wtorek, 30 kwietnia 2013

Kilka dni później. Bogatsza o nowe olśnienia.

Zaczęło się od nieodpartej chęci zjedzenia frytek w środku nocy. Ale jeszcze wcześniej.

Po piątkowej potańcówce wróciłam do domu około 4.30, miałam 10 minut na spakowanie siebie i kota, done! Autobus przyjechał po bagaż, a ja wzięłam swoją miłość dwukołową i postawiłam na metro. Podjechać chciałam te kilka stacji, bo uznałam, że sił nie starczy... A jednak! Metro jakimś dziwnym trafem ominęłam i dojechałam na Stokłosy o własnych siłach. O 6.05 siedziałam na balkonie i jadłam śniadanie zastanawiając się, czy w ogóle iść spać. Poszłam - na kilka godzin.

Popołudniu wpadła Zuza ze swoim nowym cackiem, pięknym i w ogóle och ach! A żeby moje czerwone nie czuło się urażone zdemontowałam mu koła i wsadziłam do wanny. Godzina ze szczoteczką do zębów i płynem do naczyń! I zobaczyłam, że zęby i łańcuch nie są oryginalnie czarne. Wanna lekko ucierpiała, ale kto by się tym przejmował...

W nocy naszła mnie nieodparta ochota na frytki. Wsiadłam więc na rower i dość okrężną drogą pojechałam do Tesco (gdzie oprócz frytek kupiłam też blok techniczny z hello kitty i flamastry), wracając przewiało mnie i nieco zmokłam. Nietrudno się domyślić, jak to się skończyło. Rano obudziłam się z gorączką, katarem i totalnym połamaniem kości i mięśni. W domu nie znalazłam żadnych chemicznych medykamentów, do których chciałam się uciec w chwilach zwątpienia, a do sklepu po prostu nie miałam siły wyjść. Został mi więc napar lipowy, czosnek i kołdra. Na dobranoc naoglądałam się programów motoryzacyjnych, więc podczas 5h, które spędziłam na przewalaniu się z boku na bok i zwalczaniu gorączki (było mi zimno w ciuchach i pod kołdrą) poprawiałam sobie humorek myślą o wyścigach, dźwięku silników oraz pracą w warsztacie :3 I udało się! Około 3.00 ocknęłam się już bez temperatury, dumna z siebie bardzo :D

Ale. Jako sposób na ogrzanie się lub też ochłodzenie wybrałam zalanie się wodą w wannie. Zwykle dolewam +/- litr płynu do kąpieli, żeby pachniało, była piana i takie tam bajery, ale nie tym razem. I odkryłam zabawę życia. Otóż włoski znajdujące się wszędzie na ciele 'przytrzymały' maluśkie bąbelki powietrza, które - zgarnięte z ciała pod wodą - wydostając się na powierzchnię wyglądają czadowo. A przynajmniej dają taki efekt przy jakichś 39 stopniach gorączki.

Rzecz jasna nie miałam też w takim stanie na tyle światłego umysłu, by czytać czy przyswajać wiedzę wyższą (choć zagłębiam obecnie tajniki działania wszelkiego rodzaju silników, tak kobieco...), zajmowałam więc dogodne pozycje przed YT i TV :P Obejrzałam chyba wszystko co dostępne Limo i Gizy, a potem doszłam do wniosku, że rzeczywiście jedynym słusznym kanałem (no, może nie jedynym-jedynym) jest Comedy Central.

Jednak z satysfakcją ogłaszam, że w ciągu dwóch dni wyszłam całkowicie na prostą i śmigam do pracy ;) Lubię być zdrowa! A jutro rower - lub raczej Dzień Ursusa. Rozkładanie go na części pierwsze pod czujnym okiem Zuzy i naczelnego gderacza.

piątek, 26 kwietnia 2013

No dobra. To teraz przyznam się do wszystkiego.

Otóż historia zaczyna się jakoś pod koniec lutego, kiedy to jeszcze chodziłam do Seana i Agnieszki. Poleciła mi książkę 'Pieniądze i Prawo Przyciągania'. Zawsze kręciła mnie tematyka parapsychologii i różnych pochodnych, nie do końca wytłumaczonych zjawisk (które są dementowane przez wszelkiego rodzaju naukowców i racjonalistów pod hasłem 'jesli czegoś nie da się wyjaśnić to znaczy, że to ściema' - ale spoko, ich prawo), więc zakupiłam ową książkę i z lekką dozą dystansu zabrałam się za lekturę.

Gwoli przypomnienia - przez cały marzec nie mogłam znaleźć pracy, kończyły mi się pieniądze i takie tak inne różne ciekawe rzeczy ;)

Mimo że tytuł zawiera 'pieniądze' tekst traktuje ogólnie o życiu i tym, czemu różne rzeczy się dzieją. A inne się raczej nie dzieją. Głównym założeniem Prawa Przyciągania jest to, że podobne przyciąga podobne. Czyli nie za bardzo można się bogacić jęcząc jednocześnie, że jest się biednym wszystko jest za drogie; nie można być zdrowym, kiedy na każdym kroku obawia się lżejszej lub poważniejszej choroby; nie można stworzyc satysfakcjonującego związku urągając, jacy to mężczyźni są idiotyczni (khem khem :3). No dobra, pomyślałam sobie, w sumie coś w tym jest. Nie będę streszczać wszystkiego, bo od czegoś mamy google, książki i e-booki.

Jak to się ma do dzisiejszego wpisu?
Otóż tak. Zaczęłam - zaznaczam, że nawet ja, pieprznięte dziecko kosmosu podeszłam do tego z rezerwą - dobierać myśli, we wszystkim widzieć pozytywne aspekty, a negatywne po prostu olewać. Wybrałam to, że chcę się dobrze czuć, mieć świetny nastrój. Hm, ale jak to, to tak można sobie wybrać? Otóż tak, można! Jak najkurwabardziej! Po pierwszych kilku dniach zauważyłam, że nic i nikt nie jest w stanie mnie zdenerwować. Potem zauważyłam, że w moim życiu przestały pojawiać się niemiłe sytuacje. Od miesiąca banan nie schodzi mi z ryja, zasypiam uśmiechnięta i wstaję uśmiechnięta :D

Oferty pracy posypały się lawinowo (ja odpowiedziałam tylko na jedno ogłoszenie, z którego dostałam odpowiedź i z miejsca mnie zatrudnili), to Rodzinki szukały i znalazły mnie. W tym dostałam ofertę nie do odrzucenia: jedna z Rodzin oferuje mi pracę przy ich dwuletnim synu, przy czym praca wymaga podróżowania z Rodzinką po Europie i USA. Czyli moje marzenie o podróżach się ziściło.
Poza tym mam mnóstwo czasu i robię to co chcę i to co robić kocham. Przy okazji z różnych źródeł pieniądze same do mnie napływają i wychodzę na finansową prostą, a to dopiero początek. Różni ludzie odzywają się do mnie w różnych sprawach, a to wszystko jest dla mnie inspiracją do działania.

To wszystko zawsze wokół mnie było, wiem. Jednak z jakichś względów nie dostrzegałam tego i nie wykorzystywałam okazji. To wszystko ma nieco wspolnego z filozofią Miej Wyjebane A Będzie Ci Dane, jednak nie do końca, bo nie chodzi o to, by mieć wyjebane, lecz na podstawie kontrastu dowiedzieć się, czego się nie chce i czego się chce, i skupić się tylko na tych chcianych aspektach. I one przyjdą.

Sądzę, że większość osób uzna to za pierdolenie, zbieg okoliczności lub pseudosekciarski bełkot, ale to ich sprawa :) Mnie jest tak cudownie z tym wszystkim, co już teraz wiem i co się w moim życiu sprawdza... Po prostu każdemu życzę, by odnalazł radość i spełniał swoje marzenia, to łatwiejsze, niż się wydaje.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Kilka spraw na szybko.

Praca lgnie do mnie jak muchy do lepu. Świetnie! Dzieciaki fajne, rodzice także :)

Pieniąchy również do mnie nadlatują z różnych stron, z czego również jestem zadowolona.

Kontakty towarzyskie na wysokich obrotach. Sobota była bardzo aktywna jak na moje standardy: odbiór kumpla z lotniska (kocham lotnisko!), koncert, a na deser impreza urodzinowa. W niedzielę brak kaca. Niesamowite i cudowne! ;D

W niedzielę również powrót z pracy Samochodem, Którego Staram Się Nie Zaślinić. Był krótki rajd, było bardziej bokiem, a ja jechałam z idiotycznym wyrazem twarzy i bananem na ryju całą drogę, uważając na ilość 'kurwa, jak zajebiście!' wyrzucanych z siebie pod wpływem silnych emocji. W końcu... Za dnia jestem nianią, po godzinach Szaloną Kotłownią. Nie wszyscy rodzice sobie z tym radzą ;)

Chciałam się też upewnić, że milczenie oznacza spławienie. Obiecałam sobie, że jeśli w zasięgu mojego wzroku pojawi się biała Africa Twin (która w sobotę zatoczyła bezczelnie majestatyczne kółko pod moim nosem) oraz samochód z rejestracją, w której skład będzie wchodzić '666' (wczoraj - 4 sztuki) zadzwonię do jegomościa. Zbierałam się jak sójka za morze i zadzwoniłam. Oczywiście nie odebrał, ale to nic! Nie o to chodzi! Chodzi o to, że ścisnęłam poślady i zadzwoniłam! Jestem z siebie zajebiście dumna :D A że nie odebrał.... To już jego bajka.

