niedziela, 14 kwietnia 2013

Wczorajszy dzień zakończył się równie zajebiście, jak zaczął.

Po tym jak już opanowałam śmiech i przebrałam się w suche ciuchy zasiadłam wygodnie w moim śmietnikowym Fotelu Prezesa i czekałam na sygnał od Rafała, który miał podjechać do mnie i razem mieliśmy się udać do Biedronki po moje ukochane chrupki kukurydziane. Czekoladowe i truskawkowe. Jednak Rafał złapał kapcia i pojechał do domu. Wyszłam sama. Oczywiście MUSIAŁ padać deszcz. W tym momencie nadmienić muszę, że doceniłam fakt mojego zbieractwa. Kilka razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy naszła mnie myśl, by wyrzucić stare, podarte i dziurawe buty, ale nie! Przydadzą się jeszcze na pewno. I przydały się rzeczywiście. Inaczej byłoby śmiesznie i popierdzielałabym na rowerze w rybkach (rybki - elo-hipsterskie niebieskie buty wyglądem przypominające japońskie latawce-ryby). A prócz tego, że wyglądałabym do reszty kuriozalnie (bo na rower ogólnie ubieram się... dziwnie... jak to Aneta określiła wprost - jak debil), to do tego byłoby mi niewygodnie. No nie ważne! Do Biedronki poszłam (oczywiście zapomniałam kupić celu wyprawy czyli chrupek i kociego żarcia, za to przyniosłam żelki), wróciłam oraz... Odebrałam telefon od bardzo wpływowej osoby, od Osoby-Składającej-Oferty-Nie-Do-Odrzucenia, więc nie miałam innej opcji, jak tylko po raz kolejny wsiąść na mój cudowny, czerwony, dwukołowy wehikuł i pojechać na Wilczą. Sartineczek (właściciel Figureczek) leżał chory w sypialni, a my po uśpieniu młodej uwaliłyśmy się na kanapie z piwem i pieguskami, włączyłyśmy (tak dla odmiany) komedię romantyczną - ale jaką! Sprzed 20 chyba lat, oldskulową, przeuroczą, o wdzięcznym tytule 'Żona Rzeźnika' ;D

Rzecz jasna nie wróciłam już tej nocy do domu, zaległam w łóżku na chłodnym poddaszu z widokiem na pałac kultury. Genialnie. Starałam się nawet umyć pod prysznicem, w którym nie ma zimnej wody, ale zarzuciłam cały proceder ograniczając się jedynie do wyparzenia miejsc intymnych i umycia zębów. Materac okazał się o wiele wygodniejszy niż w poprzednim mieszkaniu (tamten był taaaaak miękki, że się w nim zapadałam). 15 minut na medytację i zasnęłam jak dziecko.

Rano... Obudziły mnie krzyki z dołu. Blender. Rzucanie plastikowymi kubeczkami. Miauczenie upierdliwego, głodnego kota. Za oknem szaro, ale Pekin widać. Popatrzyłam na stare kamienice, obrośnięte różnorakim zielskiem (które w tej chwili zielone jest jeszcze w zamyśle). Fajny widok i tak dla odmiany znowu od rana miałam uśmiech na ustach ;) Wyszłam do sklepu, zrobiłam Mojemu Państwu śniadanie do łóżka i na dzień dobry dokończyliśmy zaczęty wczoraj film ('Life as we know it') i obejrzeliśmy kolejny, po którym brzuch bolał mnie ze śmiechu ('Smiley Face').

I w końcu spotkałam się z Rafałem, z którym wybrałam się do myjni (i tutaj wtrącę, że bardzo się cieszę, iż nie skorzystałam z wczorajszej niesamowitej pogody, by umyć Ursusa) i umyłam mój najwspanialszy na świecie rower. Błyszczy się jak psu jajca na wiosnę i omijam teraz szerokim łukiem kałuże, nucąc nie tak do końca pod nosem 'mam czysty rower!', co oczywiście można usłyszeć jako 'mam czysty rowek!', bo to drugie 'r' się nieco rozmywa. Podjechaliśmy do Biedronki po chrupki. Rafał pilnował rowerów podczas gdy ja błądziłam przez kwadrans między sklepowymi półkami w poszukiwaniu naszych smakołyków. I nie znalazłam. Dałam pieniądze mężczyźnie, który oczywiście po kilku minutach wyszedł z siatą tego, po co przyjechaliśmy.

Muszę dodać, że cały boży dzień, kilka dni, tydzień - chodzi mi po głowie brytyjski folk, w który coraz bardziej się zagłębiam. Dzisiaj obok McPhersona (którego kupił Franek, mój 2-letni podopieczny, który notorycznie obraża się na świat, gdy tylko zawitam w jego skromne progi - uznaję więc to za krok milowy w naszej relacji) na tapecie jest Ben Konstantinovic oraz Elliott Morris. I może się okazać, że zamiast do Szwecji wyjadę sobie do Wielkiej Brytanii :3 W maju jadę za to do Krakowa. Cudownie!

Tymczasem zastanawiam się, jak przeżyję najbliższą sobotę. Chciałabym chociaż na chwilę skoczyć do Dirt Parku na imprezę z okazji ich pierwszych urodzin, koło 14.00 przylatuje właśnie z UK mój kumpel, którego mam zaszczyt u siebie gościć, prawdopodobnie tegoż samego dnia przyjaciele urządzą parapetówkę, na którą również chciałabym zajrzeć; wieczorem odbywa się koncert, na który tak ja, jak i rzeczony kumpel się wybieramy, w tym samym czasie Fifi Mątwa oblewać będzie swe 30. urodziny (jesteś stara dupa!), toteż i tam bardzo chcę być. Liczę na to, że ta ostatnia impreza potrwa do rana, żebym się wszędzie wyrobiła, gdyż nikt nie opatentował jeszcze bezpiecznego sposobu na klonowanie lub teleportację, a nie mam zamiaru być obiektem doświadczalnym.

To chyba tyle na dziś :) Jak zwykle pełna radości, miłości i optymizmu :3 Wdzięczna za kolejny zajebisty dzień!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz