zaświadczenie od poprzednich oraz obecnych pracodawców, jaką to nie jestem zajebistą nianią. I wszystko byłoby okej, gdyby te referencje pisali właśnie rodzice. Ale że oni nie wiedzą co napisać, więc... wszystko napisałam sama. Będąc na nieco innej orbicie. Moja pasja do pisania znalazła ujście. Oczywiście musiałam wymyślić trzy różne wersje. Napisać wszystko trzy razy inaczej. Mój mózg pragnie odparować.
5. Co do mózgu - mój kochany rowerek leży rozłożony na części i czeka na ponowne skręcenie. Nie za bardzo wytrzymuję w taką pogodę w stanie dysrowerii, zatem uruchomiłam staruszka Dżajanta. Wspaniałe przeżycie! Każdy wybój czy krawężnik czuję stokrotnie, miałam nawet wrażenie, że trzęsie mi się tłuszcz na czole podczas jazdy chodnikiem. Polecam, Żanet Kaleta.
6. Reszta bez zmian. Cały czas tak samo zajebiście. Praca jest, nie chcą mnie puszczać, wciąż dzwonią ludziska różni, czy jestem wolna. A po pracy, w ramach relaksu, zabieram Rafałowi łopatę i psuję pracę przy budowaniu trasy. Rzucam cegłami i babrzę się w błocie. O, mam truskawki! Miały być na jutrzejsze śniadanie, ale... sama nie wiem... No i ten Waits. Jest najlepszy na wszystko.
7. Za jakiś czas zwiedzanie świata, nie mogę się doczekać. Trochę wcześniej stuknie ćwierćwiecze. A jeszcze wcześniej może mały rajdzik Czelendżerem, tak na ładne oczy ;)
czwartek, 2 maja 2013
1. Nieoczekiwanie przyszły książki. Jak widać Paczkomatów święto pracy nie obowiązuje - i bardzo miło. Noc z Huxleyem się zapowiada, o ile wcześniej nie wyzionę ducha ze śmiechu oglądając 'Spadkobierców'.
2. Dialog z Zuzą:
- Kurna, muszę chyba zmienić siodełko. Skóra na tyłku zrobiła mi się od niego gruba i chropowata. Nie wyrwę już żadnego faceta na dupę - mówię ja
- Wyrwiesz, tylko nie pokazuj mu się nago - mówi ona
3. I rozkręcony na części pierwsze rower. Powinnam siedzieć rok na karnym jeżyku z potłuczonego szkła i rozżarzonych węgli w celu odpokutowania za grzech zaniedbania mojego najwspanialszego, ciężkiego, dwukołowego samca! Był tak zasyfiony, cały napęd CZARNY. Bardzo się zdziwiłam, że przednie zębatki są srebrne. Zupełnie bezsensownie usłuchałam opinii, że póki rower jeździ to się go nie rozkręca i nie czyści dogłębnie. Dziś wieeeeeeeem (życie cudem jeeeeeest), że to o kant dupy potłuc ;) Ale! Człowiek uczy się całe życie i kolejna lekcja za mną.
2. Dialog z Zuzą:
- Kurna, muszę chyba zmienić siodełko. Skóra na tyłku zrobiła mi się od niego gruba i chropowata. Nie wyrwę już żadnego faceta na dupę - mówię ja
- Wyrwiesz, tylko nie pokazuj mu się nago - mówi ona
3. I rozkręcony na części pierwsze rower. Powinnam siedzieć rok na karnym jeżyku z potłuczonego szkła i rozżarzonych węgli w celu odpokutowania za grzech zaniedbania mojego najwspanialszego, ciężkiego, dwukołowego samca! Był tak zasyfiony, cały napęd CZARNY. Bardzo się zdziwiłam, że przednie zębatki są srebrne. Zupełnie bezsensownie usłuchałam opinii, że póki rower jeździ to się go nie rozkręca i nie czyści dogłębnie. Dziś wieeeeeeeem (życie cudem jeeeeeest), że to o kant dupy potłuc ;) Ale! Człowiek uczy się całe życie i kolejna lekcja za mną.
wtorek, 30 kwietnia 2013
Kilka dni później. Bogatsza o nowe olśnienia.
Zaczęło się od nieodpartej chęci zjedzenia frytek w środku nocy. Ale jeszcze wcześniej.
Po piątkowej potańcówce wróciłam do domu około 4.30, miałam 10 minut na spakowanie siebie i kota, done! Autobus przyjechał po bagaż, a ja wzięłam swoją miłość dwukołową i postawiłam na metro. Podjechać chciałam te kilka stacji, bo uznałam, że sił nie starczy... A jednak! Metro jakimś dziwnym trafem ominęłam i dojechałam na Stokłosy o własnych siłach. O 6.05 siedziałam na balkonie i jadłam śniadanie zastanawiając się, czy w ogóle iść spać. Poszłam - na kilka godzin.
Popołudniu wpadła Zuza ze swoim nowym cackiem, pięknym i w ogóle och ach! A żeby moje czerwone nie czuło się urażone zdemontowałam mu koła i wsadziłam do wanny. Godzina ze szczoteczką do zębów i płynem do naczyń! I zobaczyłam, że zęby i łańcuch nie są oryginalnie czarne. Wanna lekko ucierpiała, ale kto by się tym przejmował...
W nocy naszła mnie nieodparta ochota na frytki. Wsiadłam więc na rower i dość okrężną drogą pojechałam do Tesco (gdzie oprócz frytek kupiłam też blok techniczny z hello kitty i flamastry), wracając przewiało mnie i nieco zmokłam. Nietrudno się domyślić, jak to się skończyło. Rano obudziłam się z gorączką, katarem i totalnym połamaniem kości i mięśni. W domu nie znalazłam żadnych chemicznych medykamentów, do których chciałam się uciec w chwilach zwątpienia, a do sklepu po prostu nie miałam siły wyjść. Został mi więc napar lipowy, czosnek i kołdra. Na dobranoc naoglądałam się programów motoryzacyjnych, więc podczas 5h, które spędziłam na przewalaniu się z boku na bok i zwalczaniu gorączki (było mi zimno w ciuchach i pod kołdrą) poprawiałam sobie humorek myślą o wyścigach, dźwięku silników oraz pracą w warsztacie :3 I udało się! Około 3.00 ocknęłam się już bez temperatury, dumna z siebie bardzo :D
Ale. Jako sposób na ogrzanie się lub też ochłodzenie wybrałam zalanie się wodą w wannie. Zwykle dolewam +/- litr płynu do kąpieli, żeby pachniało, była piana i takie tam bajery, ale nie tym razem. I odkryłam zabawę życia. Otóż włoski znajdujące się wszędzie na ciele 'przytrzymały' maluśkie bąbelki powietrza, które - zgarnięte z ciała pod wodą - wydostając się na powierzchnię wyglądają czadowo. A przynajmniej dają taki efekt przy jakichś 39 stopniach gorączki.
Rzecz jasna nie miałam też w takim stanie na tyle światłego umysłu, by czytać czy przyswajać wiedzę wyższą (choć zagłębiam obecnie tajniki działania wszelkiego rodzaju silników, tak kobieco...), zajmowałam więc dogodne pozycje przed YT i TV :P Obejrzałam chyba wszystko co dostępne Limo i Gizy, a potem doszłam do wniosku, że rzeczywiście jedynym słusznym kanałem (no, może nie jedynym-jedynym) jest Comedy Central.
Jednak z satysfakcją ogłaszam, że w ciągu dwóch dni wyszłam całkowicie na prostą i śmigam do pracy ;) Lubię być zdrowa! A jutro rower - lub raczej Dzień Ursusa. Rozkładanie go na części pierwsze pod czujnym okiem Zuzy i naczelnego gderacza.
Zaczęło się od nieodpartej chęci zjedzenia frytek w środku nocy. Ale jeszcze wcześniej.
Po piątkowej potańcówce wróciłam do domu około 4.30, miałam 10 minut na spakowanie siebie i kota, done! Autobus przyjechał po bagaż, a ja wzięłam swoją miłość dwukołową i postawiłam na metro. Podjechać chciałam te kilka stacji, bo uznałam, że sił nie starczy... A jednak! Metro jakimś dziwnym trafem ominęłam i dojechałam na Stokłosy o własnych siłach. O 6.05 siedziałam na balkonie i jadłam śniadanie zastanawiając się, czy w ogóle iść spać. Poszłam - na kilka godzin.
Popołudniu wpadła Zuza ze swoim nowym cackiem, pięknym i w ogóle och ach! A żeby moje czerwone nie czuło się urażone zdemontowałam mu koła i wsadziłam do wanny. Godzina ze szczoteczką do zębów i płynem do naczyń! I zobaczyłam, że zęby i łańcuch nie są oryginalnie czarne. Wanna lekko ucierpiała, ale kto by się tym przejmował...
W nocy naszła mnie nieodparta ochota na frytki. Wsiadłam więc na rower i dość okrężną drogą pojechałam do Tesco (gdzie oprócz frytek kupiłam też blok techniczny z hello kitty i flamastry), wracając przewiało mnie i nieco zmokłam. Nietrudno się domyślić, jak to się skończyło. Rano obudziłam się z gorączką, katarem i totalnym połamaniem kości i mięśni. W domu nie znalazłam żadnych chemicznych medykamentów, do których chciałam się uciec w chwilach zwątpienia, a do sklepu po prostu nie miałam siły wyjść. Został mi więc napar lipowy, czosnek i kołdra. Na dobranoc naoglądałam się programów motoryzacyjnych, więc podczas 5h, które spędziłam na przewalaniu się z boku na bok i zwalczaniu gorączki (było mi zimno w ciuchach i pod kołdrą) poprawiałam sobie humorek myślą o wyścigach, dźwięku silników oraz pracą w warsztacie :3 I udało się! Około 3.00 ocknęłam się już bez temperatury, dumna z siebie bardzo :D
Ale. Jako sposób na ogrzanie się lub też ochłodzenie wybrałam zalanie się wodą w wannie. Zwykle dolewam +/- litr płynu do kąpieli, żeby pachniało, była piana i takie tam bajery, ale nie tym razem. I odkryłam zabawę życia. Otóż włoski znajdujące się wszędzie na ciele 'przytrzymały' maluśkie bąbelki powietrza, które - zgarnięte z ciała pod wodą - wydostając się na powierzchnię wyglądają czadowo. A przynajmniej dają taki efekt przy jakichś 39 stopniach gorączki.
Rzecz jasna nie miałam też w takim stanie na tyle światłego umysłu, by czytać czy przyswajać wiedzę wyższą (choć zagłębiam obecnie tajniki działania wszelkiego rodzaju silników, tak kobieco...), zajmowałam więc dogodne pozycje przed YT i TV :P Obejrzałam chyba wszystko co dostępne Limo i Gizy, a potem doszłam do wniosku, że rzeczywiście jedynym słusznym kanałem (no, może nie jedynym-jedynym) jest Comedy Central.
Jednak z satysfakcją ogłaszam, że w ciągu dwóch dni wyszłam całkowicie na prostą i śmigam do pracy ;) Lubię być zdrowa! A jutro rower - lub raczej Dzień Ursusa. Rozkładanie go na części pierwsze pod czujnym okiem Zuzy i naczelnego gderacza.
piątek, 26 kwietnia 2013
No dobra. To teraz przyznam się do wszystkiego.
Otóż historia zaczyna się jakoś pod koniec lutego, kiedy to jeszcze chodziłam do Seana i Agnieszki. Poleciła mi książkę 'Pieniądze i Prawo Przyciągania'. Zawsze kręciła mnie tematyka parapsychologii i różnych pochodnych, nie do końca wytłumaczonych zjawisk (które są dementowane przez wszelkiego rodzaju naukowców i racjonalistów pod hasłem 'jesli czegoś nie da się wyjaśnić to znaczy, że to ściema' - ale spoko, ich prawo), więc zakupiłam ową książkę i z lekką dozą dystansu zabrałam się za lekturę.