Robię karierę, trzepię kasę, wożę się amerykańskim samochodem, żyję w luksusie, a w czerwcu lecę z przystojnym Hiszpanem do Włoch :3 Po drodze na pewno wydarzy się wiele niesamowitych, pozytywnych rzeczy! :D

Życzę każdemu, kto czyta te słowa, żeby odnalazł radość w swoim życiu. To naprawdę proste i jeszcze bardziej zajebiste! Aloha!

piątek, 19 kwietnia 2013

Czwartek. Zapowiadał się naprawdę niepozornie. Chociaż...?

Poranne słońce złożyło propozycję nie do odrzucenia. Wzięłam Ursusa pod pachę, wpakowaliśmy się do metra i pojechaliśmy na Bielany do Prawnika. Prócz spraw służbowych odbyliśmy miłą jak zawsze pogawędkę i ruszyłam z powrotem do domu, już na kołach swojego ukochanego. Dobra, wiem, że po płaskim. Ale jazda i tak z mega frajdą. Chociaż miałam wrażenie, że cały czas jadę pod wiatr - nie ważne, w którą stronę. Pod wiatr i już. Ale... gorąco. Słońce. Śmiem powiedzieć, że momentami było mi aż 'za ciepło', chociaż mi chyba nigdy nie jest za ciepło.

W domu dopadła mnie siostra - zgubili klucze do mieszkania i muszą podpierdolić mój komplet. Jak to dobrze, że wcześniej ja podpierdoliłam je im :3 Tak samo jak do dwóch poprzednich mieszkań. Do tej pory gdzieś te klucze mam i nie kwapię się bynajmniej z ich zwrotem. Ciekawe, czy jeszcze by pasowały...

I... I tak. Pojechałam na Wilanów, wzięłam małego słodkiego smroda na spacer, przechadzałam się uliczkami pełnymi domów jednorodzinnych różnej maści. Jak na przedmieściach, fajny klimat. Skręciłam nawet w ulicę Królewicza Jakuba, której to nazwa rozbawiła mnie niemal do łez. I znalazłam dom. Chcę taki, chcę ten dom. Wygooglałam go potem (tzn chyba akurat ten), ma 13 pokoi, więc zamarzyło mi się, by go kupić i sprowadzić do niego wszystkich swoich przyjaciół i siostrę. Muszę tylko iść po wypłatę do totolotka ;)

Wróciłyśmy ze spaceru, pobawiłyśmy się. Miałam wyjść o 19.00. Na kilka minut przed tą godziną stanęłyśmy z Różą i Babcią na schodach przed domem. Słyszę ryk silnika. Z tych, które wywołują u mnie ślinotok. Babcia na to 'o, tatuś jedzie', a mojej głowie 'co kurwa?' i po kilku sekundach moim oczom ukazał się Dodge Challenger Srt8. Łagodnie rzecz ujmując - myślałam, że się posram. Piękne bydle, brzmienie jak z bajki. Ci, którzy mnie znają jakiś już czas mogą sobie swobodnie wyobrazić moją reakcję (ale nie muszą oczywiście, hyhyhy), jest podobna w przypadku przystojnej brody, czasem też popłaczę się ze wzruszenia, kiedy sprzed Tesco ruszy jakiś taki KTM. Typowe. W każdym razie ręce się trzęsą, głos drży, ślinię się, dużo gadam piskliwym głosem. Słowem - wymarzona opiekunka. Potem było jeszcze lepiej, gdyż Tata powiedział 'masz czas? przejedziemy się trochę'. Dostałam wypieków na twarzy. Zapakowaliśmy się do tego cuda i... Nie da się tego opisać. Coś niesamowitego! Oczywiście - o ile ktoś się takimi rzeczami jara. Od słowa do słowa wyszła na jaw moja warsztatowa przeszłość oraz to, że Tata ma dwie ulice ode mnie... swój serwis samochodowy. Dalsze logiczne rozumowanie jest proste. Za dnia niania, po godzinach siedzieć będę w smarach. Niesamowicie się to układa! W każdym razie zamiast o 19.00 wyszłam z pracy o 00.30 i pierwszy raz żałowałam (wybacz!), że wzięłam rower, gdyż na pytanie Taty 'czy Cię nie odwieźć?' musiałam odpowiedzieć 'nie, bo co z rowerem...', a tak zadałabym na dzielni szyku :3

Oczywiście z wrażenia nie mogłam długo zasnąć.

