Do wszystkiego trzeba 'dojrzeć' - do nowego wpisu, za który zabierałam się już kilkakrotnie również.
Ogólnie życie płynie mi mlekiem i miodem. W dodatku ma niesamowite tempo, ale o tym może kiedy indziej się rozpiszę. Może, bo moja potrzeba emocjonalnego ekshibicjonizmu drastycznie zmalała. Kumuluję energię z rzygania tęczą, by w odpowiednim momencie walnąć z grubej rury.
Z okazji zbliżającej się wielkimi krokami przeprowadzki postanowiłam zacząć robić porządki. Zastanawiałam się, co zrobię z ciuchami (zamierzam zrobić wielkie odejmowanie) i bach! Wpadła mi w ręce ulotka informująca o zbiórce ubrań (i nie tylko) dla potrzebujcych. Jeszcze pod dom podjeżdżają i zabierają dary z mieszkania, nie trzeba się nigdzie z tobołami telepać, co dla mnie jest cudowną opcją. Dalej. Spontanicznie przetrząsnęłam swoją 'kosmetyczkę' - czyli torbę ze wszelkimi kolorowymi kosmetykami, jakie gromadziłam przez ostatnią dekadę. Coś niecoś nawet wyrzuciłam. Pobawiłam się lakierami i szminkami, jak mała dziewczynka. W każdym razie poszłam krok dalej. Zajrzałam do szuflady biurka, do której przez dwa lata tylko i wyłącznie dodawałam przedmioty, co powodowało stopniową i konsekwentną burdelizację. A dziś... robię w niej porządek. Sama z siebie. Znajduję przy okazji różne ciekawe rzeczy, które się wcześniej 'zapodziały', lub o istnieniu których nie miałam wcześniej pojęcia, jakoś mi po prostu umknęły. Teksty piosenek sprzed roku - teksty zapomniane... piosenki niezaśpiewane... Różne pierdoły - i wszystkie historie wszystkich tych pierdół świetnie pamiętam. Czasami się zastanawiałam 'na cholerę mi ten kapsel/ulotka/patyk', ale teraz, gdy żywot mój żwawo ewoluuje... Patrzę na to z sentymentem i uśmiecham się, przypominam sobie to wszystko i jest mi miło, ciepło, dobrze. Niesamowite uczucie. Piękne :)
Długi weekend spędzony na południu. Kot po powrocie zrobił mi karczemną awanturę i w ogóle wielki foch został strzelony, lecz nie na długo. Kluska jako książkowa przedstawicielka kotopsa łaziła za mną po powrocie jak cień. Jednak warto było - piękna pogoda, dobre żarcie, najlepsze towarzystwo, natura... Malowanie bramy, długie rozmowy przeplatane długim milczeniem, spacery z psem, łażenie po górach, lenistwo na trawie, kradzione jabłka i maliny, oglądanie nocą nieba przez teleskop i przeglądanie starych zdjęć - papierowych! To z kolei natchnęło mnie do wykombinowania aparatu na kliszę, coby było na stare lata co wspominać :) I coś, co wzruszyło mnie ogromnie - zapach wyschniętego, nagrzanego słońcem igliwia. Zapach, który pamiętam z dzieciństwa, kiedy jako hmm... 5-latka biegałam po ośrodku wypoczynkowym na mazurach. Wiele razy szukałam tego zapachu, próbowałam poczuć go w różnych lasach, w różnych miejscach Polski. Na próżno. Po niemal 20 latach udało się go odnaleźć :) Na koniec spóźniłam się na pociąg. Nie potrafię już napisać, że 'przypadkiem' - po prostu wpadło nam do głowy, żebym wróciła do Warszawy później, po czym ten pomysł odrzuciliśmy, jednak zdążyłam się go już tak przyczepić, że się spędziłam dodatkowe 4 miłe godziny w Krakowie.
Od Emmy dostałam piękne pudełko (niby zwykły karton, ale wyjątkowo mi się podoba). Pudło miałam zamiar przeznaczyć właśnie na sentymentalne pierdoły i pamiątki, ale Kluska zdążyła już je zaanektować. Dobrze, niech ma, bo za dwa tygodnie znowu przez kilka dni będzie skręcać się z tęsknoty za swoją ukochaną Panią. Mamy zamiar złapać jeszcze nieco oddechu nad morzem :) Październik upłynie mi pod znakiem reorganizacji życia, a potem... Już Wszechświat o to zadba. Ja mam pełen relaks...
Nie wiem, jakie nastroje mają osoby czytające moje wypociny, ale powiem wam wszystkim jedno - mierzcie wysoko. Nie idźcie w życiu na żadne kompromisy, wierzcie w siebie i to, czego pragniecie :)
piątek, 23 sierpnia 2013
sobota, 10 sierpnia 2013
Sobota.
Dzień teoretycznie wolny od pracy, ale nie dla Nianiusi.
Na dzień dobry podziękowałam za cudowny sen i pomyślałam, jak wspaniały dzień mnie czeka, następnie postanowiłam zrobić ciasto na pierniczki, które to obiecałam osobom kilku ku uciesze ich brzuszków. Raduję się niezmiernie, że upał zmalał, gdyż jest szansa, że nie upiekę się w kuchni razem z ciasteczkami. Tylko szansa.
Potem, pomimo deszczu, zdecydowałam się dzielnie na zakupy bieliźniane. Wczoraj do grona moich materialnych podopiecznych trafiły całkiem miłe butki do łażenia po pagórkach, dzisiaj coś, co zobaczy osobnik :3 Aż mu zazdroszczę.
I... praca. Jak zwykle - czas spędzony wręcz genialnie :) Krótki spacer i zabawa z Albertem, jeszcze krótsza drzemka. Potem dołączyli goście, w tym 4-letnia dama. Póki Albi funkcjonował przytomnie byłam przykładną Nianiusią, bawiłam się z dwójką dzieciaków. Ale kiedy poszedł spać... Piwo, whisky i Dixit, czyli wieczór w pacy po godzinach. Grało, gadało i czas spędzało się bardzo miło, ale to Wiktoria została królową wieczoru z jej tekstami:
- Oszszszsz Ty, Doroto! - hasło klucz po prostu
- Przepraszam Doroto, czy mogłabyś zwalić żyrafę? - posmarkałam się ze śmiechu. Chodziło o zrzucenie drewnianej żyrafy ze stołu, jednak po pewnej dawce alkoholu w doborowym gronie... No nie dało się tego zinterpretować jednoznacznie :D
W dodatku kopnęłam niechcący pewną zabawkę Pana Pracodawcy i... małym palcem prawej nogi ją połamałam. Mam moc! :D
Dzień teoretycznie wolny od pracy, ale nie dla Nianiusi.
Na dzień dobry podziękowałam za cudowny sen i pomyślałam, jak wspaniały dzień mnie czeka, następnie postanowiłam zrobić ciasto na pierniczki, które to obiecałam osobom kilku ku uciesze ich brzuszków. Raduję się niezmiernie, że upał zmalał, gdyż jest szansa, że nie upiekę się w kuchni razem z ciasteczkami. Tylko szansa.
Potem, pomimo deszczu, zdecydowałam się dzielnie na zakupy bieliźniane. Wczoraj do grona moich materialnych podopiecznych trafiły całkiem miłe butki do łażenia po pagórkach, dzisiaj coś, co zobaczy osobnik :3 Aż mu zazdroszczę.
I... praca. Jak zwykle - czas spędzony wręcz genialnie :) Krótki spacer i zabawa z Albertem, jeszcze krótsza drzemka. Potem dołączyli goście, w tym 4-letnia dama. Póki Albi funkcjonował przytomnie byłam przykładną Nianiusią, bawiłam się z dwójką dzieciaków. Ale kiedy poszedł spać... Piwo, whisky i Dixit, czyli wieczór w pacy po godzinach. Grało, gadało i czas spędzało się bardzo miło, ale to Wiktoria została królową wieczoru z jej tekstami:
- Oszszszsz Ty, Doroto! - hasło klucz po prostu
- Przepraszam Doroto, czy mogłabyś zwalić żyrafę? - posmarkałam się ze śmiechu. Chodziło o zrzucenie drewnianej żyrafy ze stołu, jednak po pewnej dawce alkoholu w doborowym gronie... No nie dało się tego zinterpretować jednoznacznie :D
W dodatku kopnęłam niechcący pewną zabawkę Pana Pracodawcy i... małym palcem prawej nogi ją połamałam. Mam moc! :D
niedziela, 4 sierpnia 2013
Kilka słów o moim pierwszym (i ostatnim) wyjeździe na Woodstock.
