Czwartek. Kraków pożegnał nas pogodą w kratkę - najpierw deszcz, potem duchota i znowu deszcz. Zawczasu kupiłam bilet na niedzielny pociąg powrotny do stolicy i poleźliśmy na bus Gdzieś Tam. Pan Kierowca wydał nam się mocno wczorajszy, zapytał też uprzejmie 'czego życzą sobie państwo posłuchać? może być Eminem?', po czym puścił zapowiedzianą nutę. Przeżyliśmy.
W sumie dopiero kiedy wytoczyłam się z busa zaczęłam zdawać sobie sprawę, że mnie popieprzyło i w ogóle co ja robię, ale było już za późno. Samochód podjechał, wyszedł z niego Pan Ojciec i Matylda, młodsze rodzeństwo płci żeńskiej. Zostałam zlustrowana (i ofukana przez 50% orszaku powitalnego), a z każdym kolejnym przejechanym kilometrem coraz lepsze widoki się roztaczały. W domu czekała Pani Matka. Long story short - dawno nie byłam w tak ciepłym, rodzinnym domu. Niesamowite uczucie. Z Młodą rzecz jasna po jednym dniu się zakumplowałyśmy. Długi spacer po okolicy, barwy, powietrze, zapach... Jedzenia niewiele, jedzenie nie wchodzi na diecie amorowej. Na dobranoc mężczyzna napalił w piecu, ogniste refleksy tańczyły na ścianach, byłam totalnie na innej orbicie.
Na następny dzień zapowiedziałam słońce (i słońce było), panowie kosili trawę (mężczyzna z kosą, mmm), my z Matyldą złapałyśmy za grabie i taczkę, i też nie próżnowałyśmy. Jeśli komuś wyda się to idiotyczne - trudno, jednak zapierdzielając kilka godzin na świeżym powietrzu czułam się świetnie. Potem zimne piwo, z ogniskiem nie czekaliśmy do wieczora. Było magicznie.
A dziś... Tak bardzo nie chciało mi się wracać. Masakra! Powrót był podwójny. Najpierw wyjazd z wiochy do Krakowa, chwila szlajania się po mieście (jedyne zdjęcie, jakie zrobiłam to zdjęcie rzeźby świni leżącej na grzbiecie na platformie w Wiśle, co z pewnością symbolizuje stan emocjonalny naszego społeczeństwa) i jazda na dworzec. Bez sensu zupełnie. Tydzień zleciał jak z bicza, ale był to jeden z bardziej pojebanych tygodni, jakie pamiętam. Dwa dni zmieniły się w siedem, w dodatku znalazłam swoją wisienkę na torcie, swoją męską wersję, chodzę z głową w chmurach, rzygam tęczą i wszystko jest przesłodkie. Milknę. Muszę się trochę sama popławić w tym ulepku :3
Jutro do pracy. Tak naprawdę stęskniłam się za dzieciakami i ich rodzicami. I za rowerem i rowerowcami. Teraz... Byle do weekendu. Może nawet tylko do czwartku :3
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)