Dzisiaj również zacieśniałam swoje więzy z Różą. Pogoda nie dopisała aż tak jak wczoraj, jednak 15 stopni i mżawka to nie taka tragiczna mieszanka :) No dobra, może nie jest najlepsza kiedy nie ma się błotnika. Brudny rower i brudny rowek.

Obecnie pozdrawiam z Wilczej. Jest bardzo ciekawie. Przez 2,5h usypiałam Łucję (charakterek ma po mamusi), 15 razy pod rząd czytałam jej 'Lokomotywę'. Zasnęła na pół godziny. Obudziła się. Znowu śpi. Obudziła się i płacze. Śpi. Do dzieci trzeba mieć anieeeeeelską cierpliiiiwość... -_-"

Jutro:
- rozmowa o pracę
- odebrać Pawła z lotniska (trafię?)
- dom
- koncert
- 30. urodziny Fifka.
Klonować. Ale lubię, kiedy dużo się dzieje.

Acha, dziś jeszcze Wszechświat kolejną psotę mi sprawił. Rejestracja samochodowa, która ścigała mnie po Wilanowie. Fakje!

czwartek, 18 kwietnia 2013

Wczoraj.
Nie udało mi się wstać. Tzn wstałam! Tak, wstałam, jednak Kinia oznajmiła alarm Frankowy i zamiast latać z łopatą po DP pojechałam niańczyć dwulatka. Za dnia jest o wiele milszym chłopcem niż wieczorem :)

Potem wylądowałam oczywiście u Anety. Starała się usilnie uświadomić mi, że jest ZIMNO i strasznie WIEJE, i wyglądam jak debil w krótkich spodenkach i bokserce. Ale co ja poradzę, że jest mi ciepło? Wieczorem umówiłam się z Rafałem i... Zuzą, mieliśmy się 'trochę pokręcić po mieście', a skończyło się na tripie z Leszna na Kabaty. Zapchałam się na noc upragnionym budyniem i wpadłam na genialny (a jakże!) pomysł, który poniekąd podsunęła mi Zuza. Mianowicie jeśli pan McPherson nie zamierza grać w najbliższym czasie koncertu w Polsce, ja bardzo chętnie wybiorę się na wyspy, by go usłyszeć na żywo. W związku z tym co zrobiłam? Owszem, wysmarowałam mu maila. Jestem bardzo ciekawa czy go przeczyta, a mooooże nawet odpisze. W każdym razie jego autograf jest kolejnym, jaki chciałabym upamiętnić na swojej skórze.

Spędziłam upojną noc w łóżku siostrzanym i autobusowym. Spało się wyśmienicie. A potem przyszła pani z administracji z jakimś niebywale ważnym pismem. Otworzyłam jej ubrana jedynie w ręcznik i z... bardzo wysublimowaną fryzurą, jeśli tak to można określić. Bardzo mnie przepraszała, ale byłam jej w sumie wdzięczna, że sprowokowała mnie do wyjścia z łóżka.

Dzień zapowiadał się szaro, jednak kiedy dojechałam do domu w celu zmiany garderoby okazało się, że jednak słoneczko wygrywa z chmurkami i jest cudownie ;D Oczywiście plany w bardzo spontaniczny sposób uległy zmianie, jednak jestem elastyczna jak guma w majtach, więc co tam. Miałam dzisiaj próbę testową z nowym zespołem i pierwszy raz w życiu śpiewałam czysto. Woah. Daję radę.

Doba jest zdecydowanie za krótka. Ciągle wylatuje mi z głowy, żeby w końcu wygrać w totka. Jutro dzień pełen zajęć, piątek podobnie... Sobota... Soboty nie mogę się doczekać, gdyż jakkolwiek by się ona nie potoczyła - będzie dniem zwariowanym. A potem... Będzie zajebiście. Będzie tak jak chcę.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Jutro. Na pewno uda mi się wstać rano i dotrzeć na siłownię. Dzisiaj budzik nie przekonał mnie kolejny raz... Niby się obudziłam, ale jednak nie do końca. Wstałam przed południem. Śniło mi się, że jakiś mój bliżej niezidentyfikowany znajomy łowił ryby i tak zarzucił wędką, że haczyk wbił mi się w migdałek. On tego nie widział i szarpał za żyłkę. W końcu udało mi się wyjąć żelastwo z gardła, które zdążyło mi spuchnąć, jednak nie krwawiło. Pobudka.

Wiedziałam, że w Parku Łazienkowskim żyją sobie różne zwierzaki, lecz na własne oczy widziałam jedynie całą gamę różnorakiego ptactwa, karpie, myszy i wiewiórki. A dzisiaj... Dzisiaj oglądałam sobie totalnie wyluzowaną łanię łażącą po trawce przy bramie wychodzącej na Agrykolę. Nie mogłam od niej oderwać wzroku, w sumie to praktycznie środek miasta. Wycieczka do Łazienek dostarczyła też mojej skórze dawki promieni słonecznych, gdyż razem z Ursusem postanowiliśmy się trochę powygrzewać z dala od ludzi i samochodów.

Dzień nie byłby dniem, gdybym nie zajrzała na Wilczą. Bez zmian. Ciasto wyszło dobre, Aneta jak zwykle miła i kochana, dostałam nawet ciuchy (wczoraj dostałam od Kini buty :3 wiosenna garderobo witaj!), a jutro dam jej ogolić swoją głowę. Nie wiem jaki będzie tego efekt, trudno jest to przewidzieć. Jestem jednak pełna wiary. Udało mi się też dotrzeć do siostry, której mieszkanie będzie przez najbliższy tydzień moją bazą. Kocham. Klimat mieszkania, balkon, widok z okna, łóżko, wannę, wszystko.

Nieuchronnie też weszłam w fazę jęczenia-tęsknienia. Właśnie, jaką emocją jest tęsknota - pozytywną czy negatywną? Sama nie wiem. W każdym razie bardzo cierpliwie i wytrwale czekam na poprawę sytuacji. Typowo babskie skłonności do rozkminy i analizy wszystkiego, co tylko się da (a nawet jak się nie da to i tak się da) sprawiają, że po raz kolejny w takiej sytuacji staję na rozdrożu: 'zrobić detoks i olać' vs 'cooooo? jestem zajebista i dostaję to, czego chcę!'. ale nie chcę wyjść na stalkerkę. ale nie chcę też siedzieć z założonymi rękami, a potem pluć sobie w brodę, że nic nie zrobiłam. ale. ale ale ale. W głośnikach dzisiaj Morrison. Trochę tego detoksu jednak się przyda ;)

W tej chwili całkowicie spontanicznie postanowiłam iść umyć swoje cztery litery i zalec w łóżku. Jutro pół dnia latania z łopatą w Dirt Parku.

****Aaaa!! No i beka wieczorna, a jak! Poszłam do sklepu, miła pani w kasie już wszystko policzyła. Dodaję 'i siateczkę poproszę', ona 'cienką?' - przynajmniej tak usłyszałam. 'tak, taką zwykłą' i patrzę, a ona schyla się po SETECZKĘ ŻYTNIEJ :3 oczywiście dostałam śmiechawy, a ona nieco speszona dodała 'a, do herbaty zawsze można...'

niedziela, 14 kwietnia 2013

Wczorajszy dzień zakończył się równie zajebiście, jak zaczął.

Po tym jak już opanowałam śmiech i przebrałam się w suche ciuchy zasiadłam wygodnie w moim śmietnikowym Fotelu Prezesa i czekałam na sygnał od Rafała, który miał podjechać do mnie i razem mieliśmy się udać do Biedronki po moje ukochane chrupki kukurydziane. Czekoladowe i truskawkowe. Jednak Rafał złapał kapcia i pojechał do domu. Wyszłam sama. Oczywiście MUSIAŁ padać deszcz. W tym momencie nadmienić muszę, że doceniłam fakt mojego zbieractwa. Kilka razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy naszła mnie myśl, by wyrzucić stare, podarte i dziurawe buty, ale nie! Przydadzą się jeszcze na pewno. I przydały się rzeczywiście. Inaczej byłoby śmiesznie i popierdzielałabym na rowerze w rybkach (rybki - elo-hipsterskie niebieskie buty wyglądem przypominające japońskie latawce-ryby). A prócz tego, że wyglądałabym do reszty kuriozalnie (bo na rower ogólnie ubieram się... dziwnie... jak to Aneta określiła wprost - jak debil), to do tego byłoby mi niewygodnie. No nie ważne! Do Biedronki poszłam (oczywiście zapomniałam kupić celu wyprawy czyli chrupek i kociego żarcia, za to przyniosłam żelki), wróciłam oraz... Odebrałam telefon od bardzo wpływowej osoby, od Osoby-Składającej-Oferty-Nie-Do-Odrzucenia, więc nie miałam innej opcji, jak tylko po raz kolejny wsiąść na mój cudowny, czerwony, dwukołowy wehikuł i pojechać na Wilczą. Sartineczek (właściciel Figureczek) leżał chory w sypialni, a my po uśpieniu młodej uwaliłyśmy się na kanapie z piwem i pieguskami, włączyłyśmy (tak dla odmiany) komedię romantyczną - ale jaką! Sprzed 20 chyba lat, oldskulową, przeuroczą, o wdzięcznym tytule 'Żona Rzeźnika' ;D

Rzecz jasna nie wróciłam już tej nocy do domu, zaległam w łóżku na chłodnym poddaszu z widokiem na pałac kultury. Genialnie. Starałam się nawet umyć pod prysznicem, w którym nie ma zimnej wody, ale zarzuciłam cały proceder ograniczając się jedynie do wyparzenia miejsc intymnych i umycia zębów. Materac okazał się o wiele wygodniejszy niż w poprzednim mieszkaniu (tamten był taaaaak miękki, że się w nim zapadałam). 15 minut na medytację i zasnęłam jak dziecko.

Rano... Obudziły mnie krzyki z dołu. Blender. Rzucanie plastikowymi kubeczkami. Miauczenie upierdliwego, głodnego kota. Za oknem szaro, ale Pekin widać. Popatrzyłam na stare kamienice, obrośnięte różnorakim zielskiem (które w tej chwili zielone jest jeszcze w zamyśle). Fajny widok i tak dla odmiany znowu od rana miałam uśmiech na ustach ;) Wyszłam do sklepu, zrobiłam Mojemu Państwu śniadanie do łóżka i na dzień dobry dokończyliśmy zaczęty wczoraj film ('Life as we know it') i obejrzeliśmy kolejny, po którym brzuch bolał mnie ze śmiechu ('Smiley Face').

I w końcu spotkałam się z Rafałem, z którym wybrałam się do myjni (i tutaj wtrącę, że bardzo się cieszę, iż nie skorzystałam z wczorajszej niesamowitej pogody, by umyć Ursusa) i umyłam mój najwspanialszy na świecie rower. Błyszczy się jak psu jajca na wiosnę i omijam teraz szerokim łukiem kałuże, nucąc nie tak do końca pod nosem 'mam czysty rower!', co oczywiście można usłyszeć jako 'mam czysty rowek!', bo to drugie 'r' się nieco rozmywa. Podjechaliśmy do Biedronki po chrupki. Rafał pilnował rowerów podczas gdy ja błądziłam przez kwadrans między sklepowymi półkami w poszukiwaniu naszych smakołyków. I nie znalazłam. Dałam pieniądze mężczyźnie, który oczywiście po kilku minutach wyszedł z siatą tego, po co przyjechaliśmy.

Muszę dodać, że cały boży dzień, kilka dni, tydzień - chodzi mi po głowie brytyjski folk, w który coraz bardziej się zagłębiam. Dzisiaj obok McPhersona (którego kupił Franek, mój 2-letni podopieczny, który notorycznie obraża się na świat, gdy tylko zawitam w jego skromne progi - uznaję więc to za krok milowy w naszej relacji) na tapecie jest Ben Konstantinovic oraz Elliott Morris. I może się okazać, że zamiast do Szwecji wyjadę sobie do Wielkiej Brytanii :3 W maju jadę za to do Krakowa. Cudownie!

Tymczasem zastanawiam się, jak przeżyję najbliższą sobotę. Chciałabym chociaż na chwilę skoczyć do Dirt Parku na imprezę z okazji ich pierwszych urodzin, koło 14.00 przylatuje właśnie z UK mój kumpel, którego mam zaszczyt u siebie gościć, prawdopodobnie tegoż samego dnia przyjaciele urządzą parapetówkę, na którą również chciałabym zajrzeć; wieczorem odbywa się koncert, na który tak ja, jak i rzeczony kumpel się wybieramy, w tym samym czasie Fifi Mątwa oblewać będzie swe 30. urodziny (jesteś stara dupa!), toteż i tam bardzo chcę być. Liczę na to, że ta ostatnia impreza potrwa do rana, żebym się wszędzie wyrobiła, gdyż nikt nie opatentował jeszcze bezpiecznego sposobu na klonowanie lub teleportację, a nie mam zamiaru być obiektem doświadczalnym.

To chyba tyle na dziś :) Jak zwykle pełna radości, miłości i optymizmu :3 Wdzięczna za kolejny zajebisty dzień!

sobota, 13 kwietnia 2013

13.04.2013 :)

Dzisiejszy dzień niechybnie zaliczam jako Dzień-Mistrz-Świata :D

Od początku...
Miałam dziś pracować przy otwarciu sezonu motocyklowego na warszawskim Bemowie. Po 4h snu (głębokiego, kamiennego, cudownego) obudziłam się o 6.00 radosna i świeża (naprawdę! wyspana i tak dalej), poszłam zrobić sobie pożywne śniadanko, puściłam muzyczkę i jem. I słońce zaczęło się coraz wyraźniej przebijać przez poranną szarzyznę... Kurde... Nie chce mi się jechać na to Bemowo. Poza tym zapowiadają na popołudnie deszcze i burze, pewnie będzie straszne bagno. What to do, what to do... Po nie tak długiej chwili zastanowienia napisałam SMSa, że mnie nie będzie. Po prostu nie wyobrażałam sobie siedzieć tam (mimo że przy motocyklach) w tak piękny dzień.

Od samego rana chodziło mi też po głowie, by drogą telefoniczną życzyć koledze miłej jazdy (enduro po lesie), ale jakoś tak mi w końcu to uleciało. Postanowiłam pojechać na siłownię na 10.00. Do tego czasu siedziałam zatopiona w myślach, książce, muzyce i marzeniach :3 Czyli totalnie się rozpływałam. W końcu posadziłam swą piękną dupeczkę na rowerze i popedałowałam na Puławską. Po drodze rzecz jasna zmieniłam nieco plany i skróciłam w myślach trening do godziny - słońce grzeje, pierwszy taki dzień w tym roku, nie mam ochoty siedzieć nie wiadomo ile pod ziemią. Nagle... Brrrrum! Motocykl, odruch Pawłowa, odwracam głowę automatycznie i co? Ów kolega, do którego od rana chciałam się odezwać pognał w siną dal :) Żeby było fajnie tak przed południem - wjechałam w brązową, psią (najprawdopodobniej, chociaż kto wie) kupę.

Godzina na siłowni upłynęła szybko i efektownie, nie ma co się opierdalać. W krótkich spodenkach i bokserce mknęłam przez miasto na swoim kochanym Ursusie, lawirując wśród ludzi odzianych w puchowe kurty. Słońce dowaliło, wiatru brak, pięknie!

Plan był taki - robię rundkę po Stare Miasto i Muranów, wracam do domu coś wszamać i ruszam do Rafała do Kazoory wymienić damper, wydać pieniądze na nowe gripy, potem karczer i smarowanko. Wróciłam do domu, przypięłam NA CHWILĘ rower na klatce schodowej - chciałam zjeść dwie kanapki, wysikać się i jechać dalej. Zrobiłam to, co chciałam, spakowałam rzeczy do plecaka. Wychodzę. Ale chwila, gdzie jest klucz do blokady? Przeszukałam całe mieszkanie ze 3 razy. Kurna, może wypadł mi pod sklepem na Polu Mokotowskim? Fak, fak, fak! Po półgodzinnych, bezowocnych poszukiwaniach podjęłam decyzję, że przejadę się pod ów sklep i zobaczę, czy kluczyk tam nie leży gdzieś na trawie... Kiedy wychodziłam z domu - pogoda piękna, słońce, jakieś tam obłoczki. Doszłam do metra, wsiadłam, przejechałam 2 stacje, wychodzę... Deszcz. Szare niebo, zasnute ciężkimi chmurami. Dzielnie pomaszerowałam pod sklep, jednak zguby nie znalazłam. Wróciłam do metra, wsiadłam, przejechałam 2 stacje, wychodzę... Deszcz kropi. Błyska i grzmi, zajebiście! Kocham burzę! Twarda ze mnie sztuka, więc zamiast poczekać pod wiatą na autobus poszłam do domu piechotą. Zaczęło lodowato wiać, do tego doszedł grad, który zrobił mi skuteczny peeling twarzy i głowy ;) Do chałupy doszłam dosłownie cała mokra. W butach miałam małe jeziorka. Chlup, chlup, chlup. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzję nie jadąc na otwarcie sezonu. Przez głowę przemknęła mi tylko myśl - kurde, co teraz? Nie zostawię na noc Ursusa na klatce schodowej. Muszę wytrzasnąć jakiegoś drwala z siekierą lub chociażby z brzeszczotem czy czymś takim. Weszłam do domu, od razu zrzuciłam z siebie przemoczone ciuchy. I... tak. Tak właśnie. Kluczyk leżał pod biurkiem i śmiał się ze mnie, mały skurczybyk. Dostałam ataku histerycznego śmiechu... :D Cała Koti, cała ja. Ale co tam, przygoda! Więc zastanawiam się, czy jeszcze nie wyjść na rower, jednak po wczorajszych wojażach zachciało mi się również błotnika rowerowego. Takowego jeszcze nie mam, a jazda z - za przeproszeniem - brudnym i mokrym rowem jest męcząca.