Wiedziałam tylko, że gra Enter Shikari i Kabanos. Jechałam tak po prostu, w ramach wakacji. Nastawiałam się pozytywnie; byłam ciekawa, jak tam jest. Do woodstockowego pociągu wsiadłam wraz z przyjaciółką w środę o 22:35 - było luźniej i sympatyczniej, niż przypuszczałam. Innymi słowy - nie było tak strasznie ;) Ci, którzy mieli się najebać zbyt szybko i pójść spać zrobili to, inni popijali podczas całej podróży, jednak wszyscy zachowywali się dość kulturalnie. Sama miałam ochotę uniknąć konfrontacji z pociągowym kiblem, więc nie piłam. I mówiąc szczerze jazda na trzeźwo w przedziale pełnym pijanych ludzi była niecodzienną przygodą. Zabawnie było oglądać ich wszystkich, a jeszcze zabawniej mówić im na stacji końcowej, gdzie mają swoje rzeczy, bo sami już nic nie ogarniali.
Dotarliśmy około 5:30, potem jeszcze 40 minut spaceru na pole namiotowe i szukanie jakiegoś znośnego miejsca, by się rozbić. Krótka mżawka i krótka drzemka. Potem spacer na dworzec po Mężczyznę. Wracałam na pole resztkami sił, przebijałam się przez tłumy pijanych, głośnych i nie zawsze czystych ludzi :P Przenieśliśmy namiot kilkaset metrów dalej, pod las. Cień i jako taka cisza. Żarełko od Krishnowców. Swoje wstępne rozgoryczenie i brak zestrojenia z panującą atmosferą zrzuciłam na karb zmęczenia, i rzeczywiście - wieczorem było lepiej. Enter Shikari zagrało zajebisty koncert. Bezchmurne niebo, spadające gwiazdy. Fajnie.
Większość piątku spędziliśmy poza obozowiskiem. Zwiedziliśmy starówkę w Kostrzynie (polecam :3), byliśmy zagranico. Z zapartym tchem przebijaliśmy się przez rzekę ludzi oraz okolice toików i jakichkolwiek zarośli, gdzie można się swobodnie wysikać i postawić klocka. Odór był nie z tej ziemi. Ja już spasowałam - nie miałam ochoty ruszać się z naszej willi usytuowanej wśród ostów i pokrzyw.
W sobotę naszła nas ochota, by się w końcu umyć, ale od 10:00 nie było wody. 2,5 godziny łaziliśmy w pełnym słońcu w poszukiwaniu jakiegokolwiek ujęcia wody, gdzie ciśnienie byłoby większe niż kap kap kap i w końcu się udało. Spacer i koncert Kabanosa. Wielbię, wielbię, wielbię! A potem... Hunter. Nie wiem, co napisać - po prostu brak mi słów. To było straszne. Zagrali same covery znamienitych twórców i tylko kawałek Pantery broni się tym, że akurat Zenkowi przypadło gościnnie zaśpiewać. Ktoś zapomniał teksu w Paranoid, ktoś zapomniał tekstu i ogólnie wszystkiego w Killing In The Name, pokaleczono sromotnie Led Zeppelin. Naprawdę, naprawdę chciało mi się płakać. Nie było mi smutno, że wyjeżdżam.
Podsumowując. Przez cały pobyt na woodstocku wypiłam 3 piwa, chociaż to za dużo powiedziane. Sommersby i dwie małe Warki Radler to nie piwo. Ale nie miałam jakoś specjalnie ochoty. Nie wczułam się też w klimat imprezy - od masówek wolę pojechać sobie po prostu do lasu/nad jezioro. Lubię móc się umyć wtedy, kiedy mam na to ochotę. Tak, jakoś mi to nie przypadło do gustu. Jednak ogromnie cieszę się, że mogłam przeżyć to na własnej skórze :)
Wiedziałam tylko, że gra Enter Shikari i Kabanos. Jechałam tak po prostu, w ramach wakacji. Nastawiałam się pozytywnie; byłam ciekawa, jak tam jest. Do woodstockowego pociągu wsiadłam wraz z przyjaciółką w środę o 22:35 - było luźniej i sympatyczniej, niż przypuszczałam. Innymi słowy - nie było tak strasznie ;) Ci, którzy mieli się najebać zbyt szybko i pójść spać zrobili to, inni popijali podczas całej podróży, jednak wszyscy zachowywali się dość kulturalnie. Sama miałam ochotę uniknąć konfrontacji z pociągowym kiblem, więc nie piłam. I mówiąc szczerze jazda na trzeźwo w przedziale pełnym pijanych ludzi była niecodzienną przygodą. Zabawnie było oglądać ich wszystkich, a jeszcze zabawniej mówić im na stacji końcowej, gdzie mają swoje rzeczy, bo sami już nic nie ogarniali.
Dotarliśmy około 5:30, potem jeszcze 40 minut spaceru na pole namiotowe i szukanie jakiegoś znośnego miejsca, by się rozbić. Krótka mżawka i krótka drzemka. Potem spacer na dworzec po Mężczyznę. Wracałam na pole resztkami sił, przebijałam się przez tłumy pijanych, głośnych i nie zawsze czystych ludzi :P Przenieśliśmy namiot kilkaset metrów dalej, pod las. Cień i jako taka cisza. Żarełko od Krishnowców. Swoje wstępne rozgoryczenie i brak zestrojenia z panującą atmosferą zrzuciłam na karb zmęczenia, i rzeczywiście - wieczorem było lepiej. Enter Shikari zagrało zajebisty koncert. Bezchmurne niebo, spadające gwiazdy. Fajnie.
Większość piątku spędziliśmy poza obozowiskiem. Zwiedziliśmy starówkę w Kostrzynie (polecam :3), byliśmy zagranico. Z zapartym tchem przebijaliśmy się przez rzekę ludzi oraz okolice toików i jakichkolwiek zarośli, gdzie można się swobodnie wysikać i postawić klocka. Odór był nie z tej ziemi. Ja już spasowałam - nie miałam ochoty ruszać się z naszej willi usytuowanej wśród ostów i pokrzyw.
W sobotę naszła nas ochota, by się w końcu umyć, ale od 10:00 nie było wody. 2,5 godziny łaziliśmy w pełnym słońcu w poszukiwaniu jakiegokolwiek ujęcia wody, gdzie ciśnienie byłoby większe niż kap kap kap i w końcu się udało. Spacer i koncert Kabanosa. Wielbię, wielbię, wielbię! A potem... Hunter. Nie wiem, co napisać - po prostu brak mi słów. To było straszne. Zagrali same covery znamienitych twórców i tylko kawałek Pantery broni się tym, że akurat Zenkowi przypadło gościnnie zaśpiewać. Ktoś zapomniał teksu w Paranoid, ktoś zapomniał tekstu i ogólnie wszystkiego w Killing In The Name, pokaleczono sromotnie Led Zeppelin. Naprawdę, naprawdę chciało mi się płakać. Nie było mi smutno, że wyjeżdżam.
Podsumowując. Przez cały pobyt na woodstocku wypiłam 3 piwa, chociaż to za dużo powiedziane. Sommersby i dwie małe Warki Radler to nie piwo. Ale nie miałam jakoś specjalnie ochoty. Nie wczułam się też w klimat imprezy - od masówek wolę pojechać sobie po prostu do lasu/nad jezioro. Lubię móc się umyć wtedy, kiedy mam na to ochotę. Tak, jakoś mi to nie przypadło do gustu. Jednak ogromnie cieszę się, że mogłam przeżyć to na własnej skórze :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)