Gwoli przypomnienia - przez cały marzec nie mogłam znaleźć pracy, kończyły mi się pieniądze i takie tak inne różne ciekawe rzeczy ;)
Mimo że tytuł zawiera 'pieniądze' tekst traktuje ogólnie o życiu i tym, czemu różne rzeczy się dzieją. A inne się raczej nie dzieją. Głównym założeniem Prawa Przyciągania jest to, że podobne przyciąga podobne. Czyli nie za bardzo można się bogacić jęcząc jednocześnie, że jest się biednym wszystko jest za drogie; nie można być zdrowym, kiedy na każdym kroku obawia się lżejszej lub poważniejszej choroby; nie można stworzyc satysfakcjonującego związku urągając, jacy to mężczyźni są idiotyczni (khem khem :3). No dobra, pomyślałam sobie, w sumie coś w tym jest. Nie będę streszczać wszystkiego, bo od czegoś mamy google, książki i e-booki.
Jak to się ma do dzisiejszego wpisu?
Otóż tak. Zaczęłam - zaznaczam, że nawet ja, pieprznięte dziecko kosmosu podeszłam do tego z rezerwą - dobierać myśli, we wszystkim widzieć pozytywne aspekty, a negatywne po prostu olewać. Wybrałam to, że chcę się dobrze czuć, mieć świetny nastrój. Hm, ale jak to, to tak można sobie wybrać? Otóż tak, można! Jak najkurwabardziej! Po pierwszych kilku dniach zauważyłam, że nic i nikt nie jest w stanie mnie zdenerwować. Potem zauważyłam, że w moim życiu przestały pojawiać się niemiłe sytuacje. Od miesiąca banan nie schodzi mi z ryja, zasypiam uśmiechnięta i wstaję uśmiechnięta :D
Oferty pracy posypały się lawinowo (ja odpowiedziałam tylko na jedno ogłoszenie, z którego dostałam odpowiedź i z miejsca mnie zatrudnili), to Rodzinki szukały i znalazły mnie. W tym dostałam ofertę nie do odrzucenia: jedna z Rodzin oferuje mi pracę przy ich dwuletnim synu, przy czym praca wymaga podróżowania z Rodzinką po Europie i USA. Czyli moje marzenie o podróżach się ziściło.
Poza tym mam mnóstwo czasu i robię to co chcę i to co robić kocham. Przy okazji z różnych źródeł pieniądze same do mnie napływają i wychodzę na finansową prostą, a to dopiero początek. Różni ludzie odzywają się do mnie w różnych sprawach, a to wszystko jest dla mnie inspiracją do działania.
To wszystko zawsze wokół mnie było, wiem. Jednak z jakichś względów nie dostrzegałam tego i nie wykorzystywałam okazji. To wszystko ma nieco wspolnego z filozofią Miej Wyjebane A Będzie Ci Dane, jednak nie do końca, bo nie chodzi o to, by mieć wyjebane, lecz na podstawie kontrastu dowiedzieć się, czego się nie chce i czego się chce, i skupić się tylko na tych chcianych aspektach. I one przyjdą.
Sądzę, że większość osób uzna to za pierdolenie, zbieg okoliczności lub pseudosekciarski bełkot, ale to ich sprawa :) Mnie jest tak cudownie z tym wszystkim, co już teraz wiem i co się w moim życiu sprawdza... Po prostu każdemu życzę, by odnalazł radość i spełniał swoje marzenia, to łatwiejsze, niż się wydaje.
Otóż historia zaczyna się jakoś pod koniec lutego, kiedy to jeszcze chodziłam do Seana i Agnieszki. Poleciła mi książkę 'Pieniądze i Prawo Przyciągania'. Zawsze kręciła mnie tematyka parapsychologii i różnych pochodnych, nie do końca wytłumaczonych zjawisk (które są dementowane przez wszelkiego rodzaju naukowców i racjonalistów pod hasłem 'jesli czegoś nie da się wyjaśnić to znaczy, że to ściema' - ale spoko, ich prawo), więc zakupiłam ową książkę i z lekką dozą dystansu zabrałam się za lekturę.
Gwoli przypomnienia - przez cały marzec nie mogłam znaleźć pracy, kończyły mi się pieniądze i takie tak inne różne ciekawe rzeczy ;)
Mimo że tytuł zawiera 'pieniądze' tekst traktuje ogólnie o życiu i tym, czemu różne rzeczy się dzieją. A inne się raczej nie dzieją. Głównym założeniem Prawa Przyciągania jest to, że podobne przyciąga podobne. Czyli nie za bardzo można się bogacić jęcząc jednocześnie, że jest się biednym wszystko jest za drogie; nie można być zdrowym, kiedy na każdym kroku obawia się lżejszej lub poważniejszej choroby; nie można stworzyc satysfakcjonującego związku urągając, jacy to mężczyźni są idiotyczni (khem khem :3). No dobra, pomyślałam sobie, w sumie coś w tym jest. Nie będę streszczać wszystkiego, bo od czegoś mamy google, książki i e-booki.
Jak to się ma do dzisiejszego wpisu?
Otóż tak. Zaczęłam - zaznaczam, że nawet ja, pieprznięte dziecko kosmosu podeszłam do tego z rezerwą - dobierać myśli, we wszystkim widzieć pozytywne aspekty, a negatywne po prostu olewać. Wybrałam to, że chcę się dobrze czuć, mieć świetny nastrój. Hm, ale jak to, to tak można sobie wybrać? Otóż tak, można! Jak najkurwabardziej! Po pierwszych kilku dniach zauważyłam, że nic i nikt nie jest w stanie mnie zdenerwować. Potem zauważyłam, że w moim życiu przestały pojawiać się niemiłe sytuacje. Od miesiąca banan nie schodzi mi z ryja, zasypiam uśmiechnięta i wstaję uśmiechnięta :D
Oferty pracy posypały się lawinowo (ja odpowiedziałam tylko na jedno ogłoszenie, z którego dostałam odpowiedź i z miejsca mnie zatrudnili), to Rodzinki szukały i znalazły mnie. W tym dostałam ofertę nie do odrzucenia: jedna z Rodzin oferuje mi pracę przy ich dwuletnim synu, przy czym praca wymaga podróżowania z Rodzinką po Europie i USA. Czyli moje marzenie o podróżach się ziściło.
Poza tym mam mnóstwo czasu i robię to co chcę i to co robić kocham. Przy okazji z różnych źródeł pieniądze same do mnie napływają i wychodzę na finansową prostą, a to dopiero początek. Różni ludzie odzywają się do mnie w różnych sprawach, a to wszystko jest dla mnie inspiracją do działania.
To wszystko zawsze wokół mnie było, wiem. Jednak z jakichś względów nie dostrzegałam tego i nie wykorzystywałam okazji. To wszystko ma nieco wspolnego z filozofią Miej Wyjebane A Będzie Ci Dane, jednak nie do końca, bo nie chodzi o to, by mieć wyjebane, lecz na podstawie kontrastu dowiedzieć się, czego się nie chce i czego się chce, i skupić się tylko na tych chcianych aspektach. I one przyjdą.
Sądzę, że większość osób uzna to za pierdolenie, zbieg okoliczności lub pseudosekciarski bełkot, ale to ich sprawa :) Mnie jest tak cudownie z tym wszystkim, co już teraz wiem i co się w moim życiu sprawdza... Po prostu każdemu życzę, by odnalazł radość i spełniał swoje marzenia, to łatwiejsze, niż się wydaje.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Kilka spraw na szybko.
Praca lgnie do mnie jak muchy do lepu. Świetnie! Dzieciaki fajne, rodzice także :)
Pieniąchy również do mnie nadlatują z różnych stron, z czego również jestem zadowolona.
Kontakty towarzyskie na wysokich obrotach. Sobota była bardzo aktywna jak na moje standardy: odbiór kumpla z lotniska (kocham lotnisko!), koncert, a na deser impreza urodzinowa. W niedzielę brak kaca. Niesamowite i cudowne! ;D
W niedzielę również powrót z pracy Samochodem, Którego Staram Się Nie Zaślinić. Był krótki rajd, było bardziej bokiem, a ja jechałam z idiotycznym wyrazem twarzy i bananem na ryju całą drogę, uważając na ilość 'kurwa, jak zajebiście!' wyrzucanych z siebie pod wpływem silnych emocji. W końcu... Za dnia jestem nianią, po godzinach Szaloną Kotłownią. Nie wszyscy rodzice sobie z tym radzą ;)
Chciałam się też upewnić, że milczenie oznacza spławienie. Obiecałam sobie, że jeśli w zasięgu mojego wzroku pojawi się biała Africa Twin (która w sobotę zatoczyła bezczelnie majestatyczne kółko pod moim nosem) oraz samochód z rejestracją, w której skład będzie wchodzić '666' (wczoraj - 4 sztuki) zadzwonię do jegomościa. Zbierałam się jak sójka za morze i zadzwoniłam. Oczywiście nie odebrał, ale to nic! Nie o to chodzi! Chodzi o to, że ścisnęłam poślady i zadzwoniłam! Jestem z siebie zajebiście dumna :D A że nie odebrał.... To już jego bajka.
Robię karierę, trzepię kasę, wożę się amerykańskim samochodem, żyję w luksusie, a w czerwcu lecę z przystojnym Hiszpanem do Włoch :3 Po drodze na pewno wydarzy się wiele niesamowitych, pozytywnych rzeczy! :D
Życzę każdemu, kto czyta te słowa, żeby odnalazł radość w swoim życiu. To naprawdę proste i jeszcze bardziej zajebiste! Aloha!
Praca lgnie do mnie jak muchy do lepu. Świetnie! Dzieciaki fajne, rodzice także :)
Pieniąchy również do mnie nadlatują z różnych stron, z czego również jestem zadowolona.
Kontakty towarzyskie na wysokich obrotach. Sobota była bardzo aktywna jak na moje standardy: odbiór kumpla z lotniska (kocham lotnisko!), koncert, a na deser impreza urodzinowa. W niedzielę brak kaca. Niesamowite i cudowne! ;D
W niedzielę również powrót z pracy Samochodem, Którego Staram Się Nie Zaślinić. Był krótki rajd, było bardziej bokiem, a ja jechałam z idiotycznym wyrazem twarzy i bananem na ryju całą drogę, uważając na ilość 'kurwa, jak zajebiście!' wyrzucanych z siebie pod wpływem silnych emocji. W końcu... Za dnia jestem nianią, po godzinach Szaloną Kotłownią. Nie wszyscy rodzice sobie z tym radzą ;)
Chciałam się też upewnić, że milczenie oznacza spławienie. Obiecałam sobie, że jeśli w zasięgu mojego wzroku pojawi się biała Africa Twin (która w sobotę zatoczyła bezczelnie majestatyczne kółko pod moim nosem) oraz samochód z rejestracją, w której skład będzie wchodzić '666' (wczoraj - 4 sztuki) zadzwonię do jegomościa. Zbierałam się jak sójka za morze i zadzwoniłam. Oczywiście nie odebrał, ale to nic! Nie o to chodzi! Chodzi o to, że ścisnęłam poślady i zadzwoniłam! Jestem z siebie zajebiście dumna :D A że nie odebrał.... To już jego bajka.
Robię karierę, trzepię kasę, wożę się amerykańskim samochodem, żyję w luksusie, a w czerwcu lecę z przystojnym Hiszpanem do Włoch :3 Po drodze na pewno wydarzy się wiele niesamowitych, pozytywnych rzeczy! :D
Życzę każdemu, kto czyta te słowa, żeby odnalazł radość w swoim życiu. To naprawdę proste i jeszcze bardziej zajebiste! Aloha!
piątek, 19 kwietnia 2013
Czwartek. Zapowiadał się naprawdę niepozornie. Chociaż...?
Poranne słońce złożyło propozycję nie do odrzucenia. Wzięłam Ursusa pod pachę, wpakowaliśmy się do metra i pojechaliśmy na Bielany do Prawnika. Prócz spraw służbowych odbyliśmy miłą jak zawsze pogawędkę i ruszyłam z powrotem do domu, już na kołach swojego ukochanego. Dobra, wiem, że po płaskim. Ale jazda i tak z mega frajdą. Chociaż miałam wrażenie, że cały czas jadę pod wiatr - nie ważne, w którą stronę. Pod wiatr i już. Ale... gorąco. Słońce. Śmiem powiedzieć, że momentami było mi aż 'za ciepło', chociaż mi chyba nigdy nie jest za ciepło.
W domu dopadła mnie siostra - zgubili klucze do mieszkania i muszą podpierdolić mój komplet. Jak to dobrze, że wcześniej ja podpierdoliłam je im :3 Tak samo jak do dwóch poprzednich mieszkań. Do tej pory gdzieś te klucze mam i nie kwapię się bynajmniej z ich zwrotem. Ciekawe, czy jeszcze by pasowały...
I... I tak. Pojechałam na Wilanów, wzięłam małego słodkiego smroda na spacer, przechadzałam się uliczkami pełnymi domów jednorodzinnych różnej maści. Jak na przedmieściach, fajny klimat. Skręciłam nawet w ulicę Królewicza Jakuba, której to nazwa rozbawiła mnie niemal do łez. I znalazłam dom. Chcę taki, chcę ten dom. Wygooglałam go potem (tzn chyba akurat ten), ma 13 pokoi, więc zamarzyło mi się, by go kupić i sprowadzić do niego wszystkich swoich przyjaciół i siostrę. Muszę tylko iść po wypłatę do totolotka ;)
Wróciłyśmy ze spaceru, pobawiłyśmy się. Miałam wyjść o 19.00. Na kilka minut przed tą godziną stanęłyśmy z Różą i Babcią na schodach przed domem. Słyszę ryk silnika. Z tych, które wywołują u mnie ślinotok. Babcia na to 'o, tatuś jedzie', a mojej głowie 'co kurwa?' i po kilku sekundach moim oczom ukazał się Dodge Challenger Srt8. Łagodnie rzecz ujmując - myślałam, że się posram. Piękne bydle, brzmienie jak z bajki. Ci, którzy mnie znają jakiś już czas mogą sobie swobodnie wyobrazić moją reakcję (ale nie muszą oczywiście, hyhyhy), jest podobna w przypadku przystojnej brody, czasem też popłaczę się ze wzruszenia, kiedy sprzed Tesco ruszy jakiś taki KTM. Typowe. W każdym razie ręce się trzęsą, głos drży, ślinię się, dużo gadam piskliwym głosem. Słowem - wymarzona opiekunka. Potem było jeszcze lepiej, gdyż Tata powiedział 'masz czas? przejedziemy się trochę'. Dostałam wypieków na twarzy. Zapakowaliśmy się do tego cuda i... Nie da się tego opisać. Coś niesamowitego! Oczywiście - o ile ktoś się takimi rzeczami jara. Od słowa do słowa wyszła na jaw moja warsztatowa przeszłość oraz to, że Tata ma dwie ulice ode mnie... swój serwis samochodowy. Dalsze logiczne rozumowanie jest proste. Za dnia niania, po godzinach siedzieć będę w smarach. Niesamowicie się to układa! W każdym razie zamiast o 19.00 wyszłam z pracy o 00.30 i pierwszy raz żałowałam (wybacz!), że wzięłam rower, gdyż na pytanie Taty 'czy Cię nie odwieźć?' musiałam odpowiedzieć 'nie, bo co z rowerem...', a tak zadałabym na dzielni szyku :3
Oczywiście z wrażenia nie mogłam długo zasnąć.
Dzisiaj również zacieśniałam swoje więzy z Różą. Pogoda nie dopisała aż tak jak wczoraj, jednak 15 stopni i mżawka to nie taka tragiczna mieszanka :) No dobra, może nie jest najlepsza kiedy nie ma się błotnika. Brudny rower i brudny rowek.
Obecnie pozdrawiam z Wilczej. Jest bardzo ciekawie. Przez 2,5h usypiałam Łucję (charakterek ma po mamusi), 15 razy pod rząd czytałam jej 'Lokomotywę'. Zasnęła na pół godziny. Obudziła się. Znowu śpi. Obudziła się i płacze. Śpi. Do dzieci trzeba mieć anieeeeeelską cierpliiiiwość... -_-"
Jutro:
- rozmowa o pracę
- odebrać Pawła z lotniska (trafię?)
- dom
- koncert
- 30. urodziny Fifka.
Klonować. Ale lubię, kiedy dużo się dzieje.
Acha, dziś jeszcze Wszechświat kolejną psotę mi sprawił. Rejestracja samochodowa, która ścigała mnie po Wilanowie. Fakje!
Poranne słońce złożyło propozycję nie do odrzucenia. Wzięłam Ursusa pod pachę, wpakowaliśmy się do metra i pojechaliśmy na Bielany do Prawnika. Prócz spraw służbowych odbyliśmy miłą jak zawsze pogawędkę i ruszyłam z powrotem do domu, już na kołach swojego ukochanego. Dobra, wiem, że po płaskim. Ale jazda i tak z mega frajdą. Chociaż miałam wrażenie, że cały czas jadę pod wiatr - nie ważne, w którą stronę. Pod wiatr i już. Ale... gorąco. Słońce. Śmiem powiedzieć, że momentami było mi aż 'za ciepło', chociaż mi chyba nigdy nie jest za ciepło.
W domu dopadła mnie siostra - zgubili klucze do mieszkania i muszą podpierdolić mój komplet. Jak to dobrze, że wcześniej ja podpierdoliłam je im :3 Tak samo jak do dwóch poprzednich mieszkań. Do tej pory gdzieś te klucze mam i nie kwapię się bynajmniej z ich zwrotem. Ciekawe, czy jeszcze by pasowały...
I... I tak. Pojechałam na Wilanów, wzięłam małego słodkiego smroda na spacer, przechadzałam się uliczkami pełnymi domów jednorodzinnych różnej maści. Jak na przedmieściach, fajny klimat. Skręciłam nawet w ulicę Królewicza Jakuba, której to nazwa rozbawiła mnie niemal do łez. I znalazłam dom. Chcę taki, chcę ten dom. Wygooglałam go potem (tzn chyba akurat ten), ma 13 pokoi, więc zamarzyło mi się, by go kupić i sprowadzić do niego wszystkich swoich przyjaciół i siostrę. Muszę tylko iść po wypłatę do totolotka ;)
Wróciłyśmy ze spaceru, pobawiłyśmy się. Miałam wyjść o 19.00. Na kilka minut przed tą godziną stanęłyśmy z Różą i Babcią na schodach przed domem. Słyszę ryk silnika. Z tych, które wywołują u mnie ślinotok. Babcia na to 'o, tatuś jedzie', a mojej głowie 'co kurwa?' i po kilku sekundach moim oczom ukazał się Dodge Challenger Srt8. Łagodnie rzecz ujmując - myślałam, że się posram. Piękne bydle, brzmienie jak z bajki. Ci, którzy mnie znają jakiś już czas mogą sobie swobodnie wyobrazić moją reakcję (ale nie muszą oczywiście, hyhyhy), jest podobna w przypadku przystojnej brody, czasem też popłaczę się ze wzruszenia, kiedy sprzed Tesco ruszy jakiś taki KTM. Typowe. W każdym razie ręce się trzęsą, głos drży, ślinię się, dużo gadam piskliwym głosem. Słowem - wymarzona opiekunka. Potem było jeszcze lepiej, gdyż Tata powiedział 'masz czas? przejedziemy się trochę'. Dostałam wypieków na twarzy. Zapakowaliśmy się do tego cuda i... Nie da się tego opisać. Coś niesamowitego! Oczywiście - o ile ktoś się takimi rzeczami jara. Od słowa do słowa wyszła na jaw moja warsztatowa przeszłość oraz to, że Tata ma dwie ulice ode mnie... swój serwis samochodowy. Dalsze logiczne rozumowanie jest proste. Za dnia niania, po godzinach siedzieć będę w smarach. Niesamowicie się to układa! W każdym razie zamiast o 19.00 wyszłam z pracy o 00.30 i pierwszy raz żałowałam (wybacz!), że wzięłam rower, gdyż na pytanie Taty 'czy Cię nie odwieźć?' musiałam odpowiedzieć 'nie, bo co z rowerem...', a tak zadałabym na dzielni szyku :3
Oczywiście z wrażenia nie mogłam długo zasnąć.
Dzisiaj również zacieśniałam swoje więzy z Różą. Pogoda nie dopisała aż tak jak wczoraj, jednak 15 stopni i mżawka to nie taka tragiczna mieszanka :) No dobra, może nie jest najlepsza kiedy nie ma się błotnika. Brudny rower i brudny rowek.
Obecnie pozdrawiam z Wilczej. Jest bardzo ciekawie. Przez 2,5h usypiałam Łucję (charakterek ma po mamusi), 15 razy pod rząd czytałam jej 'Lokomotywę'. Zasnęła na pół godziny. Obudziła się. Znowu śpi. Obudziła się i płacze. Śpi. Do dzieci trzeba mieć anieeeeeelską cierpliiiiwość... -_-"
Jutro:
- rozmowa o pracę
- odebrać Pawła z lotniska (trafię?)
- dom
- koncert
- 30. urodziny Fifka.
Klonować. Ale lubię, kiedy dużo się dzieje.
Acha, dziś jeszcze Wszechświat kolejną psotę mi sprawił. Rejestracja samochodowa, która ścigała mnie po Wilanowie. Fakje!
czwartek, 18 kwietnia 2013
Wczoraj.
Nie udało mi się wstać. Tzn wstałam! Tak, wstałam, jednak Kinia oznajmiła alarm Frankowy i zamiast latać z łopatą po DP pojechałam niańczyć dwulatka. Za dnia jest o wiele milszym chłopcem niż wieczorem :)
Potem wylądowałam oczywiście u Anety. Starała się usilnie uświadomić mi, że jest ZIMNO i strasznie WIEJE, i wyglądam jak debil w krótkich spodenkach i bokserce. Ale co ja poradzę, że jest mi ciepło? Wieczorem umówiłam się z Rafałem i... Zuzą, mieliśmy się 'trochę pokręcić po mieście', a skończyło się na tripie z Leszna na Kabaty. Zapchałam się na noc upragnionym budyniem i wpadłam na genialny (a jakże!) pomysł, który poniekąd podsunęła mi Zuza. Mianowicie jeśli pan McPherson nie zamierza grać w najbliższym czasie koncertu w Polsce, ja bardzo chętnie wybiorę się na wyspy, by go usłyszeć na żywo. W związku z tym co zrobiłam? Owszem, wysmarowałam mu maila. Jestem bardzo ciekawa czy go przeczyta, a mooooże nawet odpisze. W każdym razie jego autograf jest kolejnym, jaki chciałabym upamiętnić na swojej skórze.
Spędziłam upojną noc w łóżku siostrzanym i autobusowym. Spało się wyśmienicie. A potem przyszła pani z administracji z jakimś niebywale ważnym pismem. Otworzyłam jej ubrana jedynie w ręcznik i z... bardzo wysublimowaną fryzurą, jeśli tak to można określić. Bardzo mnie przepraszała, ale byłam jej w sumie wdzięczna, że sprowokowała mnie do wyjścia z łóżka.
Dzień zapowiadał się szaro, jednak kiedy dojechałam do domu w celu zmiany garderoby okazało się, że jednak słoneczko wygrywa z chmurkami i jest cudownie ;D Oczywiście plany w bardzo spontaniczny sposób uległy zmianie, jednak jestem elastyczna jak guma w majtach, więc co tam. Miałam dzisiaj próbę testową z nowym zespołem i pierwszy raz w życiu śpiewałam czysto. Woah. Daję radę.
Doba jest zdecydowanie za krótka. Ciągle wylatuje mi z głowy, żeby w końcu wygrać w totka. Jutro dzień pełen zajęć, piątek podobnie... Sobota... Soboty nie mogę się doczekać, gdyż jakkolwiek by się ona nie potoczyła - będzie dniem zwariowanym. A potem... Będzie zajebiście. Będzie tak jak chcę.
Nie udało mi się wstać. Tzn wstałam! Tak, wstałam, jednak Kinia oznajmiła alarm Frankowy i zamiast latać z łopatą po DP pojechałam niańczyć dwulatka. Za dnia jest o wiele milszym chłopcem niż wieczorem :)
Potem wylądowałam oczywiście u Anety. Starała się usilnie uświadomić mi, że jest ZIMNO i strasznie WIEJE, i wyglądam jak debil w krótkich spodenkach i bokserce. Ale co ja poradzę, że jest mi ciepło? Wieczorem umówiłam się z Rafałem i... Zuzą, mieliśmy się 'trochę pokręcić po mieście', a skończyło się na tripie z Leszna na Kabaty. Zapchałam się na noc upragnionym budyniem i wpadłam na genialny (a jakże!) pomysł, który poniekąd podsunęła mi Zuza. Mianowicie jeśli pan McPherson nie zamierza grać w najbliższym czasie koncertu w Polsce, ja bardzo chętnie wybiorę się na wyspy, by go usłyszeć na żywo. W związku z tym co zrobiłam? Owszem, wysmarowałam mu maila. Jestem bardzo ciekawa czy go przeczyta, a mooooże nawet odpisze. W każdym razie jego autograf jest kolejnym, jaki chciałabym upamiętnić na swojej skórze.
Spędziłam upojną noc w łóżku siostrzanym i autobusowym. Spało się wyśmienicie. A potem przyszła pani z administracji z jakimś niebywale ważnym pismem. Otworzyłam jej ubrana jedynie w ręcznik i z... bardzo wysublimowaną fryzurą, jeśli tak to można określić. Bardzo mnie przepraszała, ale byłam jej w sumie wdzięczna, że sprowokowała mnie do wyjścia z łóżka.
Dzień zapowiadał się szaro, jednak kiedy dojechałam do domu w celu zmiany garderoby okazało się, że jednak słoneczko wygrywa z chmurkami i jest cudownie ;D Oczywiście plany w bardzo spontaniczny sposób uległy zmianie, jednak jestem elastyczna jak guma w majtach, więc co tam. Miałam dzisiaj próbę testową z nowym zespołem i pierwszy raz w życiu śpiewałam czysto. Woah. Daję radę.
Doba jest zdecydowanie za krótka. Ciągle wylatuje mi z głowy, żeby w końcu wygrać w totka. Jutro dzień pełen zajęć, piątek podobnie... Sobota... Soboty nie mogę się doczekać, gdyż jakkolwiek by się ona nie potoczyła - będzie dniem zwariowanym. A potem... Będzie zajebiście. Będzie tak jak chcę.
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Jutro. Na pewno uda mi się wstać rano i dotrzeć na siłownię. Dzisiaj budzik nie przekonał mnie kolejny raz... Niby się obudziłam, ale jednak nie do końca. Wstałam przed południem. Śniło mi się, że jakiś mój bliżej niezidentyfikowany znajomy łowił ryby i tak zarzucił wędką, że haczyk wbił mi się w migdałek. On tego nie widział i szarpał za żyłkę. W końcu udało mi się wyjąć żelastwo z gardła, które zdążyło mi spuchnąć, jednak nie krwawiło. Pobudka.
Wiedziałam, że w Parku Łazienkowskim żyją sobie różne zwierzaki, lecz na własne oczy widziałam jedynie całą gamę różnorakiego ptactwa, karpie, myszy i wiewiórki. A dzisiaj... Dzisiaj oglądałam sobie totalnie wyluzowaną łanię łażącą po trawce przy bramie wychodzącej na Agrykolę. Nie mogłam od niej oderwać wzroku, w sumie to praktycznie środek miasta. Wycieczka do Łazienek dostarczyła też mojej skórze dawki promieni słonecznych, gdyż razem z Ursusem postanowiliśmy się trochę powygrzewać z dala od ludzi i samochodów.
Dzień nie byłby dniem, gdybym nie zajrzała na Wilczą. Bez zmian. Ciasto wyszło dobre, Aneta jak zwykle miła i kochana, dostałam nawet ciuchy (wczoraj dostałam od Kini buty :3 wiosenna garderobo witaj!), a jutro dam jej ogolić swoją głowę. Nie wiem jaki będzie tego efekt, trudno jest to przewidzieć. Jestem jednak pełna wiary. Udało mi się też dotrzeć do siostry, której mieszkanie będzie przez najbliższy tydzień moją bazą. Kocham. Klimat mieszkania, balkon, widok z okna, łóżko, wannę, wszystko.
Nieuchronnie też weszłam w fazę jęczenia-tęsknienia. Właśnie, jaką emocją jest tęsknota - pozytywną czy negatywną? Sama nie wiem. W każdym razie bardzo cierpliwie i wytrwale czekam na poprawę sytuacji. Typowo babskie skłonności do rozkminy i analizy wszystkiego, co tylko się da (a nawet jak się nie da to i tak się da) sprawiają, że po raz kolejny w takiej sytuacji staję na rozdrożu: 'zrobić detoks i olać' vs 'cooooo? jestem zajebista i dostaję to, czego chcę!'. ale nie chcę wyjść na stalkerkę. ale nie chcę też siedzieć z założonymi rękami, a potem pluć sobie w brodę, że nic nie zrobiłam. ale. ale ale ale. W głośnikach dzisiaj Morrison. Trochę tego detoksu jednak się przyda ;)
W tej chwili całkowicie spontanicznie postanowiłam iść umyć swoje cztery litery i zalec w łóżku. Jutro pół dnia latania z łopatą w Dirt Parku.
****Aaaa!! No i beka wieczorna, a jak! Poszłam do sklepu, miła pani w kasie już wszystko policzyła. Dodaję 'i siateczkę poproszę', ona 'cienką?' - przynajmniej tak usłyszałam. 'tak, taką zwykłą' i patrzę, a ona schyla się po SETECZKĘ ŻYTNIEJ :3 oczywiście dostałam śmiechawy, a ona nieco speszona dodała 'a, do herbaty zawsze można...'
Wiedziałam, że w Parku Łazienkowskim żyją sobie różne zwierzaki, lecz na własne oczy widziałam jedynie całą gamę różnorakiego ptactwa, karpie, myszy i wiewiórki. A dzisiaj... Dzisiaj oglądałam sobie totalnie wyluzowaną łanię łażącą po trawce przy bramie wychodzącej na Agrykolę. Nie mogłam od niej oderwać wzroku, w sumie to praktycznie środek miasta. Wycieczka do Łazienek dostarczyła też mojej skórze dawki promieni słonecznych, gdyż razem z Ursusem postanowiliśmy się trochę powygrzewać z dala od ludzi i samochodów.
Dzień nie byłby dniem, gdybym nie zajrzała na Wilczą. Bez zmian. Ciasto wyszło dobre, Aneta jak zwykle miła i kochana, dostałam nawet ciuchy (wczoraj dostałam od Kini buty :3 wiosenna garderobo witaj!), a jutro dam jej ogolić swoją głowę. Nie wiem jaki będzie tego efekt, trudno jest to przewidzieć. Jestem jednak pełna wiary. Udało mi się też dotrzeć do siostry, której mieszkanie będzie przez najbliższy tydzień moją bazą. Kocham. Klimat mieszkania, balkon, widok z okna, łóżko, wannę, wszystko.
Nieuchronnie też weszłam w fazę jęczenia-tęsknienia. Właśnie, jaką emocją jest tęsknota - pozytywną czy negatywną? Sama nie wiem. W każdym razie bardzo cierpliwie i wytrwale czekam na poprawę sytuacji. Typowo babskie skłonności do rozkminy i analizy wszystkiego, co tylko się da (a nawet jak się nie da to i tak się da) sprawiają, że po raz kolejny w takiej sytuacji staję na rozdrożu: 'zrobić detoks i olać' vs 'cooooo? jestem zajebista i dostaję to, czego chcę!'. ale nie chcę wyjść na stalkerkę. ale nie chcę też siedzieć z założonymi rękami, a potem pluć sobie w brodę, że nic nie zrobiłam. ale. ale ale ale. W głośnikach dzisiaj Morrison. Trochę tego detoksu jednak się przyda ;)
W tej chwili całkowicie spontanicznie postanowiłam iść umyć swoje cztery litery i zalec w łóżku. Jutro pół dnia latania z łopatą w Dirt Parku.
****Aaaa!! No i beka wieczorna, a jak! Poszłam do sklepu, miła pani w kasie już wszystko policzyła. Dodaję 'i siateczkę poproszę', ona 'cienką?' - przynajmniej tak usłyszałam. 'tak, taką zwykłą' i patrzę, a ona schyla się po SETECZKĘ ŻYTNIEJ :3 oczywiście dostałam śmiechawy, a ona nieco speszona dodała 'a, do herbaty zawsze można...'
niedziela, 14 kwietnia 2013
Wczorajszy dzień zakończył się równie zajebiście, jak zaczął.
Po tym jak już opanowałam śmiech i przebrałam się w suche ciuchy zasiadłam wygodnie w moim śmietnikowym Fotelu Prezesa i czekałam na sygnał od Rafała, który miał podjechać do mnie i razem mieliśmy się udać do Biedronki po moje ukochane chrupki kukurydziane. Czekoladowe i truskawkowe. Jednak Rafał złapał kapcia i pojechał do domu. Wyszłam sama. Oczywiście MUSIAŁ padać deszcz. W tym momencie nadmienić muszę, że doceniłam fakt mojego zbieractwa. Kilka razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy naszła mnie myśl, by wyrzucić stare, podarte i dziurawe buty, ale nie! Przydadzą się jeszcze na pewno. I przydały się rzeczywiście. Inaczej byłoby śmiesznie i popierdzielałabym na rowerze w rybkach (rybki - elo-hipsterskie niebieskie buty wyglądem przypominające japońskie latawce-ryby). A prócz tego, że wyglądałabym do reszty kuriozalnie (bo na rower ogólnie ubieram się... dziwnie... jak to Aneta określiła wprost - jak debil), to do tego byłoby mi niewygodnie. No nie ważne! Do Biedronki poszłam (oczywiście zapomniałam kupić celu wyprawy czyli chrupek i kociego żarcia, za to przyniosłam żelki), wróciłam oraz... Odebrałam telefon od bardzo wpływowej osoby, od Osoby-Składającej-Oferty-Nie-Do-Odrzucenia, więc nie miałam innej opcji, jak tylko po raz kolejny wsiąść na mój cudowny, czerwony, dwukołowy wehikuł i pojechać na Wilczą. Sartineczek (właściciel Figureczek) leżał chory w sypialni, a my po uśpieniu młodej uwaliłyśmy się na kanapie z piwem i pieguskami, włączyłyśmy (tak dla odmiany) komedię romantyczną - ale jaką! Sprzed 20 chyba lat, oldskulową, przeuroczą, o wdzięcznym tytule 'Żona Rzeźnika' ;D
Rzecz jasna nie wróciłam już tej nocy do domu, zaległam w łóżku na chłodnym poddaszu z widokiem na pałac kultury. Genialnie. Starałam się nawet umyć pod prysznicem, w którym nie ma zimnej wody, ale zarzuciłam cały proceder ograniczając się jedynie do wyparzenia miejsc intymnych i umycia zębów. Materac okazał się o wiele wygodniejszy niż w poprzednim mieszkaniu (tamten był taaaaak miękki, że się w nim zapadałam). 15 minut na medytację i zasnęłam jak dziecko.
Rano... Obudziły mnie krzyki z dołu. Blender. Rzucanie plastikowymi kubeczkami. Miauczenie upierdliwego, głodnego kota. Za oknem szaro, ale Pekin widać. Popatrzyłam na stare kamienice, obrośnięte różnorakim zielskiem (które w tej chwili zielone jest jeszcze w zamyśle). Fajny widok i tak dla odmiany znowu od rana miałam uśmiech na ustach ;) Wyszłam do sklepu, zrobiłam Mojemu Państwu śniadanie do łóżka i na dzień dobry dokończyliśmy zaczęty wczoraj film ('Life as we know it') i obejrzeliśmy kolejny, po którym brzuch bolał mnie ze śmiechu ('Smiley Face').
I w końcu spotkałam się z Rafałem, z którym wybrałam się do myjni (i tutaj wtrącę, że bardzo się cieszę, iż nie skorzystałam z wczorajszej niesamowitej pogody, by umyć Ursusa) i umyłam mój najwspanialszy na świecie rower. Błyszczy się jak psu jajca na wiosnę i omijam teraz szerokim łukiem kałuże, nucąc nie tak do końca pod nosem 'mam czysty rower!', co oczywiście można usłyszeć jako 'mam czysty rowek!', bo to drugie 'r' się nieco rozmywa. Podjechaliśmy do Biedronki po chrupki. Rafał pilnował rowerów podczas gdy ja błądziłam przez kwadrans między sklepowymi półkami w poszukiwaniu naszych smakołyków. I nie znalazłam. Dałam pieniądze mężczyźnie, który oczywiście po kilku minutach wyszedł z siatą tego, po co przyjechaliśmy.
Muszę dodać, że cały boży dzień, kilka dni, tydzień - chodzi mi po głowie brytyjski folk, w który coraz bardziej się zagłębiam. Dzisiaj obok McPhersona (którego kupił Franek, mój 2-letni podopieczny, który notorycznie obraża się na świat, gdy tylko zawitam w jego skromne progi - uznaję więc to za krok milowy w naszej relacji) na tapecie jest Ben Konstantinovic oraz Elliott Morris. I może się okazać, że zamiast do Szwecji wyjadę sobie do Wielkiej Brytanii :3 W maju jadę za to do Krakowa. Cudownie!
Tymczasem zastanawiam się, jak przeżyję najbliższą sobotę. Chciałabym chociaż na chwilę skoczyć do Dirt Parku na imprezę z okazji ich pierwszych urodzin, koło 14.00 przylatuje właśnie z UK mój kumpel, którego mam zaszczyt u siebie gościć, prawdopodobnie tegoż samego dnia przyjaciele urządzą parapetówkę, na którą również chciałabym zajrzeć; wieczorem odbywa się koncert, na który tak ja, jak i rzeczony kumpel się wybieramy, w tym samym czasie Fifi Mątwa oblewać będzie swe 30. urodziny (jesteś stara dupa!), toteż i tam bardzo chcę być. Liczę na to, że ta ostatnia impreza potrwa do rana, żebym się wszędzie wyrobiła, gdyż nikt nie opatentował jeszcze bezpiecznego sposobu na klonowanie lub teleportację, a nie mam zamiaru być obiektem doświadczalnym.
To chyba tyle na dziś :) Jak zwykle pełna radości, miłości i optymizmu :3 Wdzięczna za kolejny zajebisty dzień!
Po tym jak już opanowałam śmiech i przebrałam się w suche ciuchy zasiadłam wygodnie w moim śmietnikowym Fotelu Prezesa i czekałam na sygnał od Rafała, który miał podjechać do mnie i razem mieliśmy się udać do Biedronki po moje ukochane chrupki kukurydziane. Czekoladowe i truskawkowe. Jednak Rafał złapał kapcia i pojechał do domu. Wyszłam sama. Oczywiście MUSIAŁ padać deszcz. W tym momencie nadmienić muszę, że doceniłam fakt mojego zbieractwa. Kilka razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy naszła mnie myśl, by wyrzucić stare, podarte i dziurawe buty, ale nie! Przydadzą się jeszcze na pewno. I przydały się rzeczywiście. Inaczej byłoby śmiesznie i popierdzielałabym na rowerze w rybkach (rybki - elo-hipsterskie niebieskie buty wyglądem przypominające japońskie latawce-ryby). A prócz tego, że wyglądałabym do reszty kuriozalnie (bo na rower ogólnie ubieram się... dziwnie... jak to Aneta określiła wprost - jak debil), to do tego byłoby mi niewygodnie. No nie ważne! Do Biedronki poszłam (oczywiście zapomniałam kupić celu wyprawy czyli chrupek i kociego żarcia, za to przyniosłam żelki), wróciłam oraz... Odebrałam telefon od bardzo wpływowej osoby, od Osoby-Składającej-Oferty-Nie-Do-Odrzucenia, więc nie miałam innej opcji, jak tylko po raz kolejny wsiąść na mój cudowny, czerwony, dwukołowy wehikuł i pojechać na Wilczą. Sartineczek (właściciel Figureczek) leżał chory w sypialni, a my po uśpieniu młodej uwaliłyśmy się na kanapie z piwem i pieguskami, włączyłyśmy (tak dla odmiany) komedię romantyczną - ale jaką! Sprzed 20 chyba lat, oldskulową, przeuroczą, o wdzięcznym tytule 'Żona Rzeźnika' ;D
Rzecz jasna nie wróciłam już tej nocy do domu, zaległam w łóżku na chłodnym poddaszu z widokiem na pałac kultury. Genialnie. Starałam się nawet umyć pod prysznicem, w którym nie ma zimnej wody, ale zarzuciłam cały proceder ograniczając się jedynie do wyparzenia miejsc intymnych i umycia zębów. Materac okazał się o wiele wygodniejszy niż w poprzednim mieszkaniu (tamten był taaaaak miękki, że się w nim zapadałam). 15 minut na medytację i zasnęłam jak dziecko.
Rano... Obudziły mnie krzyki z dołu. Blender. Rzucanie plastikowymi kubeczkami. Miauczenie upierdliwego, głodnego kota. Za oknem szaro, ale Pekin widać. Popatrzyłam na stare kamienice, obrośnięte różnorakim zielskiem (które w tej chwili zielone jest jeszcze w zamyśle). Fajny widok i tak dla odmiany znowu od rana miałam uśmiech na ustach ;) Wyszłam do sklepu, zrobiłam Mojemu Państwu śniadanie do łóżka i na dzień dobry dokończyliśmy zaczęty wczoraj film ('Life as we know it') i obejrzeliśmy kolejny, po którym brzuch bolał mnie ze śmiechu ('Smiley Face').
I w końcu spotkałam się z Rafałem, z którym wybrałam się do myjni (i tutaj wtrącę, że bardzo się cieszę, iż nie skorzystałam z wczorajszej niesamowitej pogody, by umyć Ursusa) i umyłam mój najwspanialszy na świecie rower. Błyszczy się jak psu jajca na wiosnę i omijam teraz szerokim łukiem kałuże, nucąc nie tak do końca pod nosem 'mam czysty rower!', co oczywiście można usłyszeć jako 'mam czysty rowek!', bo to drugie 'r' się nieco rozmywa. Podjechaliśmy do Biedronki po chrupki. Rafał pilnował rowerów podczas gdy ja błądziłam przez kwadrans między sklepowymi półkami w poszukiwaniu naszych smakołyków. I nie znalazłam. Dałam pieniądze mężczyźnie, który oczywiście po kilku minutach wyszedł z siatą tego, po co przyjechaliśmy.
Muszę dodać, że cały boży dzień, kilka dni, tydzień - chodzi mi po głowie brytyjski folk, w który coraz bardziej się zagłębiam. Dzisiaj obok McPhersona (którego kupił Franek, mój 2-letni podopieczny, który notorycznie obraża się na świat, gdy tylko zawitam w jego skromne progi - uznaję więc to za krok milowy w naszej relacji) na tapecie jest Ben Konstantinovic oraz Elliott Morris. I może się okazać, że zamiast do Szwecji wyjadę sobie do Wielkiej Brytanii :3 W maju jadę za to do Krakowa. Cudownie!
Tymczasem zastanawiam się, jak przeżyję najbliższą sobotę. Chciałabym chociaż na chwilę skoczyć do Dirt Parku na imprezę z okazji ich pierwszych urodzin, koło 14.00 przylatuje właśnie z UK mój kumpel, którego mam zaszczyt u siebie gościć, prawdopodobnie tegoż samego dnia przyjaciele urządzą parapetówkę, na którą również chciałabym zajrzeć; wieczorem odbywa się koncert, na który tak ja, jak i rzeczony kumpel się wybieramy, w tym samym czasie Fifi Mątwa oblewać będzie swe 30. urodziny (jesteś stara dupa!), toteż i tam bardzo chcę być. Liczę na to, że ta ostatnia impreza potrwa do rana, żebym się wszędzie wyrobiła, gdyż nikt nie opatentował jeszcze bezpiecznego sposobu na klonowanie lub teleportację, a nie mam zamiaru być obiektem doświadczalnym.
To chyba tyle na dziś :) Jak zwykle pełna radości, miłości i optymizmu :3 Wdzięczna za kolejny zajebisty dzień!
sobota, 13 kwietnia 2013
13.04.2013 :)
Dzisiejszy dzień niechybnie zaliczam jako Dzień-Mistrz-Świata :D
Od początku...
Miałam dziś pracować przy otwarciu sezonu motocyklowego na warszawskim Bemowie. Po 4h snu (głębokiego, kamiennego, cudownego) obudziłam się o 6.00 radosna i świeża (naprawdę! wyspana i tak dalej), poszłam zrobić sobie pożywne śniadanko, puściłam muzyczkę i jem. I słońce zaczęło się coraz wyraźniej przebijać przez poranną szarzyznę... Kurde... Nie chce mi się jechać na to Bemowo. Poza tym zapowiadają na popołudnie deszcze i burze, pewnie będzie straszne bagno. What to do, what to do... Po nie tak długiej chwili zastanowienia napisałam SMSa, że mnie nie będzie. Po prostu nie wyobrażałam sobie siedzieć tam (mimo że przy motocyklach) w tak piękny dzień.
Od samego rana chodziło mi też po głowie, by drogą telefoniczną życzyć koledze miłej jazdy (enduro po lesie), ale jakoś tak mi w końcu to uleciało. Postanowiłam pojechać na siłownię na 10.00. Do tego czasu siedziałam zatopiona w myślach, książce, muzyce i marzeniach :3 Czyli totalnie się rozpływałam. W końcu posadziłam swą piękną dupeczkę na rowerze i popedałowałam na Puławską. Po drodze rzecz jasna zmieniłam nieco plany i skróciłam w myślach trening do godziny - słońce grzeje, pierwszy taki dzień w tym roku, nie mam ochoty siedzieć nie wiadomo ile pod ziemią. Nagle... Brrrrum! Motocykl, odruch Pawłowa, odwracam głowę automatycznie i co? Ów kolega, do którego od rana chciałam się odezwać pognał w siną dal :) Żeby było fajnie tak przed południem - wjechałam w brązową, psią (najprawdopodobniej, chociaż kto wie) kupę.
Godzina na siłowni upłynęła szybko i efektownie, nie ma co się opierdalać. W krótkich spodenkach i bokserce mknęłam przez miasto na swoim kochanym Ursusie, lawirując wśród ludzi odzianych w puchowe kurty. Słońce dowaliło, wiatru brak, pięknie!
Plan był taki - robię rundkę po Stare Miasto i Muranów, wracam do domu coś wszamać i ruszam do Rafała do Kazoory wymienić damper, wydać pieniądze na nowe gripy, potem karczer i smarowanko. Wróciłam do domu, przypięłam NA CHWILĘ rower na klatce schodowej - chciałam zjeść dwie kanapki, wysikać się i jechać dalej. Zrobiłam to, co chciałam, spakowałam rzeczy do plecaka. Wychodzę. Ale chwila, gdzie jest klucz do blokady? Przeszukałam całe mieszkanie ze 3 razy. Kurna, może wypadł mi pod sklepem na Polu Mokotowskim? Fak, fak, fak! Po półgodzinnych, bezowocnych poszukiwaniach podjęłam decyzję, że przejadę się pod ów sklep i zobaczę, czy kluczyk tam nie leży gdzieś na trawie... Kiedy wychodziłam z domu - pogoda piękna, słońce, jakieś tam obłoczki. Doszłam do metra, wsiadłam, przejechałam 2 stacje, wychodzę... Deszcz. Szare niebo, zasnute ciężkimi chmurami. Dzielnie pomaszerowałam pod sklep, jednak zguby nie znalazłam. Wróciłam do metra, wsiadłam, przejechałam 2 stacje, wychodzę... Deszcz kropi. Błyska i grzmi, zajebiście! Kocham burzę! Twarda ze mnie sztuka, więc zamiast poczekać pod wiatą na autobus poszłam do domu piechotą. Zaczęło lodowato wiać, do tego doszedł grad, który zrobił mi skuteczny peeling twarzy i głowy ;) Do chałupy doszłam dosłownie cała mokra. W butach miałam małe jeziorka. Chlup, chlup, chlup. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzję nie jadąc na otwarcie sezonu. Przez głowę przemknęła mi tylko myśl - kurde, co teraz? Nie zostawię na noc Ursusa na klatce schodowej. Muszę wytrzasnąć jakiegoś drwala z siekierą lub chociażby z brzeszczotem czy czymś takim. Weszłam do domu, od razu zrzuciłam z siebie przemoczone ciuchy. I... tak. Tak właśnie. Kluczyk leżał pod biurkiem i śmiał się ze mnie, mały skurczybyk. Dostałam ataku histerycznego śmiechu... :D Cała Koti, cała ja. Ale co tam, przygoda! Więc zastanawiam się, czy jeszcze nie wyjść na rower, jednak po wczorajszych wojażach zachciało mi się również błotnika rowerowego. Takowego jeszcze nie mam, a jazda z - za przeproszeniem - brudnym i mokrym rowem jest męcząca.
Czekam na dalszy ciąg dzisiejszego dnia. Założę się, że nadal będzie ciekawie ;)
Z innych spraw: w poniedziałek miałam pierwszą samodzielną jazdę motocyklem (wraz z w/w kumplem od enduraczka). Doszłam również do wniosku, że wcale nie muszę wszystkiego rozumieć. Np tego, dlaczego mam w brzuchu motyle. Grunt, że jest mi z tym zajebiście :3
Zaś w kwestii muzyki - Dave McPherson solo, a także z InMe. Odkrycie tego półrocza. Jak na ironię miałam chyba tego nie odkryć (historia nie warta wspomnienia, niemniej radosna na swój sposób), więc kilka jego kawałków katuję w kółko. Czytając tekst do tego poniższego szeroki uśmiech po raz kolejny wystąpił na mojej mordzie. Jak łatwo wszystko poprzekręcać :)
Od początku...
Miałam dziś pracować przy otwarciu sezonu motocyklowego na warszawskim Bemowie. Po 4h snu (głębokiego, kamiennego, cudownego) obudziłam się o 6.00 radosna i świeża (naprawdę! wyspana i tak dalej), poszłam zrobić sobie pożywne śniadanko, puściłam muzyczkę i jem. I słońce zaczęło się coraz wyraźniej przebijać przez poranną szarzyznę... Kurde... Nie chce mi się jechać na to Bemowo. Poza tym zapowiadają na popołudnie deszcze i burze, pewnie będzie straszne bagno. What to do, what to do... Po nie tak długiej chwili zastanowienia napisałam SMSa, że mnie nie będzie. Po prostu nie wyobrażałam sobie siedzieć tam (mimo że przy motocyklach) w tak piękny dzień.
Od samego rana chodziło mi też po głowie, by drogą telefoniczną życzyć koledze miłej jazdy (enduro po lesie), ale jakoś tak mi w końcu to uleciało. Postanowiłam pojechać na siłownię na 10.00. Do tego czasu siedziałam zatopiona w myślach, książce, muzyce i marzeniach :3 Czyli totalnie się rozpływałam. W końcu posadziłam swą piękną dupeczkę na rowerze i popedałowałam na Puławską. Po drodze rzecz jasna zmieniłam nieco plany i skróciłam w myślach trening do godziny - słońce grzeje, pierwszy taki dzień w tym roku, nie mam ochoty siedzieć nie wiadomo ile pod ziemią. Nagle... Brrrrum! Motocykl, odruch Pawłowa, odwracam głowę automatycznie i co? Ów kolega, do którego od rana chciałam się odezwać pognał w siną dal :) Żeby było fajnie tak przed południem - wjechałam w brązową, psią (najprawdopodobniej, chociaż kto wie) kupę.
Godzina na siłowni upłynęła szybko i efektownie, nie ma co się opierdalać. W krótkich spodenkach i bokserce mknęłam przez miasto na swoim kochanym Ursusie, lawirując wśród ludzi odzianych w puchowe kurty. Słońce dowaliło, wiatru brak, pięknie!
Plan był taki - robię rundkę po Stare Miasto i Muranów, wracam do domu coś wszamać i ruszam do Rafała do Kazoory wymienić damper, wydać pieniądze na nowe gripy, potem karczer i smarowanko. Wróciłam do domu, przypięłam NA CHWILĘ rower na klatce schodowej - chciałam zjeść dwie kanapki, wysikać się i jechać dalej. Zrobiłam to, co chciałam, spakowałam rzeczy do plecaka. Wychodzę. Ale chwila, gdzie jest klucz do blokady? Przeszukałam całe mieszkanie ze 3 razy. Kurna, może wypadł mi pod sklepem na Polu Mokotowskim? Fak, fak, fak! Po półgodzinnych, bezowocnych poszukiwaniach podjęłam decyzję, że przejadę się pod ów sklep i zobaczę, czy kluczyk tam nie leży gdzieś na trawie... Kiedy wychodziłam z domu - pogoda piękna, słońce, jakieś tam obłoczki. Doszłam do metra, wsiadłam, przejechałam 2 stacje, wychodzę... Deszcz. Szare niebo, zasnute ciężkimi chmurami. Dzielnie pomaszerowałam pod sklep, jednak zguby nie znalazłam. Wróciłam do metra, wsiadłam, przejechałam 2 stacje, wychodzę... Deszcz kropi. Błyska i grzmi, zajebiście! Kocham burzę! Twarda ze mnie sztuka, więc zamiast poczekać pod wiatą na autobus poszłam do domu piechotą. Zaczęło lodowato wiać, do tego doszedł grad, który zrobił mi skuteczny peeling twarzy i głowy ;) Do chałupy doszłam dosłownie cała mokra. W butach miałam małe jeziorka. Chlup, chlup, chlup. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzję nie jadąc na otwarcie sezonu. Przez głowę przemknęła mi tylko myśl - kurde, co teraz? Nie zostawię na noc Ursusa na klatce schodowej. Muszę wytrzasnąć jakiegoś drwala z siekierą lub chociażby z brzeszczotem czy czymś takim. Weszłam do domu, od razu zrzuciłam z siebie przemoczone ciuchy. I... tak. Tak właśnie. Kluczyk leżał pod biurkiem i śmiał się ze mnie, mały skurczybyk. Dostałam ataku histerycznego śmiechu... :D Cała Koti, cała ja. Ale co tam, przygoda! Więc zastanawiam się, czy jeszcze nie wyjść na rower, jednak po wczorajszych wojażach zachciało mi się również błotnika rowerowego. Takowego jeszcze nie mam, a jazda z - za przeproszeniem - brudnym i mokrym rowem jest męcząca.
Czekam na dalszy ciąg dzisiejszego dnia. Założę się, że nadal będzie ciekawie ;)
Z innych spraw: w poniedziałek miałam pierwszą samodzielną jazdę motocyklem (wraz z w/w kumplem od enduraczka). Doszłam również do wniosku, że wcale nie muszę wszystkiego rozumieć. Np tego, dlaczego mam w brzuchu motyle. Grunt, że jest mi z tym zajebiście :3
Zaś w kwestii muzyki - Dave McPherson solo, a także z InMe. Odkrycie tego półrocza. Jak na ironię miałam chyba tego nie odkryć (historia nie warta wspomnienia, niemniej radosna na swój sposób), więc kilka jego kawałków katuję w kółko. Czytając tekst do tego poniższego szeroki uśmiech po raz kolejny wystąpił na mojej mordzie. Jak łatwo wszystko poprzekręcać :)
środa, 3 kwietnia 2013
Wstałam wcześniej, żeby skończyć zlecenie. W godzinę się wyrobię. Ostatnio wstawanie wcześniej całkiem nieźle mi idzie. 'Katuję się' na siłowni - tzn. tak bardzo weszła mi ona przez miesiąc w krew, że dzień bez większej dawki ruchu jest jakiś dziwny. Po co? Nie chcę chudnąć, nie mam określonego celu. Siłka = relaks, zrzucenie nadmiaru energii, no i zajebiście macać brzuch czy nogi i czuć zmianę konsystencji z budyniu w - nie przesadzając - kamień.
Nieunikniona jest jednak w tej chwili utrata wagi. Moje ciało przeszło na dietę, a raczej utrzymuje ścisły post. Może i czasem poczuję burczenie w brzuchu, ale teraz jest tam jeszcze coś. A jak już nawet nieco zgłodnieję.... i zajrzę do lodówki.... i powącham jedzenie.... odechciewa mi się. No odechciewa się i już! Co mam zrobić? I tak wmuszam w siebie już śniadania, żeby być na chodzie. Chociaż energia z kalorii zawartych w jedzeniu nie jest mi potrzebna. Mam inne doładowanie. Jak to na mnie przystało raz na jakiś czas wpadam w ten dziwny stan. Tak, brawo! Zakochałam się po uszy. Moje obawy pt 'czy jeszcze kiedyś się zakocham?' oraz wstręt do męskiego dotyku (nie tylko erotycznego, ale ogólnie) prysły precz. Tak jak zły dotyk boli przez całe życie (chociaż..? fuck it, nie i już!), tak dobry potrafi naprodukować tyle serotoniny i endorfin, że mogłabym spokojnie wysłać część swojej nadprodukcji na eksport. Chodzę z bananem na ryju i myślę pozytywnie! Jako że ostatnio staram się trzymać tego schematu, żeby ściągać różne wydarzenia myślami (a to działa, i to zajebiście), to i w tym przypadku zamierzam trzymać się tej strategii. Ale, Jezusiku słodki, straciłam głowę.
Pod wpływem dwóch seriali, mianowicie 'Gry o Tron' oraz 'Wikingów' wpadłam na genialny pomysł pojechania na Festiwal Wikingów i Słowian w Wolinie w celu poszukiwania idealnego męża. Podzieliłam się tym pomysłem z siostrą i jej mężczyzną, na co ów skwitował 'a nie wolisz na Gotlandię?' i dodał, że tam odbywa się tydzień średniowieczny. Więc oboje byli się wkopali. Jednak jakie to ma teraz znaczenie? No jakie? Wiosna, wiooooosna! Kocham ten stan. Chociaż wielki włochaty Wiking (już nie musi być Szwed - postęp, ale nadal Skandynaw) zawsze cieszy moje oko.
Wracam do Delmy.
Oddaję głos do studia!
Nieunikniona jest jednak w tej chwili utrata wagi. Moje ciało przeszło na dietę, a raczej utrzymuje ścisły post. Może i czasem poczuję burczenie w brzuchu, ale teraz jest tam jeszcze coś. A jak już nawet nieco zgłodnieję.... i zajrzę do lodówki.... i powącham jedzenie.... odechciewa mi się. No odechciewa się i już! Co mam zrobić? I tak wmuszam w siebie już śniadania, żeby być na chodzie. Chociaż energia z kalorii zawartych w jedzeniu nie jest mi potrzebna. Mam inne doładowanie. Jak to na mnie przystało raz na jakiś czas wpadam w ten dziwny stan. Tak, brawo! Zakochałam się po uszy. Moje obawy pt 'czy jeszcze kiedyś się zakocham?' oraz wstręt do męskiego dotyku (nie tylko erotycznego, ale ogólnie) prysły precz. Tak jak zły dotyk boli przez całe życie (chociaż..? fuck it, nie i już!), tak dobry potrafi naprodukować tyle serotoniny i endorfin, że mogłabym spokojnie wysłać część swojej nadprodukcji na eksport. Chodzę z bananem na ryju i myślę pozytywnie! Jako że ostatnio staram się trzymać tego schematu, żeby ściągać różne wydarzenia myślami (a to działa, i to zajebiście), to i w tym przypadku zamierzam trzymać się tej strategii. Ale, Jezusiku słodki, straciłam głowę.
Pod wpływem dwóch seriali, mianowicie 'Gry o Tron' oraz 'Wikingów' wpadłam na genialny pomysł pojechania na Festiwal Wikingów i Słowian w Wolinie w celu poszukiwania idealnego męża. Podzieliłam się tym pomysłem z siostrą i jej mężczyzną, na co ów skwitował 'a nie wolisz na Gotlandię?' i dodał, że tam odbywa się tydzień średniowieczny. Więc oboje byli się wkopali. Jednak jakie to ma teraz znaczenie? No jakie? Wiosna, wiooooosna! Kocham ten stan. Chociaż wielki włochaty Wiking (już nie musi być Szwed - postęp, ale nadal Skandynaw) zawsze cieszy moje oko.
Wracam do Delmy.
Oddaję głos do studia!
środa, 27 lutego 2013
Po pierwsze - przypomniałam sobie, czemu nie lubię siłowni. I przypomniałam również, czemu siłownię lubię :3
Nie lubię - ze względu na klimat, gdy jest masa osób i do konkretnych maszyn czeka się miliard godzin. Ale nic to, wyjebane.
Lubię - ze względu na jednego właściciela pięknej brody o inteligentnym wyrazie pyska. Miły akcent wizualny. A, no i można spalić wcześniej upieczone i pożarte ciasto. I energię też z siebie wyrzucić. No, więcej plusów. Chociaż to i tak nie to samo co rower.
Dzisiaj też przeszłam samą siebie. Wstawiając pranie do komory na płyn do prania wlałam płyn do płukania i odwrotnie. Potem wywaliłam na siebie sałatkę. Rewelacja.
Poza tym zmieniam pracę. Niestety moja pracodawczyni sama straciła swoją posadę (nie tak niestety - dla niej na pewno dobrze, dziewczyna odżyła), więc efekt domina poszedł w ruch. Ale po dwóch dniach dostałam bardzo dobrą ofertę. Jedyny mankament jest taki, że praca dopiero od połowy czerwca. Ale co tam, dam radę ;)
Kurwa, chciałam popisać trochę więcej. Ale oczy mi się zamykają.
Nie lubię - ze względu na klimat, gdy jest masa osób i do konkretnych maszyn czeka się miliard godzin. Ale nic to, wyjebane.
Lubię - ze względu na jednego właściciela pięknej brody o inteligentnym wyrazie pyska. Miły akcent wizualny. A, no i można spalić wcześniej upieczone i pożarte ciasto. I energię też z siebie wyrzucić. No, więcej plusów. Chociaż to i tak nie to samo co rower.
Dzisiaj też przeszłam samą siebie. Wstawiając pranie do komory na płyn do prania wlałam płyn do płukania i odwrotnie. Potem wywaliłam na siebie sałatkę. Rewelacja.
Poza tym zmieniam pracę. Niestety moja pracodawczyni sama straciła swoją posadę (nie tak niestety - dla niej na pewno dobrze, dziewczyna odżyła), więc efekt domina poszedł w ruch. Ale po dwóch dniach dostałam bardzo dobrą ofertę. Jedyny mankament jest taki, że praca dopiero od połowy czerwca. Ale co tam, dam radę ;)
Kurwa, chciałam popisać trochę więcej. Ale oczy mi się zamykają.
niedziela, 3 lutego 2013
O losie....
3,5h sprzątania i ogarniania ciuchów. Dlaczego? Przejęłam po znajomej komodę oraz przeuroczą szafę. Dobrałam się więc do całych moich ubraniowych zasobów i zrobiłam selekcję. Dwie ogromne torby ciuchów czekają na najbliższą edycję Uwolnij Łacha. Do tego karton i torba śmieci. Ale jest bardzo fajnie i nie ma takiego pierdolnika w końcu. Będzie cieplej - podłoga i malowanie ścian. W ogóle tydzień temu po raz pierwszy w życiu rozłożyłam (oraz w ogóle zobaczyłam rozłożony) stół w kuchni. Do głowy wbiło mi się tylko to, że jest tam czerwony prostokąt na ścianie. Gdzieś tam w podświadomości wiedziałam, że to rozkładany stół. W końcu się przydał! Po 25 latach nieużytkowania... Niesamowite. Idealny na parowar i do robienia sałatek. Seksu się na nim jednak uprawiać nie da, nawet nie chcę próbować. Jeszcze się człowiek połamie i klops!
I dzisiaj tak na sto pro doceniłam mieszkanie samej. Kocham mieszkać sama. Kocham kłaść się sama do wielkiego wyra, w którym mogę się rozwalić jak chcę. Moje rzeczy leżą tam gdzie chcę i nikomu nie przeszkadzają, nikt ich nie przestawia. Podoba mi się to. Podoba mi się moje mieszkanie i klimat, jaki w nim panuje. To, że udało mi się tchnąć w nie trochę mojego ducha i chaosu.
3,5h sprzątania i ogarniania ciuchów. Dlaczego? Przejęłam po znajomej komodę oraz przeuroczą szafę. Dobrałam się więc do całych moich ubraniowych zasobów i zrobiłam selekcję. Dwie ogromne torby ciuchów czekają na najbliższą edycję Uwolnij Łacha. Do tego karton i torba śmieci. Ale jest bardzo fajnie i nie ma takiego pierdolnika w końcu. Będzie cieplej - podłoga i malowanie ścian. W ogóle tydzień temu po raz pierwszy w życiu rozłożyłam (oraz w ogóle zobaczyłam rozłożony) stół w kuchni. Do głowy wbiło mi się tylko to, że jest tam czerwony prostokąt na ścianie. Gdzieś tam w podświadomości wiedziałam, że to rozkładany stół. W końcu się przydał! Po 25 latach nieużytkowania... Niesamowite. Idealny na parowar i do robienia sałatek. Seksu się na nim jednak uprawiać nie da, nawet nie chcę próbować. Jeszcze się człowiek połamie i klops!
I dzisiaj tak na sto pro doceniłam mieszkanie samej. Kocham mieszkać sama. Kocham kłaść się sama do wielkiego wyra, w którym mogę się rozwalić jak chcę. Moje rzeczy leżą tam gdzie chcę i nikomu nie przeszkadzają, nikt ich nie przestawia. Podoba mi się to. Podoba mi się moje mieszkanie i klimat, jaki w nim panuje. To, że udało mi się tchnąć w nie trochę mojego ducha i chaosu.
wtorek, 29 stycznia 2013
Jakiś czas już chodzi za mną rozkmina na temat dziewcząt zwanych potocznie 'puszczalskimi'.
Od tego obrazka się zaczęło. Sugeruje on dość bezpośrednio, że dziewczyna lubiąca seks i mająca wielu partnerów pozbawiona jest wartości jakichkolwiek. Inaczej ma się sprawa jeśli chodzi o mężczyznę - ten wychwalany jest pod niebiosa!
I wkurwia mnie to. Sama co prawda nie należę do tej grupy lasek, ale wyobrażam sobie, że takie istnieją - lubi seks, nie chce mieć chłopaka z jakiegoś tam względu, ma kilku 'kolegów', z którymi łazi do łóżka. Albo nawet bzyka się na imprezie z byle kim, bez zabezpieczenia - mniejsza o to. W czym rzecz? Po prostu nie kumam. Jeśli jest jej z tym dobrze, to czemu wpieprzać nos w nie swoje sprawy?
Co innego facet. Tak. Ten ma przecież zakodowane, żeby przekazywać geny dalej. Wspaniale - obok wybujałego libido jest to przecież znaczący argument. I co? I taki koleś też idzie na imprezę i zalicza panienkę. Taką panienkę, którą kwadrans później nazwie 'puszczalską'.
Szczyt pieprzonej hipokryzji. W skrócie - facet (z nudów, kompleksu 'małego' czy cokolwiek) nadaje na łatwe laski, jak to one się nie szanują i w ogóle jakie są be, przy czym sam nie jest lepszy - zalicza nie tylko dziewczyny, którym mydli oczy obietnicami, ale również takie 'dupodajki'. Po czym znowu jest zbulwersowany, jak one mogą tak robić. Panowie, kurwa mać! Jak wam takie dziewczyny nie pasują to trzymajcie się od nich z daleka. Poczuliście powołanie, żeby je nawracać czy co? Sami lepsi nie jesteście.
Kobieta, wbrew temu co się utarło ('boli mnie głowa') też ma swoje potrzeby, a jak chodzi niezaspokojona często wyłazi z niej najprawdziwsza jędza. Przy czym nie każda marzy o tym, żeby wieść sobie przytulne, milutkie życie z chłopakiem - nie, sporo jest niezależnych babek skupionych na innych rzeczach, niż faceci. I dobrze. W dodatku mamy naprawdę marny wybór w Polsce jeśli chodzi o mężczyzn, ale to inna bajka.
Jeszcze się zastanawiam, ilu przedstawicieli płci brzydszej w moim otoczeniu wyznaje pogląd, że zgwałcona laska sama sobie jest winna. Przecież na pewno prowokowała - strojem, zachowaniem.
Podsumowując - litości...
Za to otuchy dodaje co innego. Jednak niektórzy mają między uszami coś innego niż sznurek: 'będę po pracy. posprzątam Ci mieszkanko, zrobię zakupy i naprawię rower'
Da się? Da.
Od tego obrazka się zaczęło. Sugeruje on dość bezpośrednio, że dziewczyna lubiąca seks i mająca wielu partnerów pozbawiona jest wartości jakichkolwiek. Inaczej ma się sprawa jeśli chodzi o mężczyznę - ten wychwalany jest pod niebiosa!
I wkurwia mnie to. Sama co prawda nie należę do tej grupy lasek, ale wyobrażam sobie, że takie istnieją - lubi seks, nie chce mieć chłopaka z jakiegoś tam względu, ma kilku 'kolegów', z którymi łazi do łóżka. Albo nawet bzyka się na imprezie z byle kim, bez zabezpieczenia - mniejsza o to. W czym rzecz? Po prostu nie kumam. Jeśli jest jej z tym dobrze, to czemu wpieprzać nos w nie swoje sprawy?
Co innego facet. Tak. Ten ma przecież zakodowane, żeby przekazywać geny dalej. Wspaniale - obok wybujałego libido jest to przecież znaczący argument. I co? I taki koleś też idzie na imprezę i zalicza panienkę. Taką panienkę, którą kwadrans później nazwie 'puszczalską'.
Szczyt pieprzonej hipokryzji. W skrócie - facet (z nudów, kompleksu 'małego' czy cokolwiek) nadaje na łatwe laski, jak to one się nie szanują i w ogóle jakie są be, przy czym sam nie jest lepszy - zalicza nie tylko dziewczyny, którym mydli oczy obietnicami, ale również takie 'dupodajki'. Po czym znowu jest zbulwersowany, jak one mogą tak robić. Panowie, kurwa mać! Jak wam takie dziewczyny nie pasują to trzymajcie się od nich z daleka. Poczuliście powołanie, żeby je nawracać czy co? Sami lepsi nie jesteście.
Kobieta, wbrew temu co się utarło ('boli mnie głowa') też ma swoje potrzeby, a jak chodzi niezaspokojona często wyłazi z niej najprawdziwsza jędza. Przy czym nie każda marzy o tym, żeby wieść sobie przytulne, milutkie życie z chłopakiem - nie, sporo jest niezależnych babek skupionych na innych rzeczach, niż faceci. I dobrze. W dodatku mamy naprawdę marny wybór w Polsce jeśli chodzi o mężczyzn, ale to inna bajka.
Jeszcze się zastanawiam, ilu przedstawicieli płci brzydszej w moim otoczeniu wyznaje pogląd, że zgwałcona laska sama sobie jest winna. Przecież na pewno prowokowała - strojem, zachowaniem.
Podsumowując - litości...
Za to otuchy dodaje co innego. Jednak niektórzy mają między uszami coś innego niż sznurek: 'będę po pracy. posprzątam Ci mieszkanko, zrobię zakupy i naprawię rower'
Da się? Da.
niedziela, 27 stycznia 2013
Niedziela. Upragniony dzień. Pierwsza od mniej więcej pięciu miesięcy próba. A trzecia w moim niespełna ćwierćwiecznym życiu. Jedna na tydzień, ale porządna, długa, owocna i długo wyczekiwana. To niesamowite - w domu nawet nie bardzo chce mi się wydrzeć japiszona, a kiedy przyjeżdżam do sali jest zupełnie inaczej. Trochę czasu schodzi mi na rozgrzewkę. A potem ćwiczę. I jest super :D I tak co tydzień. I mooooże coś z tego będzie, jak bozia pozwoli. W każdym razie przyrzekam rzeszom moich wiernych fanów, którzy zaglądają tu na pewno kilka razy dziennie - nawet kiedy będę celebrytką nie przestanę dla was pisać! :P
Poniedziałek. Odkryłam, że nie jestem sama. Mam dziewczynę. Z moją wieloletnią przyjaciółką miałyśmy małą wymianę argumentów (kiedyś to się nazywało kłótnią), po czym kiedy już ochłonęłyśmy powiedziałyśmy sobie wzajemnie parę rzeczy - i wtedy to się stało. To wyglądało jak kłótnia i słodkie pogodzenie się starego dobrego małżeństwa. I tak. Mam dziewczynę. Asiu, lofcjam Cjem. 4evor.
Wtorek zjadło. Ach. Doszłam do wniosku, że moja kołdra jest za wąska na dwie osoby.
Środa. Haha! Pełna werwy, optymizmu i wiary w sprawiedliwość stawiłam się w sądzie. Razem z siostrą. Sędzia przemaglował mnie na lewą stronę (oczywiście mówiłam do niego z rozpędu per 'pan', a mało brakowało, a walnęłabym 'no coś Ty'), z sali wyszłam chwiejnym krokiem, w barwach biało-czerwono-zielonych na twarzy. A to jeszcze nie koniec. W dodatku spółdzielnia, część mojego ukochanego miasta, założyła już przeciwko mnie sprawę o eksmisję. Świetnie! Świetnie mi się żyje w państwie polskim. Rewelacyjnie. Menelstwo zachlane ma dach nad głową, mogą sobie być zadłużeni, przechlewać kasę i szczać na drzwi wejściowe. Mieszkam tu od urodzenia i chcą mnie wywalić. Ech, szkoda gadać. Ale nie dam się. Na pocieszenie kołdra. I poszewka nawet. Dla Kluski pluszowy Szczurkoś (i kocimiętka), a dla brzuszka czekolada (tak dla odmiany). Zwieńczeniem dnia był wieczór z Farfałkiem, który to jeszcze brody nie zgolił (co pozytywnie wpływa na jego aparycję) oraz YouTube party z tymże kompanem. Cotygodniowe schadzki to już rytuał. Bardzo pomocny w utrzymaniu równowagi psychicznej w ciągu tygodnia.
Czwartek też zjadło, ale za to
Piątek był owocny. Spotkania towarzyskie kwitną. Najpierw siostra (która w drodze na rehabilitację ręki wywaliła się na schodach i zrobiła sobie coś z kostką, kocham!), kupno paczki glonów za 5zł (mniam) i za dużo spaghetti, po którym miałam brzuch napchany jak w 13. miesiącu ciąży. A potem, po miesiącu - Kama! Tak! W końcu. Proszę państwa, co za spotkanie. Przez te kilka lat od kiedy się poznałyśmy zachodzi w niej niesamowita metamorfoza i aż miło popatrzeć, jak się dziewczyna rozwija. Śliczna, oczytana, inteligentna. Lubi siedzieć w kuchni. I ma w domu dużo książek oczywiście. Hmm... Może zerwę z Aśką i zacznę kręcić z Kamą? A może trójkąt?
Nawet przeszło mi przez myśl, żeby skomentować piątkowe głosowanie na temat związków partnerskich, ale straciłam już cierpliwość. I ochotę na śledzenie polityki i tego typu podobnych wydarzeń. Po prostu chce mi się od tego rzygać, nerwy nie wytrzymują. Wolę pisać o czym innym. O lasach zielonych, rzekach mokrych, zwierzątkach, rowerkach, motorkach etc. A nie o gadających głowach.
Z resztą już niedługo. Zasiądę dumnie na pozycji Plecaka i z tej perspektywy świat będę oglądać. Doczekać się nie mogę. Potem sama będę Panią Kierowniczką.
Dzisiaj z piżamy wyskoczyła dopiero koło 14.30. Żeby pozory zachować. Gluty są lekkie i gardło nieco boli, więc niańczenie weekendowe odpadło. W ubraniu pozostałam niecałą godzinę, potem znowu wskoczyłam w piżamkę. Cały dzień w łóżku.
Jeszcze trochę i kwiaciarnię będę mogła otworzyć. Styczeń się jeszcze nie skończył, a już trzeci raz kwiaty w tym miesiącu dostałam. Nie może być! Świat zwariował.
Poniedziałek. Odkryłam, że nie jestem sama. Mam dziewczynę. Z moją wieloletnią przyjaciółką miałyśmy małą wymianę argumentów (kiedyś to się nazywało kłótnią), po czym kiedy już ochłonęłyśmy powiedziałyśmy sobie wzajemnie parę rzeczy - i wtedy to się stało. To wyglądało jak kłótnia i słodkie pogodzenie się starego dobrego małżeństwa. I tak. Mam dziewczynę. Asiu, lofcjam Cjem. 4evor.
Wtorek zjadło. Ach. Doszłam do wniosku, że moja kołdra jest za wąska na dwie osoby.
Środa. Haha! Pełna werwy, optymizmu i wiary w sprawiedliwość stawiłam się w sądzie. Razem z siostrą. Sędzia przemaglował mnie na lewą stronę (oczywiście mówiłam do niego z rozpędu per 'pan', a mało brakowało, a walnęłabym 'no coś Ty'), z sali wyszłam chwiejnym krokiem, w barwach biało-czerwono-zielonych na twarzy. A to jeszcze nie koniec. W dodatku spółdzielnia, część mojego ukochanego miasta, założyła już przeciwko mnie sprawę o eksmisję. Świetnie! Świetnie mi się żyje w państwie polskim. Rewelacyjnie. Menelstwo zachlane ma dach nad głową, mogą sobie być zadłużeni, przechlewać kasę i szczać na drzwi wejściowe. Mieszkam tu od urodzenia i chcą mnie wywalić. Ech, szkoda gadać. Ale nie dam się. Na pocieszenie kołdra. I poszewka nawet. Dla Kluski pluszowy Szczurkoś (i kocimiętka), a dla brzuszka czekolada (tak dla odmiany). Zwieńczeniem dnia był wieczór z Farfałkiem, który to jeszcze brody nie zgolił (co pozytywnie wpływa na jego aparycję) oraz YouTube party z tymże kompanem. Cotygodniowe schadzki to już rytuał. Bardzo pomocny w utrzymaniu równowagi psychicznej w ciągu tygodnia.
Czwartek też zjadło, ale za to
Piątek był owocny. Spotkania towarzyskie kwitną. Najpierw siostra (która w drodze na rehabilitację ręki wywaliła się na schodach i zrobiła sobie coś z kostką, kocham!), kupno paczki glonów za 5zł (mniam) i za dużo spaghetti, po którym miałam brzuch napchany jak w 13. miesiącu ciąży. A potem, po miesiącu - Kama! Tak! W końcu. Proszę państwa, co za spotkanie. Przez te kilka lat od kiedy się poznałyśmy zachodzi w niej niesamowita metamorfoza i aż miło popatrzeć, jak się dziewczyna rozwija. Śliczna, oczytana, inteligentna. Lubi siedzieć w kuchni. I ma w domu dużo książek oczywiście. Hmm... Może zerwę z Aśką i zacznę kręcić z Kamą? A może trójkąt?
Nawet przeszło mi przez myśl, żeby skomentować piątkowe głosowanie na temat związków partnerskich, ale straciłam już cierpliwość. I ochotę na śledzenie polityki i tego typu podobnych wydarzeń. Po prostu chce mi się od tego rzygać, nerwy nie wytrzymują. Wolę pisać o czym innym. O lasach zielonych, rzekach mokrych, zwierzątkach, rowerkach, motorkach etc. A nie o gadających głowach.
Z resztą już niedługo. Zasiądę dumnie na pozycji Plecaka i z tej perspektywy świat będę oglądać. Doczekać się nie mogę. Potem sama będę Panią Kierowniczką.
Dzisiaj z piżamy wyskoczyła dopiero koło 14.30. Żeby pozory zachować. Gluty są lekkie i gardło nieco boli, więc niańczenie weekendowe odpadło. W ubraniu pozostałam niecałą godzinę, potem znowu wskoczyłam w piżamkę. Cały dzień w łóżku.
Jeszcze trochę i kwiaciarnię będę mogła otworzyć. Styczeń się jeszcze nie skończył, a już trzeci raz kwiaty w tym miesiącu dostałam. Nie może być! Świat zwariował.
wtorek, 15 stycznia 2013
Właśnie się zastanawiam, jak daleko może sięgnąć autocenzura. Są rzeczy,
które mam ochotę wykrzyczeć, wyśpiewać, po prostu wyrzucić z siebie w
czysto ekshibicjonistyczny sposób. To sprawy pozytywne i negatywne.
Negatywnych nie tykam w ogóle, bo po co. Pranie jakichkolwiek brudów na
forum publicznym? Nie. Ale w sumie - czemu nie? Jeśli coś zalega mi na
wątrobie i jest szczere? Komuś mogłoby być przykro. To nieeleganckie. A
pozytywy? A jeśli rzygam tęczą i nie jestem w stanie sama ze sobą
wytrzymać, bo to męczące? Hm.
Miałam wyjść z domu. Miałam spotkać się z MOJĄ PRZYJACIÓŁKĄ KAMILĄ eŁ, ale przełożyła nasze randez vous. W takim wypadku zabrałam się z zapałem za szukanie zapasowych gumowych nakładek na słuchawki, gdyż jedna taka nakłada ze słuchawki spadła i raczyła się gdzieś zapodziać, doprowadzając mnie tym samym do rozpaczy życia bez muzyki w ciągu dnia. Przeraziła mnie ilość śmieci oraz zaginionych-odnalezionych rzeczy, jakie znalazłam w torbach, a także masa śmieci :3 Gumek nie znalazłam oczywiście. Za to mogłabym otworzyć stragan z (nieużywanymi oczywiście) tamponami. Mam ich zapas na dobre pół roku :P Ale muszę szukać dalej. Mam dzisiaj na to czas.
Mój Najukochańszy przeszedł metamorfozę. Lekką - ale zawsze. Wprawne ręce jednej z dwóch osób, które mogą prócz mnie dotykać najbliższej mi istoty odwaliły kawał dobrej roboty tuningując nieco obręcze, wymieniając znienawidzone opony z wentylem rowerowym na takie z wentylem samochodowym (koniec jebania się z przejściówką), zmieniając opony (po czym akurat musiał spaść śnieg...) i inne drobne, acz znaczne pierdółki. Wczesną wiosną malowanko na oczojebne kolorki, a na dniach serwis przedniego amorka. Cierpię wielce, gdyż czasu braknie na codzienne jazdy :( Frustracja. Przynajmniej do i z pracy jeżdżę z moim Ukochanym.
Dnia 7.I zważyłam się. Ku mojemu zaskoczeniu zeszło mi 2kg, chociaż spodni na nogi wcisnąć nie mogę. I tym razem jestem pewna, że to mięśnie :P Teraz zaczęłam 'normalnie' jeść (pół litra lodów na kolację etc), ale na szczęście w wadze siadły baterie i nie sprawdzę, ile mój zacny tyłek waży po tygodniu. Bardzo dobrze.
I rzygam tęczą dalej niż widzę (Aśka, wybacz). Taka prawda. Nie chcę czuć się winna za to, że jestem szczęśliwa. A jestem i to bardzo. Jeszcze bardziej będę w przyszłą środę jak wyjdę z sądu, a sprawa zakończy się pomyślnie :P
Miałam wyjść z domu. Miałam spotkać się z MOJĄ PRZYJACIÓŁKĄ KAMILĄ eŁ, ale przełożyła nasze randez vous. W takim wypadku zabrałam się z zapałem za szukanie zapasowych gumowych nakładek na słuchawki, gdyż jedna taka nakłada ze słuchawki spadła i raczyła się gdzieś zapodziać, doprowadzając mnie tym samym do rozpaczy życia bez muzyki w ciągu dnia. Przeraziła mnie ilość śmieci oraz zaginionych-odnalezionych rzeczy, jakie znalazłam w torbach, a także masa śmieci :3 Gumek nie znalazłam oczywiście. Za to mogłabym otworzyć stragan z (nieużywanymi oczywiście) tamponami. Mam ich zapas na dobre pół roku :P Ale muszę szukać dalej. Mam dzisiaj na to czas.
Mój Najukochańszy przeszedł metamorfozę. Lekką - ale zawsze. Wprawne ręce jednej z dwóch osób, które mogą prócz mnie dotykać najbliższej mi istoty odwaliły kawał dobrej roboty tuningując nieco obręcze, wymieniając znienawidzone opony z wentylem rowerowym na takie z wentylem samochodowym (koniec jebania się z przejściówką), zmieniając opony (po czym akurat musiał spaść śnieg...) i inne drobne, acz znaczne pierdółki. Wczesną wiosną malowanko na oczojebne kolorki, a na dniach serwis przedniego amorka. Cierpię wielce, gdyż czasu braknie na codzienne jazdy :( Frustracja. Przynajmniej do i z pracy jeżdżę z moim Ukochanym.
Dnia 7.I zważyłam się. Ku mojemu zaskoczeniu zeszło mi 2kg, chociaż spodni na nogi wcisnąć nie mogę. I tym razem jestem pewna, że to mięśnie :P Teraz zaczęłam 'normalnie' jeść (pół litra lodów na kolację etc), ale na szczęście w wadze siadły baterie i nie sprawdzę, ile mój zacny tyłek waży po tygodniu. Bardzo dobrze.
I rzygam tęczą dalej niż widzę (Aśka, wybacz). Taka prawda. Nie chcę czuć się winna za to, że jestem szczęśliwa. A jestem i to bardzo. Jeszcze bardziej będę w przyszłą środę jak wyjdę z sądu, a sprawa zakończy się pomyślnie :P
I nutson na dzisiaj :3
Subskrybuj:
Posty (Atom)