Czekam na dalszy ciąg dzisiejszego dnia. Założę się, że nadal będzie ciekawie ;)

Z innych spraw: w poniedziałek miałam pierwszą samodzielną jazdę motocyklem (wraz z w/w kumplem od enduraczka). Doszłam również do wniosku, że wcale nie muszę wszystkiego rozumieć. Np tego, dlaczego mam w brzuchu motyle. Grunt, że jest mi z tym zajebiście :3

Zaś w kwestii muzyki - Dave McPherson solo, a także z InMe. Odkrycie tego półrocza. Jak na ironię miałam chyba tego nie odkryć (historia nie warta wspomnienia, niemniej radosna na swój sposób), więc kilka jego kawałków katuję w kółko. Czytając tekst do tego poniższego szeroki uśmiech po raz kolejny wystąpił na mojej mordzie. Jak łatwo wszystko poprzekręcać :)



środa, 3 kwietnia 2013

Wstałam wcześniej, żeby skończyć zlecenie. W godzinę się wyrobię. Ostatnio wstawanie wcześniej całkiem nieźle mi idzie. 'Katuję się' na siłowni - tzn. tak bardzo weszła mi ona przez miesiąc w krew, że dzień bez większej dawki ruchu jest jakiś dziwny. Po co? Nie chcę chudnąć, nie mam określonego celu. Siłka = relaks, zrzucenie nadmiaru energii, no i zajebiście macać brzuch czy nogi i czuć zmianę konsystencji z budyniu w - nie przesadzając - kamień.

Nieunikniona jest jednak w tej chwili utrata wagi. Moje ciało przeszło na dietę, a raczej utrzymuje ścisły post. Może i czasem poczuję burczenie w brzuchu, ale teraz jest tam jeszcze coś. A jak już nawet nieco zgłodnieję.... i zajrzę do lodówki.... i powącham jedzenie.... odechciewa mi się. No odechciewa się i już! Co mam zrobić? I tak wmuszam w siebie już śniadania, żeby być na chodzie. Chociaż energia z kalorii zawartych w jedzeniu nie jest mi potrzebna. Mam inne doładowanie. Jak to na mnie przystało raz na jakiś czas wpadam w ten dziwny stan. Tak, brawo! Zakochałam się po uszy. Moje obawy pt 'czy jeszcze kiedyś się zakocham?' oraz wstręt do męskiego dotyku (nie tylko erotycznego, ale ogólnie) prysły precz. Tak jak zły dotyk boli przez całe życie (chociaż..? fuck it, nie i już!), tak dobry potrafi naprodukować tyle serotoniny i endorfin, że mogłabym spokojnie wysłać część swojej nadprodukcji na eksport. Chodzę z bananem na ryju i myślę pozytywnie! Jako że ostatnio staram się trzymać tego schematu, żeby ściągać różne wydarzenia myślami (a to działa, i to zajebiście), to i w tym przypadku zamierzam trzymać się tej strategii. Ale, Jezusiku słodki, straciłam głowę.

Pod wpływem dwóch seriali, mianowicie 'Gry o Tron' oraz 'Wikingów' wpadłam na genialny pomysł pojechania na Festiwal Wikingów i Słowian w Wolinie w celu poszukiwania idealnego męża. Podzieliłam się tym pomysłem z siostrą i jej mężczyzną, na co ów skwitował 'a nie wolisz na Gotlandię?' i dodał, że tam odbywa się tydzień średniowieczny. Więc oboje byli się wkopali. Jednak jakie to ma teraz znaczenie? No jakie? Wiosna, wiooooosna! Kocham ten stan. Chociaż wielki włochaty Wiking (już nie musi być Szwed - postęp, ale nadal Skandynaw) zawsze cieszy moje oko.

Wracam do Delmy.

Oddaję głos do studia!