poniedziałek, 29 lipca 2013

Jazda do Krakowa była rekordowo szybka. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy w ogóle pojadę, jednak... Jak tu nie jechać... Do swojej rudej brody? Pff.
Od momentu wystawienia łapy na wylotówce z Warszawy do postawienia stopy na Karmelickiej minęło... 3,5h. Razem z łapaniem stopa.
Pierwszy zatrzymał się pan, który już wiózł swojego kolegę i jego syna - podwieźli mnie do Janek. Stamtąd do Radomia podwiozła mnie miła pani z córką. Tam pomyślałam sobie, że fajnie byłoby się załapać na jazdę jakąś sportową bryką albo... TIRem :3 Zatrzymał się pan Krzysztof, wracający z trzytygodniowej trasy do Rosji. Pan Krzysztof siedział po turecku i opowiadał o mafii, swoich dzieciach i o tajnikach jeżdżenia z różnymi towarami. Jak to dobrze mieć tempomat. Próbował nawet przez CB złapać dla mnie jakąś podwózkę na ostatniej prostej, jednak nie udało się. Wysadził mnie na stacji, skąd zeszłam na pobocze drogi i zanim zdążyłam wziąć gryza rogala (o czym wspominam później) - już zatrzymała się kolejna życzliwa dusza ;)
W Krakowie planowałam być o 17.00, byłam o 15.30. Dokładnie w tym samym czasie Mężczyzna skończył pracę (a kończyć miał właśnie o 17.00). Przypadek? :3

Dwie godziny stałam na pełnym słońcu, by złapać stopa do Warszawy. Bezskutecznie. Lekko zrezygnowana, jednak pełna nadziei poszłam na dworzec pkp. Bez grosza przy sobie wsiadłam do pociągu. Jak już jechać... to pierwszą klasą. Miły pan wrzucił mój plecak na górę i odstąpił mi swoje miejsce - sam stał w korytarzu :3 Zastanawiałam się, czy konduktorzy będą sprawdzać bilety biorąc pod uwagę ścisk, może mi się upiecze... Ale konduktorzy, niezwykle czujni i pracowici spełniali w pocie czoła swoje obowiązki. Stoję w korytarzu. Z jednej strony jeden konduktor, z drugiej drugi. W potrzasku! Jeden z nich w końcu przechodzi i prosi mnie o bilet:
- proszę bilet do kontroli
- wie pan, nie mam ani biletu, ani pieniędzy, by w tej chwili kupić, więc poproszę mandat - i podaję mu dowód osobisty
On szczerzy zęby pod wąsem:
- proszę pani, pani myśli, że ja mam czas, żeby mandaty wystawiać? pani pójdzie do pierwszego wagonu i tam się zgłosi
Ja, skonsternowana:
- ale jak to? pan nie wystawi mi mandatu i ja muszę iść się zgłosić tam do przodu?
- no tak
- a jak nie pójdę, to nie dostanę mandatu?
- no nie :3
- a to mogę sobie tam nie iść?
W odpowiedzi dostałam szeroki uśmiech. Konduktorzy jeszcze kilkakrotnie mnie mijali, uśmiechnięci i mili, a ja za darmoszkę dojechałam sobie spokojnie do Warszawy pierwszą klasą.

A poza tym: propozycja randki od bezdomnego, który chwilę wcześniej ograbił mnie podstępnie z rogala z czekoladą, lody o smaku whisky, puszczanie wielkich baniek, skakanie w fontannie, gorszenie opinii publicznej (nawet gdy ta nie zdaje sobie z tego sprawy), znajdowanie martwych owadów, niedzielne łażenie po kościołach (wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jaka tam jest jednak moc), dłubanie czosnkową bagietką w nosie Kazimierza Wielkiego i ogólnie branie z życia garściami :D Polecam!

W każdym razie wiem, czemu jazda do Krakowa poszła gładko, a stop do Warszawy nie wypalił. Podświadomości i Wszechświata się nie oszuka ;) Niby chciałam coś złapać, ale... tak bardzo nie chciałam wracać do Warszawy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz