Od początku...
Miałam dziś pracować przy otwarciu sezonu motocyklowego na warszawskim Bemowie. Po 4h snu (głębokiego, kamiennego, cudownego) obudziłam się o 6.00 radosna i świeża (naprawdę! wyspana i tak dalej), poszłam zrobić sobie pożywne śniadanko, puściłam muzyczkę i jem. I słońce zaczęło się coraz wyraźniej przebijać przez poranną szarzyznę... Kurde... Nie chce mi się jechać na to Bemowo. Poza tym zapowiadają na popołudnie deszcze i burze, pewnie będzie straszne bagno. What to do, what to do... Po nie tak długiej chwili zastanowienia napisałam SMSa, że mnie nie będzie. Po prostu nie wyobrażałam sobie siedzieć tam (mimo że przy motocyklach) w tak piękny dzień.
Od samego rana chodziło mi też po głowie, by drogą telefoniczną życzyć koledze miłej jazdy (enduro po lesie), ale jakoś tak mi w końcu to uleciało. Postanowiłam pojechać na siłownię na 10.00. Do tego czasu siedziałam zatopiona w myślach, książce, muzyce i marzeniach :3 Czyli totalnie się rozpływałam. W końcu posadziłam swą piękną dupeczkę na rowerze i popedałowałam na Puławską. Po drodze rzecz jasna zmieniłam nieco plany i skróciłam w myślach trening do godziny - słońce grzeje, pierwszy taki dzień w tym roku, nie mam ochoty siedzieć nie wiadomo ile pod ziemią. Nagle... Brrrrum! Motocykl, odruch Pawłowa, odwracam głowę automatycznie i co? Ów kolega, do którego od rana chciałam się odezwać pognał w siną dal :) Żeby było fajnie tak przed południem - wjechałam w brązową, psią (najprawdopodobniej, chociaż kto wie) kupę.
Godzina na siłowni upłynęła szybko i efektownie, nie ma co się opierdalać. W krótkich spodenkach i bokserce mknęłam przez miasto na swoim kochanym Ursusie, lawirując wśród ludzi odzianych w puchowe kurty. Słońce dowaliło, wiatru brak, pięknie!
Plan był taki - robię rundkę po Stare Miasto i Muranów, wracam do domu coś wszamać i ruszam do Rafała do Kazoory wymienić damper, wydać pieniądze na nowe gripy, potem karczer i smarowanko. Wróciłam do domu, przypięłam NA CHWILĘ rower na klatce schodowej - chciałam zjeść dwie kanapki, wysikać się i jechać dalej. Zrobiłam to, co chciałam, spakowałam rzeczy do plecaka. Wychodzę. Ale chwila, gdzie jest klucz do blokady? Przeszukałam całe mieszkanie ze 3 razy. Kurna, może wypadł mi pod sklepem na Polu Mokotowskim? Fak, fak, fak! Po półgodzinnych, bezowocnych poszukiwaniach podjęłam decyzję, że przejadę się pod ów sklep i zobaczę, czy kluczyk tam nie leży gdzieś na trawie... Kiedy wychodziłam z domu - pogoda piękna, słońce, jakieś tam obłoczki. Doszłam do metra, wsiadłam, przejechałam 2 stacje, wychodzę... Deszcz. Szare niebo, zasnute ciężkimi chmurami. Dzielnie pomaszerowałam pod sklep, jednak zguby nie znalazłam. Wróciłam do metra, wsiadłam, przejechałam 2 stacje, wychodzę... Deszcz kropi. Błyska i grzmi, zajebiście! Kocham burzę! Twarda ze mnie sztuka, więc zamiast poczekać pod wiatą na autobus poszłam do domu piechotą. Zaczęło lodowato wiać, do tego doszedł grad, który zrobił mi skuteczny peeling twarzy i głowy ;) Do chałupy doszłam dosłownie cała mokra. W butach miałam małe jeziorka. Chlup, chlup, chlup. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzję nie jadąc na otwarcie sezonu. Przez głowę przemknęła mi tylko myśl - kurde, co teraz? Nie zostawię na noc Ursusa na klatce schodowej. Muszę wytrzasnąć jakiegoś drwala z siekierą lub chociażby z brzeszczotem czy czymś takim. Weszłam do domu, od razu zrzuciłam z siebie przemoczone ciuchy. I... tak. Tak właśnie. Kluczyk leżał pod biurkiem i śmiał się ze mnie, mały skurczybyk. Dostałam ataku histerycznego śmiechu... :D Cała Koti, cała ja. Ale co tam, przygoda! Więc zastanawiam się, czy jeszcze nie wyjść na rower, jednak po wczorajszych wojażach zachciało mi się również błotnika rowerowego. Takowego jeszcze nie mam, a jazda z - za przeproszeniem - brudnym i mokrym rowem jest męcząca.
Czekam na dalszy ciąg dzisiejszego dnia. Założę się, że nadal będzie ciekawie ;)
Z innych spraw: w poniedziałek miałam pierwszą samodzielną jazdę motocyklem (wraz z w/w kumplem od enduraczka). Doszłam również do wniosku, że wcale nie muszę wszystkiego rozumieć. Np tego, dlaczego mam w brzuchu motyle. Grunt, że jest mi z tym zajebiście :3
Zaś w kwestii muzyki - Dave McPherson solo, a także z InMe. Odkrycie tego półrocza. Jak na ironię miałam chyba tego nie odkryć (historia nie warta wspomnienia, niemniej radosna na swój sposób), więc kilka jego kawałków katuję w kółko. Czytając tekst do tego poniższego szeroki uśmiech po raz kolejny wystąpił na mojej mordzie. Jak łatwo wszystko poprzekręcać